Wiele osób lubi ciszę. Hałas ich męczy, cisza uspokaja. Po Nowym Jorku każde amerykańskie miasto wydaje się cichutkie. Tym bardziej miasta europejskiej stateczne, z cegieł zbudowane, drzewami wygłuszone.

Mająca 1,7 mln mieszkańców Warszawa zadziwia ciszą. Może nie prowincjuszy – dla nich tu za głośno, oni by uciekli z powrotem do swoich miasteczek albo domu na wsi. Dla mnie jest za cicho. Poruszają się bezszelestnie nowe autobusy (to akurat dobrze), nie ma pojazdów ekstremalnie głośnych, jak nowojorskie trąbiące wozy strażackie, charczące ciężarówki, warczące harleye. Nikt tu nie trąbi bez powodu. Tylko szum samochodów i zacięte milczenie przechodniów, jak zwykle rozstrząsających w swoich głowach, jak to na manowce schodzi (znowu) ich kraj.

Brakuje mi hałasów ulicy, zgiełku, klaksonów azjatyckich riksz, warkotu motorowerów, nawoływań sprzedawców, i muzyki. Dochodzącej z otwartych drzwi sklepów, salsy i techno przez okna samochodów. Brakuje śpiewów muezinów i dzwonów na Anioł Pański (czy, stosowniej w Polsce, na trwogę). Słowem, brakuje mi background music.

W polskich domach nie rozbrzmiewa muzyka. Pohukują groźnie z telewizorów politycy i dziennikarze. Wieczorem rozbrzmiewa głos lektora czytającego dialogi na cztery nogi tureckiej telenoweli. Rzadko dobiega ostry rock puszczany przez małolata. Nieczęsto słyszy się gwar prywatki na czwartym piętrze. Młodzi nie puszczają już głośno z boomboxów zaangażowanego społecznie rapu polskich blokowisk. Jak powiedziałem, w polskich miastach panuje cisza.
Do dnia nie budzi dynamiczna muzyka w radiu i przesadnie energetyczny głos prowadzącego audycję. Zamiast tego – stonowane głosy dyskutantów na jakieś poważne sprawy (reforma edukacji, zagrożenie rosyjskie).

Pamiętam, że – dla mnie przynajmniej – Polska po 1989 roku zmieniała się i unowocześniała w rytmie Radia Zet, potem innych dynamicznych stacji. Słyszałem ją w salonach fryzjerskich i w taksówkach. Dziś w salonach cicho (copyright). Cicho też w warszawskich sklepach (w amerykańskim markecie zawsze leciało coś cheesy) i kawiarniach. Brakuje mi amerykańskich oldies, nadających wesoły ton piciu piwa w barach.

W ogóle mało jest muzyki w życiu Polaków. Zostawmy dywagacje czy jesteśmy muzykalnym narodem i zostawmy w spokoju biednego Chopina. Edukacja muzyczna w szkołach prawie nie istnieje. Sklepy płytowe zniknęły (jak zreszą w innych krajach), prawie nie wydaje się książek muzycznych. Kiedyś pisałem z USA do polskich magazynów muzycznych. Ich też już nie ma.

Skarlały jest świat muzyki poważnej. Paradoksalnie, za komuny wielu sławnych solistów godziło się, z sympatii dla uciskanych Polaków, zagrać za symboliczne honorarium złotówkowe. Dzięki temu słyszałem na własne uszy Argerich, Menuhina, orkiestry z Cleveland etc. Dziś gwiazd pierwszej wielkości prawie nie ma. Nie stać nas na ich zaproszenie.
Grają za to w Polsce gwiazdy muzyki pop, choć bilety potrafią kosztować od 80 do 500 dolarów (!). Zamożni Polacy idą na warszawski Torwar, jadą do Poznania, Katowic, nawet Berlina posłuchać Stinga, Roda Stewarta, Madonnę, Paula McCartneya.
Festiwal Jazz Jamboree już się nie liczy, zamknął się klub Akwarium. Jazz grywany jest w przypadkowych klubikach. Śni mi się po nocach Nowy Jork gdzie nawet na mojej uliczce na Queensie co raz w jakiejś knajpce instalował się w kącie gitarzysta, basista, ktoś na perkusji.

W radio nie ma już wiele muzyki klasycznej. W telewizji są kanały zagraniczne, jak Mezzo, z koncertami i operami. Na polskich kanałach są za to przeróżne programy rozrywkowe typu „Mam talent” i „Jaka to piosenka”. De gustibus…
Ktoś spyta zatem, jak słuchać w Polsce muzyki?

Jeśli ktoś przywiezie z Ameryki swoje kompakty, w Polsce kupi przyzwoity sprzęt stereofoniczny. Gdy jednak będzie chciał poszerzyć kolekcję, będzie kłopot. W odróżnieniu od amerykańskiego Amazona gdzie kupi się praktycznie każdą płytę, nową bądź używaną, tu możliwości są mniejsze.

Słuchanie płyt to jednak zajęcie dla mamutów. Młodzi słuchają radia internetowego i ściągają z sieci piosenki (symfonie rzadziej) na swoje telefony i komputery. You Tube jest dla nich skarbcem darmowej muzyki wszelakiej, przy tym z obrazem!

Przezornie przed wyjazdem ściągnąłem sobie na „chmurkę” moją ulubioną muzykę. Mogę jej słuchać przez słuchawki a w przyszłości podłączyć się do wzmacniacza, gdziekolwiek zamieszkam. Dziś muzyki słucha się jednak w biegu, robiąc co innego; takie czasy. Płacę więc ciągle dziesięć dolarów za subskrypcję Apple Music i dzięki temu mam nieograniczony dostęp do muzyki, również tej, której nie miałem na płytach.

Ktoś, kto pamięta moje poprzednie rady, jak sobie zaprenumerować przez Internet pisma i czytać książki, teraz może powie: „Ale te wszystkie koszty się dodają”. Cóż, Polska nie jest krajem tanim; tu też trzeba mieć jakieś źródła dochodu, albo oszczędności. Jeśli ktoś uważa, że w Polsce nie będzie go stać na wydawanie dziesięciu dolarów na miesiąc na kulturę, niech rozważy przeniesienie się do tańszej Etiopii.

Jak sobie radzę ze smutną polską ciszą? Też zagłuszam ją słuchawkami. Nigdy tego nie lubiłem, a w Nowym Jorku z masochistyczną przyjemnością wchłaniałem dźwięki ulicy, gdyż były ważną częścią sensorycznego odbierania miasta. Teraz przeprosiłem się ze słuchawkami. Początkowo słuchałem muzyki pasującej do polskich smętnych krajobrazów i min, jakiegoś jazzu na deszczowy dzień, Bacha itd. Stwierdziłem, że w niczym nie poprawia mi to humoru. Puściłem więc płytę Anny Marii Jopek z Patem Methenym, ten dziwny melanż jopkowego smętka i kalifornijskiej zmysłowości. To był krok we właściwym kierunku. Wnet zrezygnowałem z polskiego pierwiastka. Teraz, gdy idę do sklepiku po bułki grahamki albo gdy szukam w supermarkecie solonych śledzi, słucham sobie zmysłowego, energicznego, och jakże amerykańskiego w dobryn sensie, Franka Sinatry.

Jan Latus