Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”

Mt 17, 1-5

Beatrice Bruteau w książce The Easter Mysteries opisuje ciekawą rozmowę profesora Nowojorskiego Uniwersytetu z manhattańskim taksówkarzem. W czasie rozmowy taksówkarz opowiadał o swojej ciężkiej pracy i innych poczynaniach, aby jak najlepiej urządzić się w wielkim mieście. Profesor zapytał go, czy jest szczęśliwy. Taksówkarz odpowiedział, że nie, bo ma zbyt wiele problemów. „Co by cię mogło uszczęśliwić?”- zapytał profesor. „Daj mi milion dolarów, to wtedy wszystkie problemy rozwiążę i będę szczęśliwy”. „W porządku, załóżmy że ci daję milion dolarów. Co byś wtedy zrobił?” Taksówkarz powiedział, że spłaciłby długi. „Załóżmy, że masz spłacone długi i co teraz?” – pyta profesor. „Cóż, chciałbym kupić dom, może nawet kilka w różnych zakątkach świata”- odpowiedział taksówkarz. „Załóżmy, że to wszystko masz, to co dalej”- kontynuował profesor. „Chciałbym mieć piękną żonę i wiele z nią podróżować”. „Załóżmy, że to wszystko masz. I co dalej?”- profesor nie dawał za wygraną. W odpowiedzi taksówkarz wymienił wiele innych swoich marzeń, których spełnienie uczyniłoby go szczęśliwym. Profesor przytakiwał ze zrozumieniem i zadawał ciągle to samo pytanie: „I co więcej?” Po pewnym czasie zapadła głęboka cisza. Zamyślony taksówkarz odwrócił się do profesora i powiedział: „Ta rozmowa staje się trochę śmieszna. Mam wrażenie, że to o czym mówię, czego pragnę, nie prowadzi do sedna sprawy i nie byłoby spełnieniem moich marzeń o pełnym szczęściu”. Wtedy profesor podzielił się swoimi, nieco filozoficznymi przemyśleniami na temat prawdziwego szczęścia i dobra. Taksówkarz uważnie słuchał i zgodził się z profesorem, że prawdziwe szczęście i dobro nie mają granic, sięgają nieskończoności, dlatego też wartości materialne, przemijające, ograniczone nie są w stanie zaspokoić najgłębszych pragnień człowieka za pełnym i wiecznym szczęściem. A zatem, jeśli chcemy odnaleźć prawdziwą radość i szczęście, to nie zaniedbując rzeczy przemijających na pierwszym miejscu musimy postawić wartości duchowe, nieprzemijające. Tych wartości nie odnajdziemy wsiadając do manhattańskiej taksówki, trzeba wziąć inną taksówkę, której symbolem może być ta, którą pielgrzymi wyjeżdżają na Górę Tabor w Ziemi Świętej.

W niedzielę, 12 marca tego roku wyruszamy w najważniejszą podróż życia, udajemy się jako pielgrzymi do Ziemi Świętej. Wśród nawiedzanych świętych miejsc jest także Góra Tabor. Autokary zatrzymują się u jej podnóża. Następnie pielgrzymi przesiadają się do taksówek, które krętymi i stromymi drogami zdążają na szczyt góry, gdzie Chrystus objawił uczniom swoje bóstwo. Chwała Chrystusa ogarnęła uczniów, napełniając ich serca ogromną radością i szczęściem. Chcą tu zostać i w zachwycie wołają: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Na Górę Tabor można wejść także pieszo. Piesza wspinaczka ma bardzo piękną symbolikę. Po pierwsze, podobnie wspinał się na nią Jezus ze swoimi uczniami. Po drugie, zdążanie do pełni szczęścia, wiąże się często z poświęceniem, wysiłkiem.

Okres Wielkiego Postu wzywa nas do podróży „taksówką”, która zawiezie nas na szczyt Góry Tabor, gdzie w bliskości Chrystusa doświadczymy nieogarnionej chwały Bożej, która wypełni nasze serca pokojem i radością. Chwała Boża opromieni nasz umysł i zobaczymy, że rzeczy materialne, przemijające to wspaniały dar Boga, ale mogą stać się przekleństwem, gdy zasłonią człowiekowi Dawcę tych dóbr. A dzieje się to wtedy, gdy dolar zajmie miejsce sumienia, uczciwości, szlachetności, zasłoni nawet rodzinę. Jedna z pań powiedziała kiedyś do mnie o swoim mężu: „Dla niego liczy się tylko dolar”. I rzeczywiście dolar zniszczył wspaniałą, kochającą się rodzinę, zostawiając poranionych i nieszczęśliwych ludzi. Wielki Post jest wezwaniem do wspinaczki na naszą osobistą górę Tabor, by w blaskach chwały Bożej odnaleźć mądrość życia w jego najpełniejszym wymiarze – doczesnym i wiecznym.

Do takiej wspinaczki na szczyt góry spotkania człowieka z Bogiem został wezwany Abraham. W pierwszym czytaniu biblijnym słyszymy słowa Boga skierowane do niego: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi”. Abraham kochał rodzinę, znajomych, rodzinne krajobrazy, wydeptane własne ścieżki, pastwiska, na których wypasał owce. Wszystko było bliskie jego sercu. Aż tu nagle Bóg wzywa go, aby opuścił to wszystko i wyruszył w nieznane. Abraham uwierzył bożej obietnicy kraju „mlekiem i miodem płynącego” i licznego potomstwa jak gwiazdy na niebie. Ta ostatnia obietnica była niejako wbrew ludzkiemu rozsądkowi, bowiem jego żona Sara była w podeszłym wieku. Mimo wszystko Abraham uwierzył Bogu i rozpoczął wspinaczkę na swoją Górę Tabor, górę pełniejszego spotkania z Bogiem. Była to wspinaczka wiary, na której nieraz był wystawiany na próbę. Najcięższą z nich było żądanie Boga, aby złożył swego jedynego syna w ofierze całopalnej: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, który ci ukażę”. Zapewne Abraham nie rozumiał tego, z pewnością wszystko buntowało się w nim, jednak usłuchał Boga. Uwierzył Mu bezgranicznie, a Bóg w ostatniej chwili powstrzymał rękę Abrahama, ratując jego jednorodzonego syna. Wiara Abrahama została wystawiona na próbę, ale go nie zawiodła. Obietnice dane Abrahamowi wypełniły się w osobie Jezusa Chrystusa i w ludzie Bożym Nowego Przymierza.

Chrystus prowadzi nas na Górę Tabor, oczekując od nas wiary Abrahama. Prowadzi na miejsce objawienia swego bóstwa, abyśmy zasmakowali niebieskiej chwały i umocnieni tym doświadczeniem mieli moc życia nawet w obliczu krzyża, o którym Chrystus mówi apostołom po cudzie przemienienia. Zapewne, każdy z nas mógłby opowiedzieć o swojej drodze na górę Tabor, tak jak opowiada Steve McQueen, amerykański aktor filmowy i telewizyjny; nominowany do Oscara.

Był jedną z największych legend kina, a także należał do najbardziej „kasowych” gwiazdorów Hollywoodu przełomu lat 60. i 70. Był znany z powiedzenia, że żyje tylko dla siebie i nie odpowiada przed nikim. Pewnego razu zapytany o to, czy wierzy w Boga, odpowiedział: „Wierzę we mnie.” Stać go było na wszystko. Ale wiara tylko w siebie nie wystarczyła. Został zniewolony przez pieniądze, narkotyki, alkohol, rozpustne życie. W tym czasie zaprzyjaźnił się z instruktorem lotnictwa Sammy Masonem. Podczas długich lotów rozmawiali przez wiele godzin o sensie życia. Steve był pod wrażeniem pokoju i radości życia, które emanowały od Masona. Pewnego razu aktor zapytał wprost, co jest źródłem jego szczęścia. Mason wskazał na Chrystusa. Steve zaczął chodzić do kościoła z rodziną Masona. Stał się innym człowiekiem, uśmiechniętym, życzliwym, szczęśliwym. Po pewnym czasie zaczęły się problemy zdrowotne, które doprowadziły do śmierci. Kiedy znaleziono go martwego, miał Biblię w rękach, a wskazujący palec spoczywał jego ulubionym fragmencie: „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny.” Zapewne w tym momencie ogarnęła go pełnia radości, której doświadczyli apostołowie na Górze Tabor.

 

Ks. Ryszard Koper

Niedzielne rozważania w wersji audio znajdują się na stronie www.ryszardkoper.pl w sekcji Audio-Video