Letnia zadyma w środku zimy. Był kiedyś taki festiwal. Jednodniowy. We wczesnych latach 90. Zapis koncertu wydano w formie dwupłytowego albumu. I potem na kasetach słuchano T. Love i De Mono. Kiedy to jeszcze nie było obciachem. Pamiętam hasło. Mniej wydarzenie. Bo miałam dopiero dwanaście lat. Ale chłonęłam wszystko czym fascynował się najstarszy brat. Licealista. Z fryzurą ŕ la Robert Smith z The Cure, w wojskowych buciorach pomalowanych olejną w kolorowe kwiaty. A może to były akryle. Nieważne. Pamiętam, że z dumą pokazywałam je koleżankom. Stały w przedpokoju. Na szarej wykładzinie. Luzem. Bo nigdy nie było szafki na buty. Może dużo później. Wcześniej raczej obuwnicza kakofonia. Nieprzebrane ilości, bo rodzina sześcioosobowa. A przedpokój w PRL-owskich blokach raczej wąski i krótki. Więc stały. W nierównym rządku. Na widoku. Niechlubna wizytówka, o którą potykali się odwiedzający.

Nie było meblościanki. Ani kryształów. Plastykowych winogron. I obrazków świętych. Ściany pomalowane na biało. Żadnych boazerii. Pawlaczy. Dywanów. Żadnych niepotrzebnych bibelotów. Porcelanowych figurek. Miniaturowych szklanych psów. W mieszkaniu wyglądało inaczej niż w domach rówieśników. Minimalistyczne wnętrze robiło na nich przygnębiające wrażenie. Czemu macie tak pusto? – zapytała koleżanka, u której panował socrealistyczny przepych. Nie umiałam odpowiedzieć. Wtedy. Proste, jasne, niezagracone wnętrza rodem ze Skandynawii będą w Polsce modne dopiero za dziesięć, piętnaście lat. Nadejdzie zmierzch półkotapczanów, słomianek, stołów kuchennych pokrytych ceratą i przysadzistych foteli w kwieciste wzory. Meble dzieciństwa wylądują na śmietniku.

A potem wszystko wróci. Bo zawsze wraca. Również moda na dizajn z czasów słusznie minionych. Odnowione fotele i szafki pod telewizor na nóżkach zaczną zdobywać popularność wśród polskich hipsterów i osiągać zawrotne ceny na internetowych aukcjach. Nostalgia za utraconą niewinnością dopadnie dzisiejszych 40-latków. I starszych.

Nostalgia. Wanda Hagedorn w swoim memuarze napisze: „Pierwsze 11 lat życia spędziłam w odzyskanym-dla-macierzy Szczecinie. Było to dzieciństwo katolickie, patriarchalne i pe-er-el-owskie, czyli depresyjno – opresyjno – represyjne, całkiem banalne w tamtym czasie”. Komiks z nosorożcem na (różowej) okładce zatytułuje „Totalnie nie nostalgia”, bo spod cukrowej waty co rusz wyhynać będzie lepka łapa „wujka”, który lubił nią gmerać w majtkach niepełnoletnich i ciężka, ojcowska, którą ten wymierzał kary żonie i czterem córkom. „Nasza rodzina była dysfunkcyjna”- przyzna autorka w jednym z wywiadów. „Razem z siostrami byłyśmy ofiarami konfliktu między matką a ojcem, ich nieudanego małżeństwa. Nasze relacje z ojcem były podszyte wiecznym poczuciem niesprawiedliwości, strachem przed przemocą, buntem przeciwko jego autorytetowi, który sobie uzurpował z powodu bycia ojcem. Mimo to wciąż starałyśmy się go zadowalać i być grzecznymi dziewczynkami, by wprawić go w dobry humor i zapewnić tymczasowy spokój w domu. Kiedy tylko wracał z pracy, rzucałyśmy się, żeby podać mu kolację i włączyć telewizor. W każdej chwili bez żadnego powodu mógł wpaść w furię i wyładować się na mamie i na nas. Despotyzm ojca i niedobrane małżeństwo rodziców zdominowały życie rodziny”. Dlatego ilustracje Jacka Frąsia są mroczne, ciemne, depresyjne. Pozbawione miłego dla oka, retro- filtru, którego tak często używamy wspominając dzieciństwo, nawet jeśli przypadało na ponure lata stanu wojennego, albo – jak w przypadku autorki – było naznaczone przemocą domową. Wanda Hagedorn używa (za zgodą zainteresowanych) prawdziwych imion i nazwisk. Już nie chce – jak to robiła jej matka – zasuwać firanek, by sąsiedzi nie widzieli, co robi „mąż dyrektor, z piękną żoną i grzecznymi dziećmi”. Przeciwnie – kieruje snop światła w miejsca przysypane gruzem niepamięci, lub – jak to woli – wyparcia.

„Totalnie nie nostalgia” kopniakiem wyważa drzwi do przeszłości. Którą obłaskawiliśmy kolorowym zdjęciem przy choince, zredukowaliśmy do kilku wspomnień o smaku oranżady w woreczkach, andrutów i ciepłych lodów. Nikt dzisiaj nie pamięta domowych awantur, które – gdy porozmawiać ze znajomymi – zdarzały się prawie w każdym domu. Pijanych tatusiów wyładowujących frustracje na Matkach Polkach, superbohaterkach dnia codziennego, które – o czym często mówią rówieśnicy – w czasach niedoboru wszystkiego potrafiły wykreować normalność, były mistrzyniami improwizacji i kreatywności. Mężczyźni udali się mniej. Która z nas nie miała w rodzinie „wujka” wpadającego pod stół na imieninach? Nie spotkała „kolegi taty z pracy”, który za mocno ściskał przy przywitaniu i wygłaszał komentarze „ale córa wyrosła” gapiąc się obleśnie w dopiero co kiełkujący biust? Instruktora jazdy konnej, który obmacywał kursantki? Nauczyciela chemii tępiącego najładniejsze dziewczyny w klasie? Okazuje się, że Wanda Hagedorn opowiada historie nas wszystkich, pochodzących z kraju mizoginów. Gdzie nadal, w 2017 roku, o prawach kobiet decydują mężczyźni. A Korwin-Mikke w Parlamencie Europejskim mówi, że powinnyśmy mniej zarabiać, bo jesteśmy „słabsze, mniejsze i mniej inteligentne od mężczyzn”.
Szczęśliwie czas grzecznych dziewczynek się skończył. Nie tylko w literaturze.

Weronika Kwiatkowska