Zmarł Wojciech Młynarski. Poeta, reżyser, satyryk, artysta kabaretowy, znany przede wszystkim z autorskich recitali i tzw. śpiewanych felietonów mówił o sobie, że jest „tekściarzem”. Był autorem ponad dwóch tysięcy piosenek. „Jesteśmy na wczasach”, „Róbmy swoje”, „W Polskę idziemy” nuciła cała Polska. Pisał m.in. dla Skaldów, Hanny Banaszak, Kaliny Jędrusik, Haliny Kunickiej, Andrzeja Zauchy, Zbigniewa Wodeckiego, Alicji Majewskiej, Ewy Bem, Maryli Rodowicz, Edyty Geppert, Michała Bajora, Krystyny Prońko czy Ireny Santor. W styczniu 2017 roku do sklepów trafiła jego książka „Od oddechu do oddechu”, będąca autorskim wyborem wierszy i piosenek. O śmierci artysty poinformowała w środę córka Paulina. Natomiast w czwartek ukazał się nowy numer magazynu „Zwierciadło”, w którym najmłodszy syn Młynarskiego, Jan, opowiedział o swojej trudnej relacji ze słynnym rodzicem: „Ojciec się wprowadzał, wyprowadzał, jako dziecko trochę się go bałem. Nie mieliśmy więzi. […] Nasz dom nie był poukładany. Wszystko było kompulsywne. Zazdrościłem kolegom, że mają zaplanowane życie, zaplanowane wakacje […] Był czas, że długo nie było go w domu, później rodzice się rozwiedli, mieszkaliśmy z mamą w różnych miejscach. Ojciec jakoś na co dzień specjalnie się mną nie interesował”. I dodał: „Żałuję, że nie był inny. I że nie miałem kontaktu z ojcem, który był inny. Pewnie przekazałby mi dużo więcej, mielibyśmy wspólne wspomnienia. Może dałby mi poczucie bezpieczeństwa, bo nigdy go nie miałem. To wpłynęło na moje życie, na moje relacje z ludźmi” – zwierzył się. Wojciech Młynarski, u którego przed laty zdiagnozowano afektywną chorobę dwubiegunową, był – co powtarzają wszyscy, którzy znali go prywatnie – wybitnym artystą, „gigantem słowa”, nauczycielem, mistrzem ale w codziennym życiu człowiekiem skomplikowanym, trudnym we współżyciu. Jan Młynarski zapytany o to, czy zdążył porozmawiać z ojcem o przeszłości, naprawić relacje, odpowiedział: „Zawsze unikał takich rozmów. Wolał o tym pisać. Jest taka piosenka „Chrońmy dzieci”: „Kim byś nie był – prawdzie tej wyjdź naprzeciw, siebie możesz kochać mniej, kochaj dzieci! (…) Dobry tato, w szarych dni gęstej sieci nie pij, nie krzycz, nie bij ich, kochaj dzieci!”. Tak. Nas specjalnie nie chronił. Literatura a życie…” – dodał gorzko. Wydaje się, że jak w przypadku największych artystów, dla Młynarskiego najważniejsza była sztuka, rozwijanie talentu, twórczość. Taki wybór zawsze odbywa się kosztem rodziny, relacji z najbliższymi. „Patrzę ze smutkiem, że teraz, kiedy jest chory, został właściwie sam” – powiedział Jan. „Kiedyś jego telefon się urywał, wielu artystów marzyło, aby być blisko, by dla nich pisał. On też funkcjonował dzięki artystom. Ale nie był dobrym wujkiem. Trzeba było sobie zasłużyć na jego przyjaźń. Od razu wiedział, czy z kimś mu po drodze”- wspominał. „Przed chorobą był już daleko od aktualności. Chyba był na bakier z rzeczywistością już w latach 90. Jego świat się skurczył. Wiele ważnych osób odeszło” – dodał Młynarski junior. „Zrezygnował, jak wcześniej Adam Hanuszkiewicz, Marian Kociniak?” – zapytał dziennikarz. „Tak, może to rezygnacja”- odpowiedział.

*

Olga Bołądź jest jedną z najciekawszych młodych aktorek w Polsce. Gra u najlepszych i z najlepszymi. Ostatnio wystąpiła u boku Evana McGregor’a w „Czerwonym punkcie”. Oprócz talentu i urody artystka ma ogromne serce i dużo współczucia dla zwierząt. „Mam znajomych wolontariuszy z różnych schronisk i zawsze, kiedy jakiś pies odchodzi, piszą, że odszedł za tęczowy most. Piękna jest ich obecność, a brak dojmujący. Wierzę, że zwierzęta mają dusze, odkąd zobaczyłam Pana Kleksa i psi raj. Miałam wtedy pięć lat i do dziś uwielbiam tę scenę – jak Adaś przylatuje do psiego raju” – wspomina aktorka. „Potem był jeszcze mały Atreyu z „Niekończącej się opowieści”, który uważał, że zwierzętom trzeba pomagać, i wyciągał konia z bagna. Jak ja wtedy płakałam! Teraz widzę, jakie piętno odcisnęło na mnie kino familijne na VHS”- żartuje. Olga pomaga fundacjom, nagłaśnia zbiórki pieniędzy dla schronisk, angażuje się w akcje charytatywne. „Ostatnio zafascynował mnie toruński Azyl dla Królików, którego hasłem jest „Zakochaj się w uszach po uszy”. Okazuje się, że króliki też mają takie problemy jak psy czy koty, że ludzie biorą je, bo są malutkie i słodkie, a potem one rosną i ta miłość nagle pryska. Azyl leczy je, stara się o ich adopcję, daje im schronienie” – opowiada. „Wsparłam też ostatnio Chatę Zwierzaka, która szukała nowego miejsca, by stworzyć dom opieki paliatywnej dla starych psów i kotów, których właściciele umarli. […] Jaką inteligencję emocjonalną i siłę trzeba w sobie mieć, żeby w taką grę życia ze śmiercią wejść” – zastanawia się. „Niedawno umarł mój pies. Flo przyszła do nas, kiedy zdawałam maturę. Była z nami 14 lat, a proces jej umierania i rozterki, czy ją uśpić, bo bardzo cierpi, czy może ma jednak żyć, były nie do wytrzymania”- opowiada Bołądź. Według starej indiańskiej legendy, po śmierci trafiamy na most zawieszony nad rwącą rzeką. Po drugiej stronie stoją wszystkie zwierzęta, które spotkaliśmy w życiu. I to one decydują, czy przejdziemy na drugą stronę, czy nie. Pamiętajmy o tym i pomagajmy braciom (i siostrom) mniejszym.

*

Hanna Bakuła, pisarka, malarka, mieszkająca przez wiele lat w Nowym Jorku nie ma najlepszego zdania o polskich mężczyznach: „Są zaniedbani, niewysportowani, mają nadwagę, katastrofalnie się ubierają no i mają średnio za mało zębów” – mówi. „W łóżku leniwi, seks kojarzy im się z własną przyjemnością, choć twierdzą odwrotnie. W porównaniu z facetami wychowanymi na Zachodzie wypadają marnie” – dodaje. I udziela rad. Jak poznać czy kandydat na męża nie okaże się wielkim rozczarowaniem po ślubie? „Przede wszystkim wyjechać na tydzień do jednego pokoju. Wszystko wyjdzie! Czy jest skąpy, czy brudas, czy chrapie, siorbie, bałagani, czy kawa jest przyniesiona do łóżka, czy są uśmiechy” – mówi. „Czy jest pytanie „jak się spało kochanie” czy raczej „ale się nie wyspałem”. Można dostrzec mnóstwo detali, nic się podczas takiego wyjazdu nie ukryje” – przekonuje. I przestrzega: „Proszę kobiety, żeby się szanowały! Nie dały sobie wejść na głowę, bo czasami są jak kury, takie nieskupione i rozbiegane. Nie pomyślą, w co wchodzą, a potem ani się obejrzą, jak zapomną o sobie, zostaną z głową w garnkach i będą mieszać zupę dla wnuków”. Hannie Bakule to nie grozi. Dzieci nie ma. Wnuków tym bardziej. A z ostatnim, czwartym mężem rozstała się wiele lat temu.