Wolne media? Wolne żarty! Nie ma takich. Po prostu nie ma. Nie tylko w Polsce, także w USA i w innych krajach. Wszystkie są zależne. W całości, albo w jakimś stopniu. Najważniejsza jest opcja polityczna właścicieli i sponsorów. Porzućmy zatem mrzonki o idealnych wolnych mediach. Im szybciej to zrobimy, tym mniej będziemy mieli złudzeń i rozczarowań.

$

Przed ostatnimi wyborami obiecywano w Polsce telewizję publiczną z prawdziwego zdarzenia. Prawdziwie wolną, super obiektywną i nic a nic nie manipulującą. Miała być przeciwieństwem „Gazety Wyborczej” i związanych z nią mediów. W powyborczym uniesieniu zapowiedziano przekształcenie telewizji publicznej w narodową. Żeby było jeszcze bardziej podniośle i patriotycznie. No i mamy telewizję… PiSowską. Bo PiS to naród a naród to PiS. Główne wydanie „Wiadomości” i programy polityczne to nic innego jak tuby propagandowe partii rządzącej. Owszem, nie mam nic przeciwko temu, żeby rząd miał swoje media, zwłaszcza, że w wielu dziedzinach rzeczywiście ma się czym pochwalić, ale na miłość boską, niechże one nie nazywają się publiczne, czy narodowe! A media, które się za takie uważają, niech trzymają się zasady maksymalnego obiektywizmu i widzą całe społeczeństwo lub – jak teraz podkreślają – cały naród. I nie poprzestają na obśmiewaniu tych, którzy myślą niezależnie od większości i nie biorą udziału w propagandzie sukcesu. W tymże narodzie można przecież znaleźć prawdziwie wolne umysły, które rozumują ponadpartyjnie i mają coś ważnego do przekazania.

$

Skoro nie ma niezależnych mediów, nie ma także niezależnych komentatorów i opiniotwórców. Wszyscy są teraz na wojennym froncie. Z góry wiadomo, kto, co napisze. Czytam zatem pierwsze akapity i od razu przeskakuję do konkluzji. I niemal nigdy nie jest ona niespodzianką, będąc zazwyczaj potwierdzeniem wstępnej tezy. Nikt nie szuka prawdy jako takiej, każdy chce udowodnić prawdę własną, z góry założoną i oczekiwaną przez „górę” redakcyjną lub polityczną. Co gorsza, dotyczy to także krytyki literackiej, teatralnej, filmowej a niekiedy i sztuk plastycznych. Na szczęście do muzyki trudno się przyczepić politycznie, ale jak ktoś bardzo chce, to oczywiście może. Piszę o muzyce z prawdziwego zdarzenia a nie o wszechobecnym chłamie dla mas, który notabene powinien być chlastany raz po raz. (Czy Pani czuje, że ja rymuję?)

$

Odszedł Wojciech Młynarski. Był buntownikiem, który rzeczywiście miał coś istotnego do powiedzenia i mówił to w czytelnych dla wszystkich formach. Buntownikiem najszlachetniejszej próby. Na miarę Jacquesa Brela i Władimira Wysockiego. Nic też dziwnego, że na Jego przedstawienia muzyczne poświęcone właśnie Brelowi i Wysockiemu waliła Warszawa drzwiami i oknami. Waliła również i na Jego „Hemara”. Bo to właśnie Brel, Wysocki i Hemar byli duchowymi i artystycznymi patronami Młynarskiego. Może jeszcze Jeremi Przybora. On sam im dorównywał. Imponował nie tylko kunsztem poetyckim i piosenkarskim, wyrafinowanym dowcipem i kulturą osobistą, ale także wielkim szacunkiem dla dawnych mistrzów i dla dziedzictwa kulturowego. Zero pychy, maksimum pokory. Unikat! O wspomnianym Hemarze i o przedwojennych kabaretach warszawskich mówił w Teatrze Ateneum tak, że oklaski wybuchały raz po raz. Serdeczne i manifestacyjne. A i niejedna łza z oczu poleciała starszym widzom. Zwłaszcza tym, którzy przeżyli Golgotę Warszawy. Siedzącą wśród widzów Mirę Zimińską-Sygietyńską, znakomitą artystkę kabaretową i bliską przyjaciółkę Hemara, a po wojnie współtwórczynię „Mazowsza”, powitał tak uroczyście, jakby była królową Wielkiej Brytanii. Po mowie hołdowniczej, jaką wygłosił, publiczność zgotowała jej wielką owację. Było komu! Wszak „Mazowsze” to nasz skarb narodowy i jednocześnie zjawisko na skalę światową.

Natomiast język Wojciecha Młynarskiego to było zjawisko samo w sobie. Z jednej strony elegancja rodem z najwykwintniejszych inteligenckich salonów, z drugiej zaś mowa inkrustowana – w zależności od tematu – modnymi powiedzonkami lub młodzieżowym slangiem. Młynarski wiedział niemal wszystko o Hemarze, przedwojennej Warszawie, Hance Ordonównie, wspomnianej Mirze Zimińskiej-Sygietyńskiej i innych artystach kabaretu. Jako warszawski polonista znał świetnie rodzimą literaturę, teatr, dawnych kompozytorów i dyrygentów, nie wyłączając, rzecz jasna, Emila Młynarskiego, z którym był spokrewniony. Znał również kanon światowy, począwszy od wielkiej klasyki. Jego uwadze nie uchodziło także to, co się tańczy i śpiewa na wiejskich weselach, wczasach, estradach młodzieżowych i w klubach studenckich. Wiedział też, jakimi językami tam się mówi. Kiedyś w rozmowie ze mną skarżył się, że córki wstydzą się jego staroświeckości i proszą, żeby „nie robił wioski” w obecności ich rówieśników. Chodziło o to, żeby nie mówił o czymś niemodnym i żeby stonował swe maniery, zbyt wykwintne, jak na ich uproszczone przyzwyczajenia. Przekornie potrafił rapować i robił to lepiej niż niejeden młody wściekły. Rozumiało się każde słowo.

Jego piosenki śpiewał cały kraj. I inteligenci, i ci, którzy „szli w Polskę” przy każdej okazji a także z powodu braku okazji. Starszacy, średniacy i młodzież. Były to śpiewane felietony o czymś ważnym lub przeciwko czemuś, najczęściej z wyraźnym, acz nienamolnym przesłaniem. Wpadały w ucho i szybko stawały się szlagierami. Walory poetyckie tekstów Młynarskiego były tak cenne, że muzykę do nich pisali najwybitniejsi kompozytorzy muzyki estradowej. On sam o sobie mówił skromnie – „tekściarz”.

Był także znakomitym librecistą operowym i musicalowym. Sensacją było Jego libretto do „Henryka VI na łowach” Wojciecha Bogusławskiego, „Cienia” Andersena w adaptacji Szwarca, „Kalmara” Karola Kurpińskiego, „Awantury w Rocco” do muzyki Macieja Małeckiego, „Życia paryskiego” Jacquesa Offenbacha i musicali takich jak: „Jesus Christ Superstar”, „Fantastic”, „Kabaret” i „Chicago”.

Trwał ponad modami i zakrętami historii. Podobnie jak spora część środowisk twórczych nie chciał Polski pisowskiej, czym naraził się miłośnikom tej partii. Niektórzy i dziś nie mogą Mu tego darować i postrzegają Go głównie przez pryzmat Jego antyPiSowskich wypowiedzi i wierszy.
W wywiadzie, którego udzielił mi przed laty, nie krył, że czuje się twórcą misyjnym, który chce pobudzać myślenie i zwracać uwagę na sprawy, które uważa za istotne. Rozumiałem go świetnie, bo ten cel przyświeca także mojej publicystyce. Bardzo martwił się niskim poziomem obecnych kabaretów, oraz schamieniem języka i obyczajów. Na programy takie, jak Kuby Wojewódzkiego patrzył z zażenowaniem. Nie widział w nikim swego następcy. Jego literackim mistrzem był Herbert. Wracał do Norwida. Chyba nie przesadzają dzisiaj ci, którzy w nekrologach i we wspomnieniach o Nim piszą, że odszedł ostatni polski inteligent. Boję się, że tak jest w istocie.

$

Inteligent? A kto to taki?

Andrzej Józef Dąborwski