Rozrzewniłem się pod koniec ostatniego felietonu wspominając PRL-owskie filmy i seriale odgrzewane w telewizji. Może na starość mięknie mi serce? A może mózg?

Warszawski pochmurny (jakiżby inny?) poranek. Jak na wczesnego emeryta przystało, włączam telewizor. Idą „Chłopi”. Kiedy ostatni raz to oglądałem? Chyba w latach 70-tych. Chwytliwa, do tej pory pamiętana muzyka, z odpowiednimi dozami melodyjności i słowiańskiego smętku. Znani aktorzy (z ojcem próbujemy sobie przypomnieć, który z nich już nie żyje), wyrazista gra, staranna dykcja, sprawna reżyseria. I momenty! Z Jagną na sianie, innymi aktorkami.

Te „momenty” – błysk białego uda tu, piersi ówdzie, były powodem niezadowolenia purytańskich krytyków i polskich matek dozorujących dzieci oglądające w domu ekranizację lektury szkolnej.
Inne seriale: „Stawka większa niz życie” i „Czterej pancerni i pies”, choć nachalnie propagandowe, miały w sobie jakiś naiwny wdzięk. Nic dziwnego że zagorzale antykomunistyczna Polonia nowojorska chętnie brała z wypożyczalni przygody superagenta Klossa oraz perypetie posuwających się wraz z Armią Czerwoną Janka i pięknej acz dumnej Marusi. Są to tzw. seriale kultowe tak więc ich ponowne oglądanie sobie darowałem. Ale robiono inne, gorsze! „Rodzina Połanieckich”, „Dom”, Agent 07 zgłoś się”, „Tulipan”, „Pogranicze w ogniu”.

Zacznijmy jednak od filmów dobrych. Oglądając kanał Kultura czy Kino Polska mogę systematycznie poznawać lub sobie przypominać, dzieła polskiej kinematografii. W związku ze śmiercią Andrzeja Wajdy pokazywano wszystkie jego filmy. Dobra okazja przypomnieć sobie obrazy nie tak znane jak „Kanał”, „Pokolenie” czy „Ziemia obiecana”.

Oprócz regularnych retrospektyw, po prostu pokazuje się coś z filmowych archiwów. W końcu w PRL-u robiono kilkadziesiąt filmów rocznie. Oglądam więc z uznaniem „Za ścianą” Zanussiego. Wyemitowano niedostępny nigdy na DVD mój ukochany film „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Hasa. Nowa, cyfrowo oczyszczona wersja (pokazana w 2016 w nowojorskiej BAM).

Oglądam lepsze i gorsze obrazy Munka, Konica, Hoffmana, Barei, Falka, Skolimowskiego, Piwowskiego. Raptem w zbiorku etiud filmowych jedna okazuje się autorstwa debiutantki, dziś sławnej Agnieszki Holland.

Niektóre filmy rezonują do dzisiaj: „Wodzirej”, „Struktura kryształu”. Inne, zupełnie zapomniane, są okazją, żeby zobaczyć świetnego aktora, który nigdy nie zawodził, nawet w gorszych filmach albo dowiedzieć się ze zdziwieniem, że wielki kompozytor Konieczny albo Radwan „popełniał” muzykę także do filmów nieudanych.

Wspólną cechą starych produkcji jest ich naiwność i niewinność. Jednym z powodów jest PRL-owska propaganda. W komedii „Wiosna panie sierżancie” Józef Nowak gra powszechnie lubianego funkcjonariusza, dobrego niczym św. Franciszek. W ogóle w komediach PRL-owskich policjanci są uczciwi, niezłomni i dżentelmeńscy („Kapitan Sowa na tropie”!). Jeśli nawet jest to kryminał, przestępca to w sumie nieszkodliwy lump. Nie ma prawdziwego zła, krwi, bluzgów. W ogóle w tamtych czasach nie było przecież na ekranach przemocy na dzisiejszą skalę.

Nie było też seksu. Urocza Magdalena Zawadzka odsłoniła nóżkę, Jędrusik prawie że pokazała biust. My, buzujący hormonami nastolatkowie, czyhaliśmy jednak na „momenty” (co opisywały skecze „Kulisy srebrnego ekranu” w radiowej audycji „60 minut na godzinę”). Na szczęście były skłonne się obnażyć aktorki: Halina Kowalska, Halina Golanko, Anna Dymna, Grażyna Szapołowska. Gdy dziś oglądam filmy z nimi, tak przecież naiwne i skromne w porównaniu z tym, co dziś mamy na ekranach komputerów, ciągle odnajduję w nich aluzyjny, a przez to silny, erotyzm.

(Nie ja jeden wpatrywałem się w zdjęcia Claudii Cardinale i Barbary Brylskiej oraz kupowałem tygodniki z aktorkami na okładce. Widać to po pozycjach na rynku księgarskim: o seksbombach PRL-u, elitach towarzyskich owych lat, życiu nocnym, skandalach obyczajowych.)

Wiele z tych filmów można obejrzeć w Internecie. To jednak nie to samo: mały ekran, krótkie fragmenty. Gdy włączam telewizor, mam poza tym staroświeckie reakcje: sprawdzam program dnia i oglądam to, co właśnie nadają.

Czyżbym więc na starość stał się sentymentalny? Chyba nie, jest to raczej sposobność, żeby zobaczyć mało znane filmy z tamtych lat, a nie same arcydzieła.

Tak więc oglądam straszną propagandę lat 50-tych, śmieszną i przaśną z okresu Gomułki, nieco ironiczną w czasach Gierka. Patrzę z osłupieniem na najgorsze chyba filmy i seriale z początku lat 80-tych, gdy większość aktorów bojkotowała telewizję a więc słuszne polityczne seriale kręciły beztalencia. W filmach z lat 80-tych pojawiają się aktorzy, których potem nikt nigdzie nie widział. Albo tacy, którzy zdobyli potem rozgłos ale o tych debiutach u Petelskich i Poręby chcieliby zapomnieć.

Przy wszystkich swoich naiwnościach i politycznych przekłamaniach, PRL-owskie filmy i seriale górują nad współczesnymi w paru ważnych aspektach. Są lepiej grane – występowali w nich aktorzy z krwi i kości, z wykształceniem i doświadczeniem teatralnym. Mogli grać policjantów i dyrektorów, ale przynajmniej można zrozumieć co mówią. Nie to, co dzisiejsi bohaterowie sitcomów, którzy chyba czytają z telepromptera dialogi napisane przez kogoś wczoraj i na kacu. I nie można ich zrozumieć.

Pewien prymitywizm wynikał z technologii – tak przecież wyglądały seriale i filmy na świecie w owych latach. Były też obyczajowo naiwne i niewinne, wręcz dziecinne.

Tak więc mieszkając w Polsce można zabijać nudę oglądając w telewizji filmy, o których nigdy się nie słyszało. Nawet te najgorsze pokazują nam jednak ówczesną rzeczywistość: stroje które wtedy nosiliśmy; meblościanki, które wystaliśmy w kolejce; szerokie, pozbawione samochodów ulice. Opisują zupełnie takie jak nasze pierwsze romanse w liceum, pożądliwe spojrzenia za zachodnim samochodem, nocne rozmowy przy wódce o sensie takiego życia. Coś te filmy jednak uchwyciły z naszej młodości…

Na koniec dobra wiadomość: gdy odejdzie w przeszłość tradycyjna telewizja, ta cała spuścizna, ta prawda czasu i ekranu będzie coraz łatwiej dostępna, w Internecie czy co tam człowiek nowego wymyśli.

Jan Latus