Wtorek
Banalność zła… brzmi banalnie, ale tak to jest. Zło nie ogłasza się fanfarami, raczej przyciąga, stara się łasić, zachęcać, Zło – jak to się mówi współczesnym langłydżem – „bardzo ociepla swój wizerunek”. A więc zabawa, wspólnota, współprzeżywanie, poczucie przynależności ale koniec jest zawsze żałosny.

Krąży po sieci gra zwana „Niebieskim wielorybem” („Blue Whale Challenge”). Nastolatkowie mogą w niej testować swoją wolę życia i wytrzymałość psychiczną. Przez pięćdziesiąt dni, dzień po dniu, muszą wykonywać polecenie jakiegoś internetowego moderatora zwanego „mistrzem gry”. Wykonują konkretne, ustalone wcześniej zadania, wpływające na psychikę. Tatuują się (w sieci na zdjęciach widać wydziergane na skórze wielorybki), unikają snu, tną się żyletkami, oglądają horrory a potem dzielą się w mediach społecznościowych depresyjnymi opowieściami. Internetowa gra największą popularność zyskała w Rosji, gdzie ponoć setka głupoli odbebrała sobie życie. Bo uwieńczeniem „zabawy” jest samobójstwo według przepisu „mistrza gry”.

Teraz bawią się w ten sposób i w Polsce, donoszą gazety. Oczywiście, można powiedzieć, że przeciętny nastolatek padnie ze śmiechu słysząc o czymś takim. Ale założę się, że jakiś procent poczuje tę więź, poczucie przynależności, rozbicie nastoletniej samotności. Miejmy nadzieję, że skończy się co najwyżej na nie groźnym samookaleczeniu. Mnie jednak interesuje, kto takie coś wymyśla i po co? Widzę w tym Mrok, Światła dostrzec się nie da…

Środa w nocy
Kolejny atak terrorystyczny. Tym razem w Londynie. Islamista najpierw rozjeżdżał ludzi na chodniku, potem zaatakował policjantów pod brytyjskim parlamentem, zanim nie został zastrzelony. Nie, nie jak pies, bo człowieka jeszcze próbowali ratować… Na szczęście Wielka Brytania to nie Niemcy, więc nie było gadanki, że „nie wiemy, co kierowało sprawcą”, że pewnie psychicznie chory albo, że nawet jak i coś go wiązało z dżihadem, to nie wolno tego łączyć z islamem… Brytyjczycy sprawnie wzięli się za wyzwanie z islamskim terrorem i w ciężkiej sytuacji zrobili wszystko, aby straty zminimalizować a społeczeństwo uspokoić.

Tymczasem w Europie jak zwykle: polityczna poprawność dusi zwoje myślowe. Na znak solidarności wyłączono Wieżę Eiffela w Paryżu, mądrale wzięli się za wirtualne rączki, łącząc w bólu hasztagami na portalach społecznościowych. Na prawdziwą walkę z islamistami chyba sił na razie znowu brakło. Do kolejnej rzezi na ulicy, któregoś z modnych, europejskich miast…

Środa bardzo w nocy
No przynajmniej z Trumpem nudzić się nie można. Nasz kochany 45. Prezydent choć nie czyta książek, jeno gazety, a wiedzę czerpie głównie z programów telewizyjnych stacji stwierdził ostatnio, że jest „Ernestem Hemingwayem stu czterdziestu znaków”, czyniąc aluzję do swojego używania społecznościowego medium Twittera. Fakt, Trump potrafi w lapidarnych słowach wytworzyć tzw. „przekaz” czy „narrację”, która rezonuje następnie wśród milionów Amerykanów. Pół biedy jak pisze z sensem, czasem niestety wali to, co mu paluszek na klawiaturkę przyniesie. Podobno najbardziej rozchwiane newsy Trumpa powstają po zmierzchu w piątek i z rana w sobotę. Dlaczego? Otóż wtedy jego córka Ivanka oraz jej mąż, a prezydencki zięć Jared, jak przystało na ortodoksyjnych żydów, obchodzą szabas. I nie mogą doradzać ojcu i teściowi, który tak bardzo ponoć liczy się z ich zdaniem…

Teraz ciekawa rozmowa z dziennikarzem tygodnika „Time”. Odpowiedzi Trumpa, dużo tłumaczą. Oskarżenia prezydenta Obamy o stosowanie wobec niego podsłuchów? „Jestem bardzo instynktowną osobą, ale moje instynktowne odczucie często okazuje się prawdą”. Że fizycznie, podsłuchiwano telefony? „Użyłem tego określenia w cudzysłowie”. A co z oskarżeniem, że trzy miliony nielegalnych imigrantów głosowało na Clinton? Tutaj Trump nieco zmienia zdanie: „Kiedy to powiedziałem, chodziło mi o to, że oni błędnie zarejestrowali się do głosowania. Innymi słowy zostali zarejestrowani błędnie albo nielegalnie. Powołałem komisję w tej sprawie”… I tak dalej i tym podobnie. Pan Prezydent pływa niczym serfer po fali słów, nie oglądając się za bardzo w tył, bo co było wczoraj, było wczoraj a jutro – będzie przecież jutro. Na razie z metody Trumpa szkód wielkich nie ma – kraj dalej jedzie na oparach powyborczego optymizmu. Ale dalej może nie być tak wesoło. Przekonamy się, gdy Ameryka stanie oko w oko z prawdziwym kryzysem.

Czwartek
Słucham regularnie wielkopostnych rekolekcji wygłaszanych przez bardzo mądrego zakonnika. Po raz pierwszy śledzę je dzień w dzień, dzięki internetowi. Kanwą rozważań jest księga Apokalipsy według świętego Jana, traktowana jako opowieść o czasach ostatecznych ale i o każdego z nas z osobna zmaganiach codziennych. Opowieść o ciągłym zmaganiu Zła i Dobra, ducha światła i ciemności. Co mnie uderzyło, to bezinteresowność Zła: Zły czyni zło dla samego zła, dzieli się Mrokiem dla samej radości niszczenia i szkodzeniu Światłu, a więc odciągania człowieka od Dobra za wszelką cenę. Jakby Zło było zamazywaniem Światła w sercach ludzkich.

Ale tu nie ma mowy o diabelskich kopytkach czy rogach. Zło jest bardziej seksi i lepiej zjadliwe, bo inaczej nikt by się na nie nie załapał. To Człowiek jest wywyższony, jako najwyższe dobro, co dokładnie umożliwia największy zamordyzm. Nie wierzycie? Ale ile setek milionów poszło do piachu w imię „szczęścia ludzkości”? Rekolekcjonista daje trop w postaci słów świętego Pawła, którymi mówi o triumfie Ciemności na tym świecie (2 List do Tesaloniczan 2, 3-12): „Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo [dzień ten nie nadejdzie], dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem (…) Albowiem już działa tajemnica bezbożności. Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, wówczas ukaże się Niegodziwiec, którego Pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust i wniwecz obróci [samym] objawieniem swego przyjścia. Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, [działanie] z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia. Dlatego Bóg dopuszcza działanie na nich oszustwa, tak iż uwierzą kłamstwu, aby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale upodobali sobie nieprawość”.

Mamy płakać? No nie, absolutnie. Legendarny amerykański biskup katolicki Fulton Sheen doradza: „nie pozwalajmy, by panowały nad nami okoliczności, sami panujmy nad okolicznościami. Zróbmy coś z nimi! Nawet codzienne przykrości można przekształcić w stopnie wiodące do zbawienia, tak jak ostryga podrażniona przez ziarenko piasku wytwarza perłę. Przestańmy opowiadać o swoich bolączkach – dziękujemy za nie Bogu! Jeden akt dziękczynienia wśród przeciwności, a potem tysiąc takich aktów, kiedy sprawy układają się po naszej myśli”.
Padłeś?

Powstań, otrzep się, nie marudź i zasuwaj dalej przez życie!

Jeremi Zaborowski