Jezus, przechodząc, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloam” – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: „Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?” Jedni twierdzili: „Tak, to jest ten”, a inni przeczyli: „Nie, jest tylko do tamtego podobny”. On zaś mówił: „To ja jestem”.

J 9, 1. 6-9

W pierwszym czytaniu słyszymy historię wybrania Dawida na króla Izraela. Bóg posłał proroka Samuela do Jessego Betlejemity, aby namaścił jednego z jego synów na króla. W czasie wyboru Bóg powiedział do Samuela: „Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż odsunąłem go, nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce”. Jesse przedstawił swoich siedmiu synów, ale żaden z nich nie był wybrany przez Pana. Samuel zapytał Jessego: „Czy to już wszyscy młodzieńcy?”. Na co Jesse odpowiedział: „Pozostał jeszcze najmniejszy, lecz on pasie owce”. Samuel kazał go przywołać. Gdy go zobaczył, kierując się wskazaniem, aby patrzyć w serce usłyszał głos Boga: „Wstań i namaść go, to ten”.

Jakże często w naszym życiu nasze patrzenie nie jest patrzeniem Boga. Jesteśmy kompletnymi ślepcami. Oceniamy drugiego człowieka przez pryzmat jego zewnętrznego wyglądu, pozycji społecznej, zasobności portfela, sławy, czy nawet kolorowych fatałaszków i złotych ozdób, które mają przydać powagi i znaczenia. A najczęściej najwartościowszych ludzi, prawdziwych przyjaciół znajdujemy nie wśród kombinatorów, bogaczy, celebrytów, ale ludzi ciężkiej pracy, którzy nie mają za dużo pieniędzy w banku, ale za to mają największy skarb, o którym mówimy „ma złote serce”. Przypomina nam o tym nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz „Miej serce i patrzaj w serce”. Serce i dusza, to sanktuarium naszego Boga, który jest najpełniejszą miłością. To tu rodzi się prawdziwa wielkość i świętość człowieka.

Historia uzdrowienia niewidomego przy sadzawce Siloam z dzisiejszej Ewangelii oprócz bardzo realnej i konkretnej wymowy niesienia ulgi w cierpieniu zawiera także symboliczne, bardzo ważne przesłanie dla każdego z nas, abyśmy w swoim zaślepieniu przejrzeli i postrzegali człowieka przez pryzmat jego serca, tam gdzie się on spotyka z Bogiem. To spotkanie jest miarą wielkości człowieka. Takie spojrzenie pozwala pełniej rozpoznać Chrystusa w naszym bliźnim. Otwiera nas przez wiarę na samego Boga i uzdalnia nas do rozpoznania w Chrystusie naszego Zbawcy i Pana, tak jak to miało miejsce w przypadku uzdrowionego niewidomego.

Niewidomy nie prosił o pomoc. Może dlatego, że nie widział Jezusa i nikt mu nie powiedział, że On przechodzi obok. A nawet gdyby widział, to prawdopodobnie też by nie wołał o pomoc, bo jak mówi Ewangelia nie wiedział dokładnie kim jest Jezus. Ale Jezus go zauważył, zauważył jego nieszczęście: „Jezus przechodząc ujrzał człowieka niewidomego od urodzenia”. Jezus zauważył i wybrał pouczający sposób uzdrowienia: „Splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloam”. Chrystus nie przywraca mu wzroku natychmiast, ale żąda wiary i to wiary wyrażonej czynem. Niewidomy ma udać się do sadzawki i tam obmyć się wodą. W Ewangelii czytamy: „On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc”. Wtedy zrodziła się wiara w Jezusa, że jest prorokiem. Faryzeusze pytali go, co sądzi o Uzdrowicielu, za kogo Go uważa, na co uzdrowiony odpowiedział: „To prorok”. Trzecim etapem rodzenia się wiary niewidomego było ponowne spotkanie z Jezusem. I tym razem Jezus przyszedł do niego, ponieważ niewidomy nie znał Jezusa, nie widział Go wcześniej. Przy spotkaniu Jezus zapytał go: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” On odpowiedział: „A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?” Jezus mu odpowiedział: „Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. Uzdrowiony oddał pokłon Jezusowi i wyznał: „Wierzę, Panie!”. To wyznanie wiary w Syna Człowieczego jest zrozumiałe w świetle wizji proroka Daniela: „Oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie”. Ta wizja jest zapowiedzią przyjścia Mesjasza.

Każdy z nas był albo jeszcze jest takim człowiekiem, jak ewangeliczny niewidomy. Każdy z nas spotkał albo czeka na spotkanie Jezusa, który przywróci mu wzrok. W życiu każdego z nas, miał lub będzie miał miejsce moment, kiedy spotkamy Chrystusa, który otworzy nam oczy. I to jest najważniejszy moment w naszym życiu. Aby zrozumieć jak wielkim darem jest otwarcie oczu przez Jezusa, musimy uświadomić sobie, na czym polega nasza ślepota. Pismo święte nazywa grzech ciemnością, ślepotą. Każdy z nas nosi w sobie skutki grzechu pierworodnego i jest w pewnym sensie niewidomy. Chrystus staje przed nami jak światło, wzrok naszych oczu i pozwala nam widzieć to co jest najważniejsze w naszym życiu. Tak było w życiu Steve’a Jobsa współzałożyciela, prezesa i przewodniczący rady nadzorczej Apple Inc., jednej z najbardziej dochodowych i prestiżowych firm na rynku światowym. Przez wielu uznawany jest za geniusza. W 2004 r. świat obiegła wiadomość, że zmaga się z nowotworem trzustki. Świadomy, że jego dni życia są policzone wyznał: „Doszedłem na szczyt sukcesu w biznesie. W oczach innych, moje życie jest symbolem sukcesu. Jednak poza pracą mam też trochę radości. Moje bogactwo jest po prostu faktem, do którego przywykłem. W tym momencie, leżąc na szpitalnym łóżku, rozpamiętując całe moje życie, zdaję sobie sprawę, że wszystkie pochwały i bogactwo, z których kiedyś byłem tak dumny, stały się nieistotne z powodu nadchodzącej śmierci. Bóg stworzył nas w taki sposób, że możemy poczuć miłość w sercu każdego z nas. Nie w złudzeniu zbudowanym na sławie czy pieniądzach, tak jak ja zrobiłem w moim życiu. Nie mogę zabrać ich ze sobą. Mogę tylko zabrać ze sobą wspomnienia, które zostały wzmocnione przez miłość. To jest prawdziwe bogactwo, które będzie za Tobą podążało, towarzyszyło Ci, dawało siłę i światło, aby przejść dalej. Miłość może podróżować tysiące mil, a więc życie nie ma granic. Przenieś się tam, gdzie chcesz być. Dąż do zdobycia celów, które chcesz osiągnąć. Wszystko jest w Twoim sercu i w Twoich rękach”.

Na koniec przytoczę piękną wypowiedź pani Małgorzaty pod jednym z moich coniedzielnych rozważań jakie zamieszczam na Facebooku: „Życie na ziemi to krótka pielgrzymka. Kiedyś każdy z nas, nie ważne czy bogaty czy biedny, będzie musiał stanąć przed obliczem Boga i rozliczyć się z całego życia. Dla Boga nieważne będzie jakiego majątku dorobiliśmy się tutaj na ziemi, jakie dyplomy czy tytuły osiągnęliśmy, czy byliśmy sławni czy nikt o nas nie słyszał. Wszystko o co tak bardzo zabiegamy na co dzień okaże się niczym przed Obliczem Najwyższego. Jedyne czym będziemy mogli się obronić to miłość do bliźniego. Od nas zależy ile dobrych uczynków względem drugiego człowieka zrobimy żyjąc tutaj na ziemi. Bóg mówi; wszystko cokolwiek uczyniliście jednemu z moich najmniejszych, mnie uczyniliście. Jeśli przechodzisz obojętnie obok głodującego dziecka i udajesz, że Ciebie to nie dotyczy to tak jakbyś przeszedł obojętnie obok samego Boga.
Nie ma większej zasługi w Niebie jak uratować życie drugiego człowieka, a kiedy ratujemy życie bezbronnego, niewinnego dziecka tym większa jest zasługa w Niebie. Samarytanin, który zatroszczył się o życie umierającego był kimś wielkim w oczach Boga. Przechodząc nie odwrócił oczu i nie udawał, że nie widzi bólu i cierpienia umierającego ale zapłacił aby zatroszczono się o niego. Czyż może być większa zasługa w Niebie ? My każdego dnia mamy możliwość ratowania głodujących. Tylko odwracamy oczy i udajemy, że nas to nie dotyczy…”.

Ks. Ryszard Koper

Niedzielne rozważania w wersji audio znajdują się na stronie www.ryszardkoper.pl w sekcji Audio-Video