Z Jerzym Majcherczykiem, odkrywcą, podróżnikiem, kajakarzem, wielkim polskim patriotą, w jego biurze podróży Classic Travel rozmawia Paulina Deka.

Otaczają nas książki, zdjęcia i mapy z odległych zakątków świata. Pamiątki, ślady przeszłości. Mój wzrok przykuwa wizerunek papieża Jana Pawła II. W późniejszej rozmowie dowiaduję się, że papież był dobrym duchem każdej wyprawy Jerzego Majcherczyka, w tym tej najważniejszej podróży przez Amerykę Centralną i Południową zwieńczoną odkryciem najgłębszego kanionu świata – kanionu Colca.

– Jakie jest Pana najwcześniejsze wspomnienie z podróży?
– Odpowiadając na to pytanie muszę wrócić pamięcią do rodzinnego Siewierza. Jak miałem 9-10 lat to w niedzielę, po mszy świętej, ojciec brał mnie za rękę i szliśmy oglądać najbliższe okolice. Pamiętam jezioro, kilka glinianek, stawy, rzekę Czarną Przemszę i lasy. 30 km do Katowic a 40 km do Częstochowy. Chodziliśmy po tych lasach, a tata mówił mi, gdzie jest północ, gdzie południe, jak podejść zająca, jak rozpoznać ten kwiatek, to zioło, tego ptaszka itd. To oczywiście były takie małe podróże, ale powtarzające się co niedzielę i to było coś, co wzbudziło we mnie pragnienie ujrzenia tego, co jest za horyzontem.

– W tym roku mija 45 lat od założenia klubu kajakowego „Bystrze” w Krakowie, jest to tym samym rocznica Pańskiej działalności jako kajakarza, podróżnika i odkrywcy. Jakie były Pana marzenia, gdy zakładał Pan klub? Czyimi śladami chciał Pan podążać?
– Przyjechałem wtedy do Krakowa na studia i pierwsze, co zobaczyłem to kajaki na Wiśle, to mi tak w głowie zawróciło, że zapomniałem o egzaminach na AGH. Miałem szczęście, że spotkałem grupę fajnych chłopaków, którzy też mieli fioła na punkcie wody. No, więc w październiku 1972 roku założyliśmy klub Bystrze. Chcieliśmy pływać tam, gdzie są rzeki nieznane. Klub rozwijał się w tempie niesamowitym, a były to czasy komuny, ciągnięto nas na pierwszomajowe pochody, a my „wymanewrowaliśmy komunę” – jeździliśmy celebrować pierwszego maja i inne podobne uroczystości na spływy kajakowe. Klub był bodźcem do tego, żebyśmy mogli organizować wyprawy. Najpierw po górskich rzekach Polski i po Mazurach, potem tzw. spływy szkoleniowe, następnie wyprawy za granicę, czyli na Słowację. Kajaki budowaliśmy sami z waty szklanej w Chojnicach, w fabryce chemicznej. Potem postanowiliśmy zrobić dwie wyprawy do Jugosławii, wtedy pierwszy raz pokazała nas polska telewizja. Potem chcieliśmy pojechać na Syberię, ale zetknęliśmy się ze ścianą, jaką był komunizm, nawet nam nie pozwolili pływać po Bugu. Wtedy wpadliśmy na kolejny pomysł, jakim była Argentyna.

Natomiast co do marzeń to rozwijają się one powoli, człowiek nigdy nie rodzi się z gotowymi marzeniami. Marzenia rozbudzał we mnie ojciec, ale miało na nie wpływ również spotkanie ze Stanisławem Szwarc Bronikowskim, który przyjechał do naszej szkoły i opowiadał nam o swojej wyprawie do źródeł Amazonki. Na zakończenie, takim patetycznym głosem powiedział: „Rzucam tu ziarno podróżowania, może na któregoś z was spadnie”. Pamiętam, że siedziałem na podłodze w sali gimnastycznej i zamarzyło mi się wtedy, żeby tam kiedyś dotrzeć.

– Co zainspirowało Pana, aby w 1979 roku wyruszyć na wyprawę do Ameryki Południowej? Czy przyszło wtedy Panu przez myśl, że ekspedycja może zakończyć się niezwykłym odkryciem?
– Pomysł na wyprawę nie spotkał się w Polsce ze zrozumieniem, wzięto nas za szaleńców.
Same przygotowania trwały dwa i pół roku. Historia jest niesamowita. I dowodzi, że nie można się poddawać. Mieliśmy pojechać do Argentyny, wszystko już było przygotowane, ale nie pojechaliśmy, bo między Argentyną a Chile prawie doszło do wojny. Potem, gdy byliśmy już gotowi wyjechać do Peru, w Polsce była zima stulecia i spadło kilka metrów śniegu. Z Krakowa do Gdańska jechaliśmy pięć dni, dwoma ciężarówkami. Bałtyk zamarzł, a nasz statek nie odpłynął, a w Peru wybuchł stan wojenny. Ambasada Peru powiedziała, że nas nie chce, więc postanowiliśmy, że pojedziemy do Meksyku. Ktoś tam w górze nad nami czuwał. Byliśmy studentami z Krakowa, wtedy kardynał Wojtyła został wybrany papieżem. W ambasadzie Meksyku był krakus Józef Klasa, to on nam pomógł uzyskać pozwolenie na wyjazd. Mieliśmy za sobą trzy lata przygotowań i kolejna odmowa mogła nas załamać. Ale udało się! Chcieliśmy zostać Kolumbami na górskich rzekach Ameryki. W Międzynarodowym Związku Kajakowym powiedziano nam, że nie ma żadnych opisów górskich rzek w Ameryce Południowej. Po prostu od Meksyku w dół nie ma nic. Postanowiliśmy wymazać z map białe plamy. Szóstego czerwca o 6 rano 1979 roku w powietrzu mijaliśmy się z papieżem, który leciał z Warszawy do Krakowa a my z Krakowa przez Berlin, Londyn do Nowego Jorku i dalej do Mexico City. Moja mama przed naszą wyprawą, dała mi zdjęcie papieża wycięte z gazety i powiedziała: „weź to zdjęcie a uchroni ono Ciebie i Twoich przyjaciół od wszelkich nieszczęść”. Tak się stało, czego dowodem jest to, że żyje.
Ktoś nam podesłał magazyn: „South American Explorer Club”, był taki profesor Arias, Hiszpan, który napisał artykuł: „Trzy tysiące metrów w dół”. Przeczytaliśmy w nim, że jest kanion, tak głęboki, że on zszedł tylko kawałek w dół i wrócił, natomiast jaki jest głęboki mogą stwierdzić tylko wariaci, którzy muszą być jednocześnie ekspertami. Chodziło o kanion Colca. Po tej lekturze przepłynięcie do tego kanionu stało się dla nas wyzwaniem, zaczęliśmy od razu planować wyprawę… ale jak dojechaliśmy do Peru, to byliśmy bez pieniędzy. Proszę pamiętać, że od opuszczenia Meksyku do momentu, kiedy dotarliśmy do Peru minęły dwa lata. Chcieliśmy jechać do Colki, ale nie mieliśmy pojęcia jak głęboki jest ten kanion, nie wiedzieliśmy jak tam dojechać? Benzyny nie ma, pieniędzy nie ma. Wtedy otrzymaliśmy od ministerstwa turystki 500 dolarów, za które kupiliśmy taśmę filmową.

Już po przepłynięciu kanionu Peruwiańczycy zafundowali nam lot awionetką nad kanionem. Mówiąc szczerze, gdybyśmy to zobaczyli wcześniej, to byśmy pękli ze strachu. Czego spodziewaliśmy się po Colce? Nikt nie wiedział, sami Peruwiańczycy w Arequipie, gdzie dojechaliśmy, w ogóle nie mieli o nim zielonego pojęcia. Jakbyśmy przyjechali pół roku wcześniej, to byśmy nie dojechali do kanionu, bo nie było dróg. To jest wielkie miasto Arequipy, milion mieszkańców, kanion ma 120 km, generalnie ta okolica to jest wielka pustynia. Projekt kanadyjsko-skandynawski zakładał pomoc dla Peru i zbudowanie nowych dróg, jak dotarliśmy do Peru, to oni właśnie skończyli budowę tych dróg, a my mieliśmy to szczęście, że wjechaliśmy tam jako pierwsi.

Z oazy Sangalle przepłynęliśmy 100 km, ominęliśmy wtedy najbardziej niebezpieczny kawałek, który 27 lat później przepłynąłem z moimi trzema synami, ale wtedy była dużo większa woda niż teraz, wtedy Pan Bóg nad nami czuwał, bo byśmy nie przeżyli tego odcinka kanionu. Cała eksploracja od wyjazdu z Arequipy do powrotu do tego miasteczka zajęła nam 33 dni. Sam spływ zajął nam 17 dni. Jak wypłynęliśmy z Colci to nie tylko, że nie mieliśmy pieniędzy, ale też straciliśmy jeden kajak, drugi roztrzaskany a ponton mocno zniszczony. Po wyjściu z kanionu zorganizowaliśmy pierwszą konferencję prasową i dostaliśmy dyplomy honorowych obywateli Arequipy. W świat poszła wiadomość o tym, ze Polacy odkryli nieznany dotąd najgłębszy na Ziemi kanion.

– 4 lutego obchodził Pan rocznicę 35-lecia pobytu w Stanach Zjednoczonych. Z Peru do Nowego Jorku przyleciał Pan po odkryciu kanionu Colca. Dlaczego zdecydował się Pan na pozostanie w Ameryce?
– 21 grudnia mieliśmy wracać do domu po trzech latach nieobecności. Gdy dotarliśmy do Limy, w nocy odebrałem naszą książkę z drukarni i zobaczyłem nagłówki gazet: „Zamach w Polsce”, „Stan wojenny”. Wtedy nikt z nas nie mógł wrócić do kraju. Cały styczeń leżałem ciężko chory, nie potrafili mnie wyleczyć i 4 lutego w ostatnim dniu ważności wizy do Stanów poczułem się lepiej. Tego dnia przyleciałem do NYC. 35 lat temu miałem chyba 40 dolarów w kieszeni. Zajął się mną wtedy bardzo serdecznie Józef Proch, szef kongresu Polonii Amerykańskiej na Nowy Jork. Potem pojechałem do Casper w Wyoming i do Denver. W 1983 r. nawiązałem listowy kontakt z Małgosią, która w grudniu 1984 została moją żoną. Dopiero w 1989 roku, jak Tadeusz Mazowiecki został premierem udało mi się pierwszy raz po latach odwiedzić Polskę. Wylądowałem w Polsce, z amerykańskim paszportem. Przez kilka dni byłem śledzony, co zapewne było rezultatem mojej działalności na rzecz Solidarności i organizacji Pomost.

– Zawsze podróżuje Pan z polską flagą, na dnie kanionu Colca przy jego wodospadach odsłonił Pan cztery tablice poświęcone Janowi Pawłowi II. Za Pana pośrednictwem została również otwarta szkoła imienia Papieża Polaka. Nazwy kilku peruwiańskich ulic, także dzięki Panu, przypominają o polskości.
– Peruwiańczycy wybudowali szkołę i chcieli, żebym to ja wybrał dla niej nazwę, w podziękowaniu za odkrycie, jakiego dokonaliśmy dla regionu i całego kraju. Oczywiste było dla mnie, że patronem szkoły powinien być nasz papież. Już od maja 1981 jego imię nosiły najwyższe wodospady w całym kanionie. Jesteśmy dumni z tego kim jesteśmy i jakie dziedzictwo pozostawił po sobie Jan Paweł II, dlatego tak ważne było, aby to dziedzictwo utrwalać. Natomiast z polską flagą chodzę w miejscach, gdzie Polacy czegoś dokonali, nie tylko w samej Colce, ale też w Argentynie, gdzie też są ślady Polaków. Po to aby innym, których spotykamy na szlaku oraz miejscowej ludności pokazać, że jesteśmy obecni i dumni ze swoich dokonań. Wszędzie zaznaczam tę naszą polskość, bo kocham Polskę całym sercem.

– Od 1992 r. należy Pan z tytułem „Fellow” do prestiżowego Explorer Club w NYC, 21 lat temu założył pan Polonijny Klub Podróżnika, gdzie zaprasza i przybliża Pan polskiej społeczności naszych wybitnych podróżników i odkrywców, takich jak: Elżbieta Dzikowska, Andrzej Zawada, Wojciech Cejrowski, Krzysztof Wielicki czy prof. Zdzisław Ryn.
– Czuję, że moją rolą jest edukowanie i między innymi dlatego założyłem Polonijny Klub Podróżnika. Marzyło mi się również, żeby Polacy mieli swoje miejsce w prestiżowym The Explorer Club. Za moim wstawiennictwem trafili tam: Elżbieta Dzikowska, Toni Halik, Andrzej Zawada oraz Stanisław Szwarc Bronikowski – łącznie dwunastu wspaniałych odkrywców.

– Jest Pan autorem książek takich jak „Conquest of Rio Colca”, czy „In Kayak Through Peru”, współautorem „Poland Travel Directory”, wspominał Pan o chęci zrealizowania cyklu reportaży opowiadających o polskich inżynierach i badaczach Peru z drugiej połowy XX wieku. Czy ten pomysł jest nadal aktualny?
– To jest temat, którym ciągle żyję. Zebrałem materiały filmowe i dokumentalne na zrealizowanie 14 może 12 odcinków pt. „Dokonania Polaków w Ameryce Południowej”, szczególnie w Peru. Pierwszy Polak w Peru, to był Sebastian Berzawiczy, szlachcic węgiersko-polski, który w XVII wieku musiał uciekać z Polski. Ożenił się z ostatnią księżniczką Inków. Ostatni Inka mieszka w Polsce do dziś. Poznałem go – ale gdzie mieszka i jak się nazywa to moja tajemnica. Takich historii jest więcej i są one fascynujące. Odcinki te, muszą być jednak profesjonalnie zrobione. Niestety, nie ma na to pieniędzy.

– W 1995 roku major wioski Chivay w Peru przyznał Panu medal za promowanie prowincji Calloma i kanionu Colca, w 2000 r. został Pan zaliczony przez American Kayaker’s Association do stu wioślarzy XX wieku. W 2003 r. prezydent Polski odznaczył Pana Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi, w 2006 Marszałek Senatu nagrodą za Sławienie Polski i Polskości, natomiast w 2009 roku został Pan honorowym obywatelem rodzimego Siewierza otrzymując nagrodę „Magnum Meritum Pro Regionis Urbis Serioris”. Czy któraś z tych nagród ma dla Pana szczególne znaczenie?
– Nie robię niczego dla nagrody, ale jest miło jak ktoś nasz wysiłek doceni i zauważy. Szczególnie cenię sobie nagrodę „Za Sławienie Polski i Polskości”. Jest ona przyznawana przez Telewizję Polonia i Senat RP. Jednak bardziej niż na jakichkolwiek wyróżnieniach zależy mi na edukacji młodzieży. Żeby młodzi ludzie zdawali sobie sprawę z tego skąd się wzięli, by byli dumni ze swojej polskości i dokonań swojego kraju. Dlatego jeżdżę po Polsce i ośrodkach polonijnych z moimi prezentacjami.

– W 1985 roku założył Pan z żoną biuro podróży Classic Travel, które organizuje między innymi wyprawy do kanionu Colca, ale także dzikiej Alaski czy rodzimej Polski. Czy wyobraża pan sobie życie bez podróży? Co zyskujemy wyjeżdżając poza nasze rodzinne strony?
– W zasadzie na początku istnienia biura podroży, większość obowiązków przejęła na siebie moja żona Małgosia, ponieważ ja wtedy „włóczyłem się” po świecie. Z małej agencji turystycznej zrobiliśmy dużą agencję tour operatora, to jest taka firma, która „własnymi rękami” robi pakiety turystyczne. Dla przykładu podam, iż nasza oferta na 2017 rok obejmuje 25 różnych wyjazdów do 30 krajów, w tym sześć pielgrzymek, 15 wycieczek, pięć turystycznych wypraw i dwie ekspedycje. A najbliższe to: Kuba (po raz czwarty), Peru (cztery różne wycieczki), Mongolia, Alaska, Meksyk, Australia z Tasmanią, Japonia z Tajpej oraz Ekwador z Galapagos.

Bardzo dbamy o naszego klienta, staramy się mu pokazać to, co najbardziej atrakcyjne w najlepszym sezonie pogodowym. 45 lat mojej działalności cechuje dążenie do odkrywania świata, podróżowanie śladami Polaków.

– Ma Pan trzech dorosłych synów, czy podzielają Pana pasję do podróży?
– W 2009 roku wyjechaliśmy wspólnie na wyprawę Colca-Condor, na ten dziewiczy odcinek, którego nie pokonaliśmy podczas pierwszej wyprawy. Moja żona wpadła w panikę, mówi: Ty możesz jechać, ale dlaczego zabierasz mi wszystko co mam? Ale oni nie mogli się doczekać tej podróży. Moi wszyscy chłopcy czytają, piszą i mówią po polsku. Zabierałem ich w podróże pojedynczo, dostawali aparat fotograficzny i notes i musieli codziennie opisywać co widzieli, po powrocie mieli dwa tygodnie, żeby to uporządkować. W ten sposób powstało wiele ciekawych albumów, potem jeździli w nagrodę – jak dobrze radzili sobie w szkole. I w ten sposób połknęli podróżniczego bakcyla.

Na zakończenie rozmowy otrzymałam od pana Jerzego obrazek Matki Boskiej z Gwadelupe. „Przywiozłem go z Meksyku, noś go przy sobie, a będzie Cię strzegł” – powiedział. Wtedy wszystko, co dla niego najważniejsze stało się dla mnie jasne. Wiara, duma z dziedzictwa narodowego, odwaga, szczera chęć pomocy innym i przekazanie im miłości do podróży. Dla mnie ta rozmowa była niezwykle inspirująca.

Paulina Deka