Amerykańscy ustawodawcy od momentu wyborów napracowali się raczej niewiele.

Jedyną przygotowaną przez nich konkretną ustawą jest projekt reformy zdrowia. W Kongresie, tak samo zresztą jak w rządzie, trwają za to pracochłonne dochodzenia, które jak uczy nas doświadczenie najprawdopodobniej zakończą się bez żadnych rezultatów.

W miniony poniedziałek szef FBI James Comey potwierdził publicznie, że jego biuro, będące formalnie częścią Departamentu Sprawiedliwości, prowadzi śledztwo mające wyjaśnić charakter związków współpracowników Donalda Trumpa z przedstawicielami rosyjskiego rządu w okresie kampanii wyborczej. Co konkretnie jest sprawdzane i jakie są podejrzenia od Comey’a się nie dowiedzieliśmy. Szef FBI dał natomiast do zrozumienia, że dochodzenie trwać może długie miesiące, a być może nawet lata. Własne śledztwo w tej samej sprawie prowadzą również kongresowe komisje nadzorujące wywiad.

Co kilka tygodni amerykańska prasa ujawnia nowe rewelacje świadczące o tym, że współpracownicy Trumpa mieli ożywione kontakty z Rosjanami. Z powodu ich zatajenia z posadą doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego pożegnał się niedawno Michael Flynn, który – jak wiemy z mediów – otrzymał 65 tys. dolarów od firm powiązanych z rosyjskim rządem.
Kontakty z Rosjanami miał również m.in. były szef kampanii wyborczej Trumpa Paul Manafort, także sowicie wynagradzany przez Rosjan, oraz obecny szef Departamentu Sprawiedliwości Jeff Sessions, który z ich powodu musiał wykluczyć się ze śledztwa FBI, by nie być sędzią we własnej sprawie.

W samych kontaktach nie ma oczywiście nic złego, wiemy jednak, że Rosjanie różnymi metodami starali się wpływać na przebieg wyborów w USA, a współpracownicy kandydata, który ostatecznie został prezydentem już po wyborach woleli o swoich związkach nie mówić. Powstaje pytanie dlaczego? Czy była to tylko zwykła niefrasobliwość, czy też coś więcej, na przykład współpraca w osłabianiu rywalki Donalda Trumpa, Hillary Clinton.

Na te pytania, prędko jednak odpowiedzi nie poznamy. Być może nawet nie poznamy jej w ogóle.
Głęboki podział polityczny sprawia, że dochodzenie prowadzone przez komisje kongresowe musi zakończyć się niczym. Podobnie jak wcześniejsze dochodzenie w sprawie Benghazi. Republikanie chcieli wówczas obciążyć Clinton odpowiedzialnością za śmierć amerykańskiego ambasadora w Libii. Raport, który poznaliśmy po trwającym latami śledztwie nie dowiódł jednak niczego, a wielu demokratycznych członków komisji nie zgadzało się z jego ustaleniami.

Teraz jest tak samo z tą tylko różnica, że to demokraci chcą obciążyć Donalda Trumpa odpowiedzialnością za związki z Rosją. Do takiej konkluzji z całą pewnością nie dopuszczą jednak republikanie.

Spór według linii politycznych widać było bardzo wyraźnie podczas zeznań w Kongresie Jamesa Comey’a. Opozycja pytała o Rosję, Republikanie uznali zaś, że ważniejsze jest wyjaśnienie w jaki sposób informacje o śledztwie przedostały się do prasy.

O tym, że Kongres w tej sytuacji ustali coś konkretnego możemy więc raczej zapomnieć. Szansa na to, że śledztwo FBI da jakieś rezultaty również jest raczej niewielka.

Po pierwsze tego rodzaju dochodzenia trwają zazwyczaj bardzo długo, po drugie wszystko z natury rzeczy jest tajne. Czy ktoś za dwa lata będzie jeszcze pamiętał kim był Michael Flynn i po co jeździł do Rosji? Apetyt na wyjaśnienie sprawy będzie powoli słabł, Donald Trump będzie zaś miał możliwość zawczasu pozbyć się ze swojego otoczenia ludzi, którzy mogliby go w jakiś sposób obciążyć.

Osoba sprawa, na którą warto jeszcze zwrócić uwagę to fakt, że i republikanie i demokraci wydają się być równie zaskoczeni tym, że Rosja próbowała wpływać na wynik wyborów w USA. W gruncie rzeczy cóż jednak w tym dziwnego? Stany Zjednoczone robią to samo od dziesiątków lat praktycznie na całym świecie, sięgając czasem po metody znacznie brutalniejsze niż włamanie do serwera emailowego. Jak wiemy nikogo to specjalnie nie dziwi.

Tomasz Bagnowski