Niewielkie wybrzuszenie kuchennej podłogi. Było tam odkąd się wprowadziliśmy. Podobnie jak załatana izolacyjną pianką dziura w ścianie. Warstwy farby na drewnianej framudze, z których można czytać jak ze słojów. Szczeliny. Pęknięcia. Rozsypujące się fragmenty prowizorycznych konstrukcji. Miały być na chwilę. Przetrwały lata. I zmieniających się lokatorów. O których nic nie wiemy. O których nigdy nie pytaliśmy. Dom nie należy do nas. Adres miał być tymczasowy. Wystający spod linoleum kawałek gwoździa nie obiecywał żadnej wzruszającej historii o nowojorskim praszczurze, co przypłynął statkiem, jadł rzodkiew, pracował przy budowie metra, rozmnożył się, a potem szybko umarł na chorobę zakaźną. Kawałek metalu był tylko znakiem niesolidności, fuszerki, w której specjalizuje się remontujący mieszkanie właściciel. Bo jest z tych, co wszystko robią sami. Po kosztach. Używając amerykańskiej duct tape (wyjątkowo wytrzymałej srebrnej taśmy). I farby w tym samym kolorze. Którą rozbryzguje na ścianach. I posadzkach. Bo stare ręce nie mogą utrzymać pędzla. A na pracownika wykwalifikowanego szkoda pieniędzy. Trzydzieści lat harowania na dwie zmiany w rzeźni nauczyło go szacunku do mamony. Nic nie przychodzi samo – mówi Jeremia. Ja w waszym wieku miałem już uzbierane na pierwszy dom – chwali się, pokasłując. A my nie. Bardzo nie. Nawet na drzwi. Schody. Okna. Nie mamy odłożone. Choć jesteśmy z pokolenia głoszącego wyższość lokali własnościowych nad lokatorskimi. I większość rówieśników w Polsce jest „na swoim”. Czyli „na kredyt”. Niby skarżą się, że czeka ich trzydzieści lub więcej lat życia w strachu. Martwią o kurs franka. Stratę pracy. Nagłą śmierć małżonka. Przewlekłą chorobę. Ale „nie wyobrażają sobie wynajmować”. Gdzieś przeczytałam ostatnio, że mieszkanie na strzeżonym osiedlu od bezdomności dzieli tylko osiem niespłaconych rat. O tej perspektywie świetnie opowiadają bohaterowie książki Filipa Springera „13 pięter”, którzy zmanipulowani przez system uzależniają poczucie własnej wartości od wysokości przyznanego kredytu hipotecznego. „Mnie się zrobiło przyjemnie, że ktoś mnie lepiej wycenił”- mówi jedna z postaci po wizycie w banku. Jesteś tym, gdzie mieszkasz. (?)

Gapię się w nierówności podłogi; przestrzeń ogołoconą z historii. Żadnych śladów, po których można by wytropić przeszłość. Choć budynek niemal tak stary, jak czynszówki z Lower East Side po których oprowadzają wycieczki, marne szanse, by dowiedzieć się kto i jak tu żył przed nami. Znajomy artysta opowiadał kiedyś, że kamienne figury lwów na poręczach schodów to pozostałości po czasach, gdy pod dom podjeżdżały karoce. Podobno lwy trzymały w paszczach metalowe obręcze, do których przywiązywano lejce. Trudno sobie wyobrazić eleganckie powozy w tej zapyziałej dzielnicy, którą zamieszkiwali głównie holenderscy osadnicy, a potem niemieccy i włoscy robotnicy. Zawsze kiedy myślę o dziewiętnastowiecznym Nowym Jorku widzę kadry z „The Knick” i białe skórzane buty doktora Thackery przemierzające oplute uliczki dolnego Manhattanu. Ale może i tutaj jakaś altruistka z bogatego rodu olejowych potentatów odwiedzała ubogich, albo dzielna sufrażystka niosła kaganek oświaty? Zapomniałam zapytać wolontariuszkę pracującą w Onderdonk House, najstarszym z zachowanych kolonialnych budynków holenderskich w Nowym Jorku, kiedy podczas burzy śnieżnej chodziliśmy po jego skrzypiących schodach. To było tuż po świętach. W głównej izbie, pomalowanej na niebiesko, stała choinka, a przy niej ogromna lalka w sukni z epoki. Właściwie powinnam była napisać: manekin, ale bardziej przypominała zabawkę porzuconą przez dziecko wielkoluda. W gablotach wisiały stare mapy i rysunki. Pachniało jodłą i zbutwiałym papierem.

Nic nas nie łączy z tym miejscem. Żadna opowieść. Wyryta w drewnie data. Plama na dywanie. Zaśniedziałe okucie lampy. Jesteśmy wykorzenieni. Jesteśmy nie stąd. Przypadkowi przechodnie. Zawieruszeni pod obcym adresem. Jak nasi sąsiedzi. I właściciel posesji. Który, choć coraz starszy i bardziej znękany, w każde wakacje pielgrzymuje do ojczyzny. Tam chce umrzeć. Mówi. Tam chce być pochowany. Wśród swoich. Których opuścił pół wieku temu. Ale tak naprawdę nigdy. Chce spocząć pod swoim niebem. Wierzbą płaczącą, czy co tam rośnie przy serbskich cmentarzach. Wrócić do ziemi, która go wydała. Połączyć z kośćmi umarłych rodziców, dziadków, sióstr, braci.

*

Nasze pierwsze, wspólnie wynajmowane mieszkanie było świeżo po remoncie. Zostały meble. Sprzęty kuchenne. Bibeloty. Pamiętam figurkę z Ćmielowa, która stała na telewizorze. Niewygodną kanapę. Czerwony stół. Wiedzieliśmy, że mieszkała w nim kiedyś matka mężczyzny, z którym podpisywaliśmy umowę. Kiedyś, czyli wiele lat temu. W jakimś innym życiu. Innej czasoprzestrzeni. Dopiero pijany sąsiad z góry poinformował nas, że umarła dwa miesiące wcześniej. I że umierała w łóżku, w którym śpimy. I że była dobrym człowiekiem. A potem znaleźliśmy ogórki. Sześć, a może osiem słoików. Stały w równym rządku. Pod kaloryferem. W kuchni. Smakowały dzieciństwem. Domem.

Weronika Kwiatkowska