27 marca. Międzynarodowy Dzień Teatru. Święto w pewnym stopniu i moje. Wprawdzie już od dawna nie uprawiam zawodu reżysera, ale nadal ciekawią mnie sztuki sceniczne, począwszy od przedstawień dramatycznych a na spektaklach tanecznych skończywszy. Od czasu do czasu pisuję o reżyserach, aktorach, scenografach, kompozytorach, śpiewakach, choreografach, tancerzach. Od czasu do czasu przeprowadzam z nimi wywiady. Pisywałem o nowojorskich wydarzeniach teatralnych do dawnego „Przekroju”, dziś zamieszczam swoje wspomnienia o aktorach i reżyserach w Biuletynie Związku Artystów Scen Polskich (ZASP). Z organizacją tą łączą mnie więzy sympatii, wspomnienia z czasu stanu wojennego i podziw dla jej postawy wobec okupanta niemieckiego w czasie II wojny. Po powrocie do Polski zamierzam szerzej włączyć się w jej prace.

$

Od czasu do czasu ktoś mnie pyta, dlaczego nie stworzyłem w Nowym Jorku polskiego teatru i nie wyreżyserowałem tu żadnego przedstawienia. Nie do wszystkich trafiają argumenty, że utworzenie polskiego teatru z prawdziwego zdarzenia przekraczało nie tylko moje możliwości, ale także innych ludzi teatru, którzy mieszkali w tym mieście przede mną. Nie udało się to nawet śp. Ninie Polan, prowadzącej przez lata Polski Instytut Teatralny. Skoro Polonia Amerykańska nie miała stałego teatru ani w Chicago, ani w Nowym Jorku, to znaczy, że albo nie było zapotrzebowania rodaków na taką instytucję, albo nie było z kim i za co jej powołać. Owszem, powstało w przeszłości kilka wartościowych przedstawień, ale były to jednorazowe inicjatywy raz na kilka lat. Nie oszukujmy się – masowej publiczności i wielu powtórzeń one nie miały. Nawet tak dobre przedstawienie jak „Mąż i żona” Fredry w reżyserii Jana Maciejowskiego.

Po sukcesie tegoż spektaklu zawiązała się grupa teatralna złożona z dobrych aktorów, której marzył się teatr polski w stolicy świata. Kierował nią krótko Ireneusz Wykurz, z którym byłem domówiony na wystawienie „Emigrantów” Mrożka i „Skiza” Zapolskiej. Niestety grupa rozpadła się na skutek wewnętrznych tarć i do realizacji tych przedstawień nie doszło. Parę lat później teatr dzielnicowy na Williamsburgu zwrócił się do mnie z prośbą o wystawienie „Nadobniś i koczkodanów” Witkacego. Chodziło o pokazanie ciekawej polskiej sztuki i polskich aktorów w ramach programu etnicznego tegoż teatru. Mieli grać po polsku i po angielsku. Mimo intensywnych poszukiwań i kilku ogłoszeń w prasie nowojorskiej i polonijnej nie udało mi zgromadzić obsady. Aktorów po szkołach teatralnych zgłosiło się zaledwie kilku, więcej było chętnych po studiach wokalno-aktorskich, ale i tak nie było 32 potrzebnych wykonawców. Sprawa zatem upadła. Próbowałem namówić tenże teatr na inną sztukę, ale w grę wchodził w tymże sezonie tylko Witkacy z jakichś rocznicowo-edukacyjnych powodów. Ostatecznie nie zgromadziliśmy obsady nie tylko na owe „Nadobnisie i koczkodany”, ale i na inne sztuki Witkasia. Kolejne moje przymiarki do wystawienia czegoś spełzły na niczym, ponieważ artyści, którzy się zgłaszali byli zatrudnieni w innych zawodach, zatem skrzyknięcie ich na codzienne próby było praktycznie niemożliwe. Co innego, gdyby istniał regularnie działający teatr jako instytucja, zapewniający określoną ilość prób i spektakli oraz możliwość utrzymania się z nich. Ale takiego teatru nie było i nie ma. Wspomniany Instytut Niny Polan też takim teatrem nie był.

Teatry z Polski ze spektaklami o istotnym znaczeniu artystycznym zapraszane są czasem przez BAM lub Lincoln Center. Natomiast na spektakle komediowe o charakterze rozrywkowym, które przylatują częściej, starcza naszej publiczności w Nowym Jorku zaledwie na jedno lub dwa powtórzenia. Identycznie jest w Chicago, choć jest tam nas znacznie więcej. Nie łudźmy się zatem – nie jesteśmy narodem uczęszczającym do teatru. Badania statystyczne wykazują, że chodzi doń mniej niż pięć procent Polaków. Nie dziwmy się tedy, że stałych teatrów polskich czy polonijnych w Ameryce nie mieliśmy i nie mamy. Z zazdrością patrzyłem w Paryżu i Londynie na całe rodziny przychodzące na wielką klasykę. Rodzimą i obcą. W Polsce takiej tradycji niestety nie było i obecnie też jej nie ma. Jest natomiast powszechne przekonanie, iż jesteśmy wielce kulturalnym narodem, przewyższającym w tej mierze innych. Otóż nie jesteśmy! Na opery i spektakle baletowe chodzi zaledwie dwa procent rodaków, na koncerty muzyki poważnej cztery procent a do teatru, jak się rzekło, mniej niż pięć procent. O czytelnictwie tym razem nie wspominam, żeby się nie powtarzać.

$

Profesorowie w szkole teatralnej, widząc moje misyjne zapędy nastawione na wielką widownię, ostrzegali mnie, że teatr jest sztuką elitarną. Nie wierzyłem, myśląc, że przemawia przez nich zawodowe zgorzknienie. Dziś już wiem, że mieli rację.

$

W orędziu na tegoroczne Międzynarodowe Święto Teatru, wielka aktorka francuska – Isabelle Hupert napisała m.in. „Świętowanie tych 24 godzin zaczyna się od teatru No i Bunraku, przez Operę Pekińską i Kathakali, rozciągając się na Grecję i Skandynawię, ogarnia obszar między Anglią a Włochami (…) Francją a Rosją (…) obejmuje dzieła od Ajschylosa do Ibsena, od Sofoklesa do Strindberga, od Sarah Kane do Pirandella, od Racine’a i Moliere’a do Czechowa, a kończy się w miasteczkach studenckich Kalifornii, w których młodzi ludzie być może ponownie odkryją teatr. Ponieważ teatr zawsze odradza się z popiołów. Teatr jest bardzo silny, potrafi stawiać opór, wszystko przetrzyma: wojny, cenzury i brak pieniędzy. Wystarczy powiedzieć: dekoracja to naga scena w nieokreślonym czasie i wprowadzić na nią aktora lub aktorkę. Co on zrobi? Co ona powie? Publiczność czeka…” Dopełnię od siebie, że ja też wciąż czekam. Miałem szczęście widzieć wielkich aktorów i wielkie przedstawienia. Polskie, europejskie, amerykańskie, chińskie i japońskie. Dziś tych wielkich przedstawień jest zdecydowanie mniej. Jakby mniej się rodziło wielkich artystów. Jest to niepojęte. Ja wciąż na nich czekam. Marzy mi się również, żeby teatr ponownie stał się taką świątynią, w jakiej się wychowałem i jaka mnie kształtowała.

$

W 1975 roku pomagałem przy organizacji Teatru Narodów w Warszawie. Poznałem wówczas m.in. Jeana Louisa Barraulda, Ingmara Bergmana, Ariadne Mnouchkine i Tadashi Suzuki. Przeprowadziłem z nimi obszerne wywiady, które ukazały się m.in. w dwutygodniku „Teatr”. Suzuki po wielu latach rozpoznał mnie w Nowym Jorku. Prezentował tu swoje „Trojanki” i „Elektrę”. Świetnie się z nim rozmawia o różnicach między pojmowaniem życia i śmierci w Japonii i Europie.

$

Mój Dzień Teatru kończy się radosną wiadomością o entuzjastycznym przyjęciu „Mazowsza” w Paryżu. Owacjom i okrzykom zachwytu nie było końca. Podobnie było w innych miastach Francji, m. in. w Bordeaux i Nord-Pas-de-Calais. Kto nie wierzy, niech sprawdzi w Internecie. Serce rośnie. Teatr Polskiej Pieśni i Tańca, jakim jest „Mazowsze”, od lat porywa widzów na całym świecie, stając się radosnym świętem tejże pieśni i tegoż tańca. I niech tak dzieje się jak najdłużej!

Andrzej Józef Dąbrowski