– Zobaczysz, przyjdzie wiosna, przyjdzie lato i od razu wszystko ci się będzie w Polsce podobać! – mówią ludzie.

Może mają rację? Przekonam się o tym niebawem. Gdy piszę te słowa, świeci przecież słońce! Co prawda jest ciągle zimno i wieje porywisty wiatr ale można ufać że wiosna w końcu jednak przyjdzie, a potem lato. Musi nie ma wyjścia, i to bez względu na to która partia akurat rządzi.

Tyle już razy pisałem o ohydnym polskim klimacie. – Miałeś pecha, bo w tym roku zima była wyjątkowo długa i nie było praktycznie złotej polskiej jesieni. Ale zobaczysz, jak wszystko buchnie latem! – znowu mnie mamią.

Tegoroczna zima była dodatkowo spowita gęstym smogiem. Doświadczyłem tego zjawiska po raz drugi. Pierwszy raz oddychałem szarym, śmierdzącym sadzą powietrzem w zimie w małej miejscowości w NRD, gdzie wszystko było opalane węglem w koksowniach. W Warszawie jest to mieszanina piecyków-koksowników gdzieś tam w starych kamienicach na Pradze i pod miastem, oraz spalin samochodowych. Trzeba przypomnieć, że w Polsce, w ogóle w Europie, dominują pojazdy napędzane silnikiem diesla, gdyż olej napędowy jest tańszy. (Wyrafinowana Europa zresztą odchodzi od tych – rzekomo czystych i przyszłościowych – silników. Ameryka znowu miała trochę racji.)

Powitamy więc wiosnę w Polsce, odżałowując dwa miliony drzew które teraz pospiesznie wycięto, gdyż pozwoliła na to nowa ustawa ministra ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa (sic). Jak wszystko w kraju, tak i to stało się sprawą politycznych bójek. Rozpaczliwie próbuję ich nie słyszeć i nie widzieć. Przed moim blokiem drzewa nadal stoją, więc po co się na darmo denerwować.

A w całej Warszawie? Na mój gust, terenów zielonych jest tu aż za dużo bo co to za miasto, gdzie wiatr duje między rzadko porozrzucanymi klockami domów, nawet w ścisłym centrum?

Nieoczekiwanym sojusznikiem okazał się Jacek Fedorowicz, który jest krytyczny wobec władz ale akurat kwestionuje histerię w sprawie miejskiej zieleni i, jak to pisze w felietonach, przykuwanie się ekologów łańcuchami do każdego przeznaczonego do usunięcia krzaczka.

Coś w tym jest. W zimie te przestrzenie dodatkowo odstręczają od wychodzenia z domu bez potrzeby, tym bardziej – spacerów. Choć zdarzają się nieoczekiwani fani tej specyficznej urody miasta, jak mieszkający w stolicy od lat Niemiec Steffen Moeller, większość uważa Warszawę za miasto brzydkie, zbyt rozlegle i za rzadko zabudowane. Nikt nie neguje, że to skutek wojennych zniszczeń a potem durnych, stalinowskich koncepcji urbanistycznych ale niczego to nie zmienia.
Część osób zachwyca się, jak to Warszawa zmieniła się, wypiękniała i wzbogaciła od 1989 roku. Inni załamują ręce nad brzydotą nowych budynków i brakiem ogólnego planu.

Cechą naczelną Warszawy są jednak te zielone tereny, te zugi i lufty, korytarze przeciągów między blokami, plac Tiananmen obok Pałacu Kultury i Nauki, rozlewiska Wisły, jakieś ni to błonie ni to parki w centralnie położonym osiedlu Za Żelazną Bramą. Parki właściwe, wychuchane Łazienki i Ogród Saski, zachowują dawny wdzięk, podobnie jak Stare Miasto, ale poza tym panuje dyktat półdzikich trawników, drzew i krzaczorów. Na wiosnę wychodzą brygady ogrodników, którzy to i owo przycinają, karczują, koszą ale i tak zieleń przysłania domy, a drzewa – nieliczne latarnie. Tak więc po nocy chodzi się po Warszawie jak po zapuszczonym, ciemnym parku.

A warszawiacy? Wydają się zachwyceni, że mają tyle drzew. Matki z wózkami wędrują do parków, raptem robi się ruch na – zbudowanych w ostatnich latach – ścieżkach rowerowych. Jeśli w zimie te przestrzenie odsłaniają brzydotę zabudowy, tworząc aurę postcywilizacyjnej pustki, to w ciepłych porach roku zieleń sama w sobie ma stanowić o urodzie miasta. Ale jakie to miasto, gdzie nie ma uliczek, zaułków, placów, zwartych ciągów kamienic, tysięcy balkonów z markizami wychodzącymi na ulicę? Co to za metropolia, gdzie jedyny dom towarowy przy Alejach Jerozolimskich stojący tak blisko innych budynków, że powstały wąskie uliczki, jest krytykowany jako naruszający prawa polskie/unijne/estetyczne/ludzkie?
Jeśli ktoś nie lubi miasta, niech zamieszka na wsi! Zaskakująco duża jest liczba tych, którzy w mieście czują się źle. Dla nich ideałem życia jest bliskość przyrody, drzewa za oknem, absolutny bezruch na ulicach w sobotę i pozamykane sklepy w niedzielę (do czego zresztą Polska zmierza). W dodatku dużą część mieszkańców stanowi ludność przyjezdna. Taka sama jak polska ludność przyjezdna w Nowym Jorku, która także nie przekonała się do piękna miasta, a jedynie słyszy syreny wozów strażackich a widzi worki śmieci na ulicy.

Zrozumieją mnie krakusi. Oni doceniają piękno miasta, zabudowy, architektury, urody urbanistycznej organizacji, perspektywy. Piękna sztucznego świata tworzonego przez człowieka. Sztuki. Cywilizacji.

Jeśli ktoś oddycha pełną piersią stojąc na balkonie wieżowca w Bangkoku, śmieje się spacerując Las Vegas Boulevard ze szklanką margerity w ręku, chodzi z aparatem fotograficznym po zaułkach Paryża, ten zrozumie co mam na myśli.
Dlaczego tak mało osób lubi miasta? Dlaczego w modzie jest chwalenie każdego badyla a krytykowanie każdego nowego budynku, wiaty, kiosku?

A może by tak Warszawę zaplombować? Wstawić „plomby” między rozrzucone zbyt rzadko budynki, stworzyć ciągi architektoniczne, postawić coś wreszcie na tej kosmicznej przestrzeni wokół PKiN. Niech to będzie miasto, miejsce skłaniające do wyjścia z domu i w zimie, dające cień i osłonę, szansę żeby się co krok ogrzać lub ochłodzić.

Zamiast tego mamy połacie drzew i trawników. Niczym za komuny w czasie Wyścigu Pokoju i kiermaszu książek, ludzie telepią się po ulicach zachwycając się słoneczkiem i kwitnącymi mleczami, i uznając to wszystko za dowód urody miasta. Oraz za argument, że w sumie i tutaj życie może być miłe.

Jan Latus