Moi rodzice byli kiedyś młodzi. Bardzo młodzi. Ta oczywista prawda objawiła się całkiem niedawno i poraziła niesłychaną mocą. Zobaczyłam to, o czym do tej pory tylko słyszałam. A jeśli oglądałam, to na zdjęciach; tych mieliśmy nieprzebrane ilości, ojciec zajmował się fotografią artystyczną, robił piękne portrety. Na dużych płachtach papieru wizerunki młodej, ślicznej mamy przypominały fotosy filmowe. Przez lata zdjęcia leżały w wielkim kartonowym pudle na szafie. Przeglądaliśmy je chętnie, pytając rodziców o okoliczności powstania. Tym razem jednak obrazki były ruchome. Na taśmie ORWO 8 mm zmaterializowała się mama w bananówce (spódnica do kostek w brązowo-żółte pasy) i okularach, jakimi nie pogardziłby bedfordzki hipster. Miała krótką, modną wtedy fryzurę i obcisły półgolf. Ojciec wystąpił w skórzanej kurtce, dzwonach i długich piórach. Na filmie pojawia się w kilkusekundowych migawkach. Próbuje podnieść młodą żonę do góry, wygłupia się. Jest ciepłe popołudnie. Park Hrabiny we Wrześni. W głębokiej spacerówce sprowadzonej z NRD śpi najstarszy brat. Obok siostra ojca ze swoim synkiem. Cezary, który imię otrzymał na cześć bohatera prozy Żeromskiego, ma długie blond włosy, marynarski płaszczyk i czerwony, trzykołowy rowerek. Jest 1973 rok. Postaci uśmiechają się do obiektywu. Garbią (mama), zasłaniają torebką i poprawiają włosy (ciocia), biegną, zrywają kwiaty, pedałują (kuzyn), śpią lub próbują wyjść z wózka (brat). W tle przemykają inni spacerowicze, ale słabo widać. Obrazem wstrząsają drgawki. Twarze tracą kontury. Nie słychać co mówią do kamery, ale z uśmiechów i spojrzeń można czytać jak z książki. O praczasie. Pięknych dwudziestoletnich. Którzy – jak u Koterskiego – całe życie mieli przed sobą. „Piekło małżeństwa” przyszło dużo później. Niespełnienia, frustracje, peerelowska proza życia, wszystkie bolączki i zmartwienia są w nieokreślonej przyszłości. Czyli nie istnieją. Jest tylko to wiosenne popołudnie. Dmuchawce, latawce, wiatr. Niemowlę w wózku. Porażające piękno świata.

*

Czuję się dziwnie staro. Oglądając rodziców młodszych ode mnie dzisiaj. Na moment przed skokiem. W dorosłość. Czuję się dziwnie staro celebrując nostalgię; grzebiąc patykiem w przeszłości. Co rusz z internetowej czeluści wypływają archiwalne zdjęcia. Dzień Wagarowicza. 1994 rok. Amfiteatr i rynek miasta. Tłumy młodych w pochodzie z okazji Pierwszego Dnia Wiosny. Migają twarze starszych koleżanek i kolegów z liceum. W barwach wojennych, naprędce sklecionych maskach, perukach, kapeluszach, okularach podkradzionych babciom, kurtkach z demobilu. Niewinni czarodzieje. Nieustraszeni. Nieprzewidujący. Cudownie nonszalanccy. Gotowi na każdy możliwy scenariusz. Ufni, że właśnie im przypadnie życie dalekie od schematu. Że zerwą się ze smyczy przeciętności. Dokonają rzeczy wielkich. Będą inaczej. Pełniej. Odważniej. Niż rodzice. Nauczyciele. Poprzednie, „stracone” pokolenia.

Chyba dlatego co roku o tej porze oglądam „Marcowe migdały”. I nurzam się w przedwiosennej Polsce. W znękanym krajobrazie. Bitelsówkach, prywatkach, pocztówkach dźwiękowych i przykrótkich płaszczykach z tarczą na agrafce. Mam słabość do tzw. historii inicjacyjnych. Pierwszych razów. Kiedy trzeba dokonać wyborów, o których wiadomo, że staną się najważniejszymi. Znaleźć swój głos i jak w „Stowarzyszeniu umarłych poetów” wykrzyczeć barbarzyńskie „yawp” ponad dachami świata. „Większość ludzi wiedzie życie w milczącej beznadziei”- mówił do uczniów profesor Kipling. I namawiał: „rwijcie pąki róż, póki dane wam”. „Sztuka trwa i także wy dopisać możecie wers”. „Jeszcze nie jest za późno, by zobaczyć świat”.

Namawiał przyszłych bankierów, prawników i lekarzy, by czytali poezję. Kontestowali. Myśleli samodzielnie. Był nauczycielem, którego nigdy nie miałam. Do którego tęskniłam całe życie. Spisując cytaty z filmu Petera Weira na kartce, marzyłam o podobnych wzmożeniach intelektualnych, sekretnym stowarzyszeniu czytającym nocami w lesie Whitmana i Frosta, palącym przy okazji niedozwolone substancje i grającym jazz.

*

Kiedy byliśmy młodzi, świat stał w miejscu. Kiedy byliśmy młodzi, nikt nie umierał i nikt się nie rodził. Śpiewa Arkadiusz Jakubik, wcielając się w DrMisio. Biega po scenie w prążkowanym podkoszulku, białych slipach i skarpetach naciągniętych na łydki. W ustach ma Vargę Krzysztofa (a właściwie jego teksty) i wyje za tym, co odeszło. I nie wróci. Z trwogą konstatuję, że coraz więcej filmów, książek i piosenek jest rzewnym wspomnieniem peerelowskiego dzieciństwa. Moje pokolenie zaczyna wspominać. To niechybny znak, że zaczęliśmy się starzeć. Choć niekoniecznie dorośleć.

Weronika Kwiatkowska