Nareszcie trochę słońca. Nareszcie nieco cieplej. W parkach coraz ludniej, uśmiechów coraz więcej, dzieci coraz głośniejsze. Gdzie nie spojrzeć, tam zakochane pary. Także te jednopłciowe. Przytulone. Rowerzyści śmigają lub dęba stają, pokazując, iż potrafią jechać w pionie. Deskorolkowicze balansują, zataczając esy-floresy i przeskakując naturalne i sztuczne przeszkody. Bywa, że dobrze rozpędzona deskororolka sama je pokonuje. Nie ma jeszcze wrotkowców, ale są już hulajnogowcy. Mali i duzi. Chudzi i grubi. Ptaki ćwierkają radośnie. Także na moich parapetach i balkonie. Siadają na śliweczkach i sosenkach, wzajemnie się nawołując. O ośmej rano tenże balkon jest cały w ptasich kolorach i śpiewach. A bywa także, że i wieczorami. Niektóre ptaszątka już tak dobrze mnie znają, że w ogóle się mną nie krępują. Wyjadają nasionka ze skrzynek i doniczek lub wygrzewają się na stoliku, przy którym piszę te słowa. Niektóre nawet zaglądają mi do monitora, jakby czuły, że o nich jest mowa. Kupiłem sobie atlas ptaków, ale jakoś nie mogę zapamiętać ich cech charakterystycznych i na ogół ich nie rozpoznaję. Zresztą jest mi wszystko jedno, jakie one są; cieszy mnie ich obecność na tak wysokim, bo aż piętnastym piętrze. Ich śpiew pobudza mój optymizm.

$

Podobno w Krakowie nie ma już wróbli. Prawda li to?

$

Siódma rocznica katastrofy smoleńskiej. Mnie wciąż nurtuje pytanie, czy doszłoby do niej, gdyby piloci prezydenckiego samolotu nie podjęli próby lądowania? Przecież w tak gęstej mgle, jaka spowijała lotnisko w Siewiernym, nie powinni byli tego robić! Przecież o tym, że ta mgła zagęszcza się z minuty na minutę wiedzieli m.in. od swych polskich kolegów, którzy wylądowali JAKiem godzinę wcześniej. Ci, którzy dzisiaj wierzą w zamach smoleński, nigdy nie uwierzą, że go nie było i odwrotnie. Dr Zuzanna Kurtyka, żona zmarłego w tejże katastrofie prezesa IPN-u prof. Janusza Kurtyki jest przekonana, iż tragedia ta stała się „elementem obustronnej gry politycznej”. Obawiam się, że ma rację. Obawiam się też, że odpolitycznionej prawdy nie poznamy już nigdy.

$

Upolityczniona nauka, upolityczniona historia, upolityczniona oświata, upolityczniona kultura, upolityczniona religia, upolitycznione media, upolitycznione życie rodzinne, upolitycznione stosunki międzyludzkie. I komu tu ufać?

$

Kicze narodowe stają się wszechobecne. Popatrzmy na pomniki upamiętniające wydarzenia historyczne, począwszy od rzeczonej katastrofy smoleńskiej, popatrzmy na pomniki śp. pary prezydenckiej, na niezliczone pomniki Jana Pawła II. Jeden brzydszy od drugiego. Nikt na to nie ma wpływu, choć obsesyjna pomnikomania kwitnie. Szkoda, że tylko taka realistyczno-martyrologiczno-religijna. I pomyśleć, że najlepiej walecznego ducha Warszawy wyraża wciąż symboliczna Nike wyrzeźbiona przez Mariana Koniecznego, a ideę Powstań Śląskich najlepiej uchwycił Bronisław Chromy w formie trzech monumentalnych skrzydeł. Bronią się jeszcze jako tako pomniki-ławeczki, na których można przysiąść koło znanych postaci, a nawet się do nich przytulić. Z architekturą obiektów sakralnych też kiepsko. Na palcach jednej ręki można policzyć kościoły powstałe w ostatnich dziesięcioleciach, które byłyby prawdziwymi dziełami sztuki. Aż strach o tym mówić i pisać, bo klątwa wisi w powietrzu.

$

Z opóźnieniem dowiedziałem się o śmierci Wandy Laskowskiej, wybitnej reżyserki teatralnej. Pracowaliśmy równocześnie w tych samych teatrach, ceniliśmy się wzajemnie, trochę konspirowaliśmy razem w stanie wojennym i później. Pod „moją dyrekcją” wystawiła z dużym powodzeniem „Szczęśliwe wydarzenie” Mrożka. Była fachowcem z prawdziwego zdarzenia. Wnikliwie czytała dramat, prezycyjnie prezentowała myśl autora, świetnie wyczuwała formę i dogłębnie prowadziła aktorów. Unikała efektów dla samych efektów, nie zważała na trendy i mody. Przekaz myśli był dla Niej najważniejszy i wypunktowanie zagadnienia, które powinno widza niepokoić lub zastanowić. Mimo dużej różnicy wieku, rozumieliśmy się całkiem dobrze. Korzystałem z Jej wiedzy i doświadczenia. To ona wprowadziła po wojnie na scenę Witkacego wystawiając w: „W małym dworku”, „Wariata i zakonnicę”, „Mątwę”, „Jana Macieja Karola Wścieklicę”, „Kurkę wodną” i „Tumora Mózgowicza”. Ona też przygotowała prapremierę pamiętnej „Kartoteki” Różewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie a także jego „Grupy Laokoona” i „Wyszedł z domu”. Jednym z Jej największych sukcesów była premiera „Chłopców” Grochowiaka w Teatrze Polskim w Warszawie. Powodzeniem w tym teatrze cieszyło się również Jej przedstawienie „Intrygi i miłości” F. Schillera z Niną Andrycz, Tadeuszem Fijewskim i Władysławem Hańczą. W Szczecinie odniosła sukces reżyserując „Ulissesa”. Z uznaniem spotkały się Jej przedstawienia wyreżyserowane w Krakowie, Katowicach, Białymstoku, Bielsku-Białej, Kaliszu, Zielonej Górze, Olsztynie. Była reżyserką wszechstronną. Nie bała się klasyki polskiej i europejskiej, dobrze czuła Brechta i Ionesco. Zmarła 30 grudnia ub. roku, przeżywszy 96 lat. W ostatnich latach gdzieś przepadła bez wieści i pozwoliła o sobie zapomnieć. Nie została nawet zaproszona na uroczystości związane z 50 leciem wystawienia owej „Kartoteki”. Jej powiedzenie, iż „nie wyobraża sobie, takiej możliwości, by w zawodzie artystycznym można być z siebie zadowolonym” nie przysporzyło Jej popularności w pokoleniach „młodych zdolnych” i „młodszych zdolniejszych”, w których większość była bardzo z siebie kontenta. Nie mogło się im także podobać, że eksponowała na scenie autora i aktora a nie siebie. Jej profesjonalizm, wiedza i poziom intelektualny wzbudzały jednocześnie podziw i lęk, podobnie jak i jej ironia i dystans do siebie, zjawisk i ludzi. Mimo wzajemnego dla siebie szacunku, sympatii i owych tajnych knowań w stanie wojennym i później, nie zaprzyjaźniliśmy się na dobre. Może dlatego, że byłem świadkiem Jej gorącego uczucia do pewnego pięknego wiedeńskiego architekta, który wspomagał naszą grupę podziemną. Niestety z przyczyn do niego niezależnych on tego uczucia nie mógł odwzajemnić, o czym dobrze wiedziałem, bo byłem także świadkiem jego innego związku. Przegadałem z panią Wandą wiele godzin, wypiliśmy niejednego kielicha, ale pozostaliśmy na pan i pani. Ona mówiła do mnie „Dyrektorze”, ja do Niej – „Maestra”.

$

„Moi” aktorzy, „moi” reżyserzy, „moi” kompozytorzy, „moi” choreografowie, „moi” inspicjenci” – wielu naprawdę znakomitych. Iluż z nich już jest po drugiej stronie Styksu! Iluż już nad jego brzegiem! A większość w zapomnieniu, niestety. Jakże niesłusznym. Sztuka teatru starzeje się najszybciej ze wszystkich sztuk. Nawet balet trwa dłużej. Niestety. Wiem o tym od zawsze i zawsze odczuwałem to jako wielką niesprawiedliwość. Aczkolwiek sam nie cierpię z tego powodu. Nie nastawiałem się na karierę ani trwanie ponad czasem, zatem nie czuję się przegrany.