– Czy spotykasz się z ludźmi którzy, tak jak ty, wrócili? – słyszę aż zza Atlantyku to, nabrzmiałe niepokojem, pytanie.
Po pierwsze, ja tu wcale nie wróciłem! Jak może zauważyli czytelnicy tych felietoników, mój pobyt tutaj jest ambiwalentny, nieokreślony. Wróciłem? Przeniosłem się na dłuższy czas, bo musiałem? Przyjechałem na rekonesans? W taki sposób piszę i tak sam sobie przedstawiam swoją sytuację. Do pewnego stopnia jest ona luksusowa, zdaję sobie z tego sprawę. Mam dwa paszporty, pewne oszczędności, jedno mieszkanie tu, drugie tam. Nie mam też własnej rodziny, co bywa ciężkim bagażem psychologicznym (nie miejsce tu i czas, żeby to omawiać) ale przynajmniej podróżuje się tylko z bagażem własnym. Pakowanie jest prostsze – zabrałem dwie walizki i wysłałem pięć kartonów. Dylematy co zabrać, a co wyrzucić, były moimi dylematami wewnętrznymi, a sama decyzja o wyjeździe miała tylko jedną opozycję – w mojej własnej głowie.

Częściej ludzie wróciliby ale nie mogą – bo w Stanach mają dzieci, bo spłacają dom, partner/partnerka ma dobrą pracę i nie ma ochoty na powrót. Zwykle czekają na tę decyzję aż do wieku emerytalnego. Gdy bowiem powroty do Polski zawsze budziły pewne zdziwienie a czasem pukano się na nie w głowę, te na starość bywały sensowym, a nawet jedynym racjonalnym, wyjściem, skoro amerykański emeryt często wpieprza suche buły.

Niemniej, dużo osób już powróciło. – Ludzie wracają! – słyszałem brzmiące jak memento, ponure ale zarazem przesycone jakąś perwersyjną, samobójczą satysfakcją, słowa właścicieli polonijnych agencji.

Czy więc widuję tych, którzy wrócili? Ktoś pomyślałby, że powinna to być pierwsza, naturalna czynność: zadzwonić tu do osób, które znało się jeszcze ze Stanów. I tych sławnych, o których powrotach wie cała Polonia, i zwyczajnych, których mam polski numer telefonu i email. Wydawałoby się, że będzie to naturalna reakcja. – Maciek? Jestem od września w Polsce! Kiedy się spotkamy? – Iza? Wróciłem! – Marku, jestem w Warszawie! Szukam pracy, kontaktów, mieszkania, rozrywek, przyjaciół… kiedy możesz się spotkać?

Przyznam się: nie szukam kontaktu z ludźmi, których znam ze Stanów. Przez siedem miesięcy mojego warszawskiego czyśca spotkałem się z trzema (!) osobami, które znałem ze Stanów. Spotkania trwały zwykle pół godziny przy kawie. Na kolejne pięć osób nadziałem się przypadkiem, na ulicy albo imprezie. Jest tylko jedna para przyjaciół z USA, z którymi mam stały kontakt ale to dzięki ich niestrudzonym staraniom i trosce o mnie.

Powracający nie chcą się ze sobą spotykać. Powrót traktowany jest zwykle jako życiowa porażka, nawet jeśli oficjalnie nikt tak nie mówi i nie pisze. Wyjazd do USA sam w sobie był aktem odwagi i dowodem szerokiego myślenia. Spotykanie się z Polakami po przyjeździe do Ameryki, żeby nam pomogli, było może krępujące, zarazem był to jednak powszechny ruch do góry, rozwój, wspinaczka na szczyty.

Gdy spotykam w Polsce znajomego ze Stanów, wymieniamy zakłopotane spojrzenia. Jesteśmy niezadowoleni że się tu spotkaliśmy, z podkulonymi ogonami, nie chcący się przyznać do porażki. Jakbyśmy, kiedyś chojracy podbijający Amerykę, spotkali się teraz w więzieniu lub domu opieki. Albo rodzinnym miasteczku gdzie, chodząc razem do szkoły, dzieliliśmy marzenia o wielkim świecie.

– O, Jasiu, co tu robisz, z wizytą jesteś? (O nie, nie dam mu satysfakcji, nie powiem, że wróciłem!) – Jakiś czas tu pomieszkam – mamroczę – wiesz, mój ojciec wymaga opieki. Ale zostawiłem w Nowym Jorku mieszkanie, a tam w kuchni czajnik stoi na gazie, żebym od razu zrobił sobie herbatę!

Poszedłem kilka razy na imprezy dla ekspatów, czyli cudzoziemców tu mieszkających. Większość gości stanowią na nich niemłode Polki wpatrujące się maślanym wzrokiem w nielicznych cudzoziemców… zupełnie jak w PRL-u. Wśród gości spotykam nowojorskiego kolegę X. Nie jest zachwycony że go przyłapałem na tym, iż nadal mieszka w Polsce. Ja nie jestem zadowolony z tego samego powodu. Poznajemy laski. Ja mówię im, że dopiero co przyjechałem z NYC. Ale i on, choć mieszka w Polsce już kilkanaście lat, tu pracuje i pozostanie na emeryturze, przedstawia się wszystkim jako „trochę Polak, trochę z Ameryki”. Na innej imprezie, tym razem amerykańskiej, znajomy Y, dobrze tu sobie radzący (szef przedstawicielstwa amerykańskiej firmy, nowa żona, ładny apartament) podkreśla, że właśnie leci do San Francisco a potem do Izraela, że on ciągle bywa za granicą. Przyznaje, że czegoś w tym życiu w Polsce mu brak.

A ci sławni? Nie szukam ich. Dla mnie byli idolami, o których czytałem, a czasem sam pisałem, że podbijają Amerykę, że sobie tu świetnie poradzili. Ich wizyty w Polsce na koncert, wernisaż, spotkanie autorskie, rozmowy z reporterami na Okęciu to było coś innego niż obecne, poszarzałe życie postarzałych królów Manhattanu.

I są ci moi przyjaciele, którzy tu mieszkają sześć lat. W sumie nie żałują decyzji powrotu, choć ciągle żyją w wielkim stresie, jaki wywołuje w Polsce działalność biznesowa i polityczna. Niejedna spotkała ich przykrość i świństwo. Na początku, wspomina ona, przez pół roku słuchała amerykańskiego radia. On z kolei często lata do USA, gdzie mieszka jego rodzina. W Polsce, gdy ogląda w kablówce amerykańskie programy i filmy, wyłącza głos polskiego lektora, bo jest taka opcja. Znajdujemy wspólny język: wspominamy z rozrzewnieniem tę dobrą, poczciwą Amerykę: Nevady, przydrożnych zajazdów, sympatycznych ludzi. Pewnie zawsze będziemy wspominać.

Oni jednak w sumie, jak powiedziałem, nie żałują: relatywny standard życia mają tu wyższy, egzystencję spokojniejszą, lepsze perspektywy kariery dla siebie oraz edukacji dla dziecka. Widzą te przewagi więc się tu okopują, a nawet budują.
Pewnie spotkam więcej takich osób „powracających”. Raczej na tarczy, bo bez wielkiego majątku, trochę więc tym powrotem zawstydzonych i nieustannie zastanawiających się czy dobrze zrobili. Dlatego raczej ich unikam, a oni nie szukają mnie.

Jan Latus