Donald Trump zarzucając Barackowi Obamie założenie podsłuchu w Trump Tower nie miał racji. Był jednak blisko.

Podsłuchu nie było, ale rozmowy prowadzone przez jego współpracowników, a być może także przez niego samego, były nagrywane.

Skalę szpiegostwa amerykańskich służb wywiadowczych, które w pewnym momencie podsłuchiwały nawet rozmowy telefoniczne przywódców zagranicznych państw, w tym tak biskich sojuszników USA jak Niemcy, znamy od czasu rewelacji ujawnionych przez portal Wikileaks i Edwarda Snowdena. W tym kontekście nikogo raczej nie powinien dziwić fakt, że w sieć podsłuchów dostali się również współpracownicy Donalda Trumpa. Pytanie w jakim kontekście i jaki zrobiono z tego użytek.

Teoretycznie szpiegowanie Amerykanów bez otrzymania na to zgody prokuratury nie powinno mieć miejsca. W praktyce jednak dzieje się to każdego dnia. Obywatele USA nagrywani są niejako przypadkiem, na przykład podczas operacji szpiegowskich prowadzonych wobec zagranicznych dyplomatów. Prawo zabrania jednak ujawniania ich personaliów, dopóki nie ma uzasadnionego podejrzenia, że mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa. Dlatego w raportach sporządzanych przez służby wywiadowcze, które otrzymują ważni rządowi urzędnicy, nazwiska obywateli USA są zamaskowane kryptonimami: „Obywatel 1”, „Obywatel 2” itd. Od tej zasady są jednak wyjątki. Nazwiska mogą zostać ujawnione na żądanie osoby, która otrzymuje raport.

Według informacji Bloomberg News takie żądanie wobec co najmniej dwóch współpracowników Donalda Trumpa złożyła Susan Rice, była doradczyni prezydenta Baracka Obamy do spraw bezpieczeństwa narodowego.

Stało się to w okresie pomiędzy dniem wyborów prezydenckich i dniem inauguracji nowego prezydenta. Rice otrzymywała wówczas raporty wywiadowcze dotyczące rozmów prowadzonych przez rosyjskich dyplomatów z ludźmi z otoczenia Trumpa, którzy – jak wiemy z innych źródeł – mieli z nimi liczne kontakty.

Według „Wall Street Journal” Rice zapoznawała się także z dziesiątkami innych raportów, w których nazwiska współpracowników przyszłego prezydenta były zamaskowane. Sporządzono je jednak w taki sposób, że dla czytającej musiało być oczywiste o kim jest mowa.

Choć wszystko to było najprawdopodobniej całkowicie legalne sprawa musi budzić kontrowersje. Mamy oto bowiem do czynienia z sytuacją, w której ważna urzędniczka Białego Domu zapoznawała się z raportami wywiadu mówiącymi przynajmniej częściowo o jej politycznych oponentach.

Być może było tak jak utrzymuje sama Susan Rice. Raporty dotyczyły działalności rosyjskich dyplomatów, a ich poczynania zmierzające do wywarcia wpływu na wynik wyborów w USA stanowiły niebezpieczeństwo. Być może nikt poza nią nie poznał nazwisk współpracowników Trumpa. Być może. Niewykluczone jednak, że było inaczej. Rice mogła czytać raporty nie tylko z powodu Rosji, ale również po to by poznać polityczne zamierzenia obozu Donalda Trumpa. Wówczas zachodziłoby podejrzenie nadużycia władzy.

Komisje Kongresu nadzorujące wywiad prowadzą dochodzenie mające wyjaśnić charakter kontaktów współpracowników obecnego prezydenta USA z Rosjanami. Zeznania w tej sprawie ma złożyć kilkadziesiąt osób. Własne śledztwo prowadzi również FBI. Nic nie stoi na przeszkodzie by wyjaśnić także poczynania Susan Rice, tym bardziej, że jeszcze przed rewelacjami ujawnionymi przez Bloomberg News mówiła ona, iż „nie wie nic” o podsłuchiwaniu ludzi Trumpa.

Jeśli patrzenie na ręce władzy ma mieć jakikolwiek sens powinno się ono odbywać niezależnie od politycznych zapatrywań. Donald Trump i jego współpracownicy mogą się nie podobać demokratom i mają oni pełne prawo ich krytykować i zwalczać. Mają jednak również obowiązek pilnować by odbywało się to w granicach prawa. Sprawdzamy charakter związków ludzi Trumpa z Rosjanami? W porządku, sprawdźmy również czy poprzednia administracja nie przekroczyła swoich uprawnień. Obywatele USA zasługują na to by w obu tych sprawach poznać prawdę.

Tomasz Bagnowski