Z Leszkiem Długoszem, śpiewającym poetą rozmawia Jolanta Szczepkowska

– Przyjechał Pan do Nowego Jorku, aby odebrać medal „Ignacy Paderewski Music Award”, nadany Panu przez Instytut Józefa Piłsudskiego.
Po pierwsze jest to dla mnie zupełnie niespodziewane. Nie sądziłem, że w Instytucie Piłsudskiego może zakiełkować myśl, żeby mnie nagrodzić i wyróżnić. To znaczy, że ktoś dostrzega moją pracę i konsekwencję tego, co publikuję i wyrażam. Wiedziałem, że jest to instytucja, która ma autentyczny prestiż w kręgu moich znajomych i nie tylko, którzy zawsze opowiadali o niej z respektem, z uznaniem, więc pomyślałem: dobra okolica i patron, i jeden i drugi: Piłsudski, i Paderewski, obydwu im jestem wdzięczny za to, co zrobili dla Polski.

Jestem ujęty tym, że Instytut dostrzegł zainteresowanie problemami edukacyjnymi i pielęgnowaniem tradycji w kulturze, nie tylko przez moją aktualną twórczość, ale też przywracanie i włączanie do obiegu dawnych twórców, którzy zostawili coś bardzo cennego, co nas określa i która to baza kulturowa nie powinna być pominięta w edukacji, bo ona nas opisuje i o nas stanowi.

Były to niesłychanie szlachetne powody, a na miejscu okazało się, że w Instytucie Piłsudskiego znalazłem się w grupie ludzi wspaniałych, serdecznych, gościnnych, podobnie wartościujących, że cała ta wyprawa, w dodatku wiosenna, na parę dni do Nowego Jorku okazała się pasmem pięknych dni.

– Urodził się Pan w Zaklikowie, miejscowości, w której mieszkali ludzie, którzy, jak Pan określił, mieli ambicje kształcić swoje dzieci. Ale Pana edukacją pokierowali nie tylko rodzice. Dużą rolę w kształtowaniu Pana osobowości odegrała nauczycielka Anna Nagórska – jedna z pierwszych Polek studiujących na Sorbonie. – Czego Pana nauczyła?

Ona nie była nauczycielką, ona była postacią. Nauczyła mnie wszystkiego. Przede wszystkim jako osoba wybitna, intelektualistka i artystka – jakież wiersze pisała – była świadoma, że koniec jej życia przypada na krach dawnego świata. Bo wojna przewróciła cały system polityczny, społeczny i kulturowy i widziała, że to wszystko się wali. Była osobą samotną, głęboko religijną, kiedyś majętną. Tę resztkę, którą ocaliła, mały mająteczek ziemski, oddała zakonnicom, które błąkały się po wyrzuceniu ze Lwowa. Sama się obywała minimum z minimum, jeśli chodzi o rzeczy materialne.

Jakoś tak się zdarzyło, że mnie wypatrzyła. Nie chodziłem jeszcze do szkoły. Prosiła mnie, żebym jej pomagał przy prostych pracach – a była społecznie użyteczna – porządkowała cmentarz, i ja jako dziecko spędzałem z nią czas na tych grobach, słuchając jej opowieści o dawnych czasach, ludziach, których spotkała, przyjęciach we Francji i tak dalej. I wtedy nastąpiła taka nieformalna edukacja; książki, muzyka, język. Nawet przychodziła do naszego domu – była zaprzyjaźniona z moją mamą – sprawdzać, czy umiem jeść jak trzeba, czy mam właściwą kindersztubę itd.. Tak że otrzymałem od niej prezent niebywały. W latach terroru, więzień, załamania wszystkiego miałem edukację w najlepszym stylu XIX wieku. Stawiała wysokie poprzeczki, robiąc to w sposób nieformalistyczny, przez zabawę, opowieści, żart.

Jak kończyłem studia, spotykaliśmy się tylko podczas wakacji, albo prowadziła ze mną korespondencję. Pisała do akademika: słuchacz Uniwersytetu Jagiellońskiego Leszek Długosz, albo po francusku, żebym się ćwiczył. Miałem szczęście, że los postawił na mojej drodze kogoś tak wyjątkowego, niezwykłego, a jednocześnie miałem życie normalne, takiego małomiasteczkowego chłopaka w pięknych okolicznościach przyrody; pełno wody, lasów. Zostałem wyposażony, jako przyszły artysta, nie miałem innego wyjścia, wiedziałem, że będę się czymś takim zajmował, bo to mnie najbardziej pasjonowało, tylko nie bardzo wiedziałem czy muzyką czy pisaniem. W końcu doszedłem do przekonania, że jest mi równie potrzebna do dobrego samopoczucia muzyka i jakiś rodzaj pisania.

– Anna na pewno nie była jedyna osobą, która wywarła wpływ na Pana osobowość, twórczość, na życie.
Miałem szansę poznania bliżej ludzi, którzy stawali się moimi przyjaciółmi, godzili się na tę przyjaźń, ludzie nie pretensjonalni, nie nadęci, od których wiele się dowiedziałem, podpatrzyłem. Ich wartość etyczna, styl bycia i postawa była wielkim dla mnie przykładem i wzorcem. Obserwowałem, że można być kimś, coś znaczyć, w sposób tak prosty, tak zwyczajny, to mnie budowało, nie tylko poprzez studia, książki, tylko poprzez kontakty, rozmowy, obcowanie. Na pewno ważni byli ludzie z „Piwnicy”: Piotr Skrzynecki, Wiesiek Dymny, Janina Garycka i jeszcze Edyta Sicińska, Austriaczka, przyjaciółka Witkacego.

– Od dziecka wiedział Pan, że będzie studiował w Krakowie. Czy to także był wpływ pani Anny?
Nie. Brat studiował w Krakowie i jedna z dalszych kuzynek dostała się do szkoły aktorskiej – była na roku z Holoubkiem. Słyszałem legendy… i to rozbudzało moją wyobraźnię, a potem naturalnie doszła = pokusa, żeby do Krakowa, a nie gdzie indziej, pokusa czyli Juwenalia. To było w tamtych czasach coś tak egzotycznego, tak barwnego, że studia studiami, ale….

– Piwnica pod Baranami była uważana za dość zamkniętą grupę przyjaciół, o czym możemy przeczytać w Pana książce „Pod Baranami ten szczęsny czas”.
„Piwnica”, to jest szersze pojęcie, to nie tylko ekipa grająca mecz na boisku, ale cały klub: towarzystwo, publiczność, doradcy i tak dalej.

– Jak potoczyły się losy „Piwnicy” po śmierci Piotra Skrzyneckiego. Co się teraz dzieje z ludźmi, którzy nadawali jej ton przed laty?
Jesteśmy przy najbardziej trudnym dla mnie pytaniu. W tym roku minie dwadzieścia lat od śmierci Piotra. Przez dwadzieścia lat ta „Piwnica” po śmierci Piotra jakoś egzystuje. Chcę się uchylić od recenzowania tego, co robi, natomiast uważam, że te produkcje i ich jakość trudno dalej nazywać „Piwnicą pod Baranami”. „Piwnica pod Baranami”, jak każda działalność artystyczna, to nie są mury, nie meble, tylko ludzie, ich jakość. Jeżeli ci ludzie mają do powiedzenia tyle, ile mają i nazywają się dalej „Piwnicą pod Baranami”, to dla mnie jest to nieuprawnione. Niechby się nazywali jak chcą, ale nie kontynuacją „Piwnicy”, bo w mojej opinii to jest nadużycie wobec jakości. Oni są ze mną w konflikcie, ponieważ zdania, które wypowiedziałem w nich godzą. Poza tym jeszcze był inny zupełnie, szeroki plan – „Piwnica pod Baranami”, ta ostatnia, bardzo łatwo przełknęła i odpuściła problem agenturalny. Pokazała się książka o agencie, który przez dwadzieścia dziewięć lat pisał donosy, brał pieniądze, a oni ogłosili, że to nie miało znaczenia. Ukazało się to na łamach „Gazety Wyborczej” za sprawą pani Zachwatowicz, wspaniałej artystki kabaretowej, która pospieszyła z odsieczą panu hrabiemu Ronikierowi. Odmówiłem podpisania wybielania Ronikiera i zostałem wykluczony z kręgu piwnicznego, ponieważ, cytuję „zeświniłem się wobec „Piwnicy”. „Piwnica” wydała dwa pisma, jedno z pieczątką podłużną, drugie z kwadratową, podpisane przez obecnych samozwańców, że „Leszek Długosz nie reprezentuje „Piwnicy pod Baranami”.

– Słuchając wypowiedzi niektórych przedstawicieli młodego pokolenia, robiących kariery np. w polityce, odnosi się wrażenie, że z kulturą i wiedzą, już na poziomie szkoły średniej, nie jest najlepiej. Czego Pana zdaniem brakuje dzisiaj w systemie edukacji?
Chyba właściwego ustalenia zakresu programowego i głębszego kontaktu z czytaniem czyli z literaturą. Język bardzo zubożał, nikt nie zwraca uwagi, nie koryguje, nie poprawia. Stało się to wszystko powierzchowne, pospieszne, osoby prowadzące programy w telewizji, robią czasami tak skandaliczne błędy językowe, że nie powinny być tam zatrudnione. To jest sprawa i szkoły i domu. Dzisiaj wiele się odpuszcza. Stwierdzam to z niepokojem, ale także z pewnym zrozumieniem. Nie znam się na strukturach edukacyjnych, ale myślę, że system, który był dawniej, wydłużona szkoła podstawowa i liceum był dobry. Z pewnością należy też zadbać o szkolnictwo na dobrym poziomie zawodowym.

– Został Pan mistrzem mowy polskiej.
Mam taki tytuł. Mistrz Mowy Polskiej 2007. Jest to ogólnopolski plebiscyt i proszę wyobrazić sobie, w czasach absolutnie mi wrogich politycznie, mając tak wielką konkurencję, zdobyłem największą ilość głosów.

– Czy poetą się zostaje? Jest Pan poetą, „bo byczo u poety, bo zamszowe buty i cztery żony i nie trzeba wstawać rano”?
To są przemyślenia Bursy, nieżyjącego już, wówczas dwudziestokilkuletniego poety zwiazanego przed laty z „Piwnicą”. Dopisałem do nich muzykę.

Czy się poetą staje czy się jest, trudno powiedzieć. Od początku miałem potrzebę zapisywania wrażeń i ocen, określenia swojej sytuacji, tylko nie miałem potrzeby upubliczniania tego. W dzieciństwie to Anna rozwijała moją wyobraźnię, bawiliśmy się w metaforyczne skojarzenia, co przypominają drzewa, na przykład topola… wykrzyknik zielony. Takie zabawy rozwijały wyobraźnię.

Ale wydaje mi się, że poetą trzeba się urodzić. Musi być on wyposażony w pewien gatunek wrażliwości i spostrzegawczości. Trzeba umieć zaobserwować rozmaite szczegóły albo odniesienia, relacje, których ktoś inny nie wychwyci a dalej jak we wszystkich pracach, bo to jest praca, następuje warsztat czyli kontrola intelektualna. Zimnym okiem, z dystansu, trzeba to sprawdzić i ocenić, czy nie narobiło się głupstw.

– Uprawia Pan poezję śpiewaną. Czy obecnie jest w Polsce zapotrzebowanie na taką formę twórczości?
Myślę, że tak, chociaż nie uczestniczę w dzisiejszych przeglądach, festiwalach. Nie jest to dziedzina, która przyniesie wielką popularność i pieniądze, nie jest to dziedzina wspierana oficjalnie przez media, ale jest to rodzaj ekspresji, wyrazu, który ma niemałe grono odbiorców. Mam krąg młodzieży, bardzo wrażliwej na moje opinie, na to co robię, obserwują mnie na koncertach, fejsbukach, w publikacjach. Spostrzegłem to i zorientowałem się, że mam wpływ, że to jest ważne, bo oni tego potrzebują, że jestem dla nich autorytetem, a jednocześnie robię to w sposób nie ex cathedra, nie ma bariery między nami. To są ludzie wrażliwi, piękni i szukający prawdziwych wartości.

– Kiedy przychodzi wena?
Są momenty, że pojawia się pomysł, sformułowanie, czasami jest to kłębek, a potem jest do pociągnięcia niteczka, bo to ucieka. Czasami jest to błysk, a czasami są to „prezenty”, nieczęsto, ale zdarzyło się tak i z muzyką i z tekstem, że jak gdyby sięgam po gotową rzecz, którą przepisuję. Jest cudowny moment takiego pogranicza między jawą a snem. Podejrzewam, że wtedy jest bardzo rozluźniona, swobodniejsza i śmielsza wyobraźnia – myśl biegnie w okolice, w które normalnie chyba nie ośmieliłaby się skręcić. Tylko jest jeden problem, żeby być na tyle przytomnym, żeby to zapisać. Dlatego przy moim łóżku zawsze jest karteczka i długopis.

– Czy słowa idą w parze z muzyką? Czy ona się od razu pojawia, czy to efekt późniejszego opracowania?
Pewność pojawia się od pewnego momentu, po jakichś dziesięciu procentach pracy wiem, że to pójdzie w stronę wiersza, a to w stronę piosenki. To się „szyje” inaczej. W stronę wiersza mogę tekst o wiele bardziej skoncentrować, ponieważ wiem, że będzie przed oczami, można do tego wrócić, popatrzeć, można tę zawartość rozsupłać, dać szansę odbiorcy odczytania go na własną rękę, natomiast przekaz tekstu piosenki musi zaistnieć za pierwszym odbiorem, bo słuchacz musi rozumieć, co artysta śpiewa, co wyraża. To musi być przejrzyste, bardziej na wierzchu i musi być zachowana pewna symetria rytmiczna, która jest potrzebna do muzyki. Przyjemność obcowania z tekstem i muzyką jest emocjonalna, muzyka jest niesłychanie silnym bodźcem i oddziaływaniem na emocje, na pamięć, zostaje dłużej, jest w nas, inaczej w nas żyje. Dobrze, że jest jedno i drugie.

– Mówi Pan w swoich wierszach o odwadze i wierności własnym przekonaniom. Jaką cenę płaci się dziś za taką postawę?
W każdych czasach uczciwość wobec własnych przekonań jest kwestią pewnej odwagi, nie zawsze to odpowiada linii pożądanej, ze względów ideologicznych czy estetycznych. Nigdy nie uprawiałem tak zwanej propagandy ideologicznej, sztuka nie służy temu, ale nie unikam informacji na temat mojej postawy, moich wyborów, przekonań, preferencji moralnych. Ze sztuki nie powinno się robić pierwszoplanowego instrumentu propagandy, bo wtedy ona może zatracić to, co jest w niej najsilniejsze, A moim zdaniem w sztuce najsilniejsze jest dotknąć, wzruszyć drugiego człowieka. Nauka jest polem intelektualnym, tam mogą być ścisłe spekulacje, ustalenia, polowanie na wyniki, prawdy itd. Natomiast sztuka musi dotknąć, to znaczy, potwierdzić, że podobnie odczuwamy, odbieramy świat i to jest dla mnie główne zadanie sztuki: potwierdzanie się we wspólnocie wzruszeń, rozbawienia, zamyślenia, refleksji nad tym co ważne, co udało mi się stwierdzić w jednym z moich pierwszych wywiadów: jestem i co z tym najlepszego zrobić?

– Jest taki Pana wiersz, który obiegł cały świat. „Modlitwa za nich”.
Ten wiersz napisałem 12 kwietnia. To była nieprawdopodobna siła koncentracji po katastrofie smoleńskiej. To jeden z tekstów, które narodziły się z bezsiły, kiedy człowiek otumaniony, dostał w łeb i nie mógł nic pojąć. To jest taka krótka modlitwa. Jest wiele tłumaczeń tego wiersza. Był on wykonany na Placu Zwycięstwa w Warszawie podczas zbiorowego pogrzebu, potem na wielu, wielu pogrzebach ofiar katastrofy.

– Na łamach „wSieci” prezentuje Pan wiersze swoje, ale także innych poetów.
„wSieci”, poza tym, że publikuję swoje teksty, staram się zadbać o autorów przede wszystkim tych, których tępiono, których cenzura odsunęła, którym, jak ja to metaforycznie nazywam, odebrano głos, którzy nie mogli się odezwać ze względu na wyznawane wartości. Staram się przypominać, czy wręcz informować o wielu do dzisiaj nieznanych pięknych kartach ich twórczości.

Jednym z takich poetów jest Stanisław Baliński. Zmarł w 1984 r. na emigracji w Anglii, mało znany, tępiony. Byłem pierwszym, który zaczął go śpiewać. Jego wiersz „Jaka szkoda” był przemycony z zachodu. Stanisław Baliński ma jeszcze znaczenie dla nas tu, w Instytucie, ponieważ był poetą, który się najbardziej, oprócz Lechonia, przyczynił do stworzenia mitu, legendy Piłsudskiego w poezji. Jego wiersz „Rozmaryn” jest wspomnieniem z wileńszczyzny, o tym jak młodzi chłopcy podsłuchiwali jak starsi radzą i po raz pierwszy usłyszeli wtedy nazwisko Piłsudski.

– Któremu ze współczesnych młodych poetów Pan kibicuje?
Wymienię Wojtka Wencla i Przemka Dakowicza. To są dwaj ludzie bardzo utalentowani, bardzo ideowi, świetni poeci, z szeroką, pojemną bazą kulturową.

– Jest pan felietonistą. Komentuje lub opowiada o sprawach, które są lub powinny być ważne.
Staram się w felietonistyce zajmować sprawami kulturowo-etycznymi. Zdaję sobie sprawę, bez fałszywej skromności, że moja opinia może mieć i ma pewien rezonans publiczny, że jestem osobą od lat jakoś rozpoznawalną i moja postawa i to co głoszę, wyrażam, wartościowanie, a więc przynależność do takich a nie innych ugrupowań społecznych, politycznych, więcej znaczy niż głos przeciętny i że w związku z tym podlegam pewnej presji, mogę być wykorzystywany. Tak czy owak, uwzględniam to, to znaczy pozostaję absolutnie sobą. Nie sprzedaję mojej pewnej popularności czy jakiegoś znaczenia mojego głosu inaczej, jak tylko wtedy, gdy jestem sam do czegoś głęboko przekonany. Jeśli uważam, że jest potrzeba, to jestem na wiecach, na mszach, jestem tam, gdzie z własnej prywatnej potrzeby byłbym i tak. Tak się zdarzyło, że nigdy nie byłem w żadnej organizacji, w żadnej partii, natomiast mam swoje poglądy, system wartości i tego nie ukrywam.

– Uczestniczy Pan we mszach w intencji prezydenta Andrzeja Dudy. Na czym polega Pana w nich udział?
Przypadła mi rola psalmisty, chyba byłem z góry na to skazany. Zostałem poproszony o uczestnictwo w modlitwach, które się odbywają w Krakowie raz w miesiącu w intencji obecnego prezydenta o łaskę światłości, dobrych decyzji, o opiekę bożą nad nim, żeby miał rozeznanie, siłę, odwagę. Te msze są uczęszczane przez dużą liczbę wiernych krakowskich. Zebrała się już stała ekipa czytających czytania, zbudowana z ludzi publicznie rozpoznawalnych i szanowanych. Mamy taką szlachetną akcję, a jednocześnie przyjemność.

– Jest Pan także aktorem, wystąpił w filmach Andrzeja Żuławskiego „Trzecia część nocy” i „Na srebrnym globie”.
To była próba. Skończyłem polonistykę na UJ i rozpocząłem studia na wydziale aktorskim PWST i nie bardzo wiedziałem, co mam dalej robić. Już miałem jakieś sukcesy piosenkarskie, a zawsze mi się podobało w teatrze.

– Jednak aktorem „na cały etat” Pan nie został. Czego brakowało Panu w zawodzie aktora?
Zdałem sobie sprawę, że to jest zawód, który mnie pozbawi samodzielności decyzji. W aktorstwie, odkryłem to, jest taka struktura, że wyląduję w teatrze, tam jest reżyser, który ma swoje upodobania i wizje i powie, że mnie widzi w swojej obsadzie. Następnie ma taką koncepcję, że ja jestem mu potrzebny, żebym zakręcił jakiegoś pirueta, stanął na lewej ręce i coś tam powiedział, czy nawet nie i wyszedł. I to ma być moje życie? Ja mam być narzędziem? To jest w teatrze potrzebne, ale ja miałem już inne potrzeby i większe ambicje. Chciałem się wyrazić własnym tworzywem. Uciekłem prędko, bo wiedziałem, że to jest bardzo uwodzicielski zawód i jak w to wejdę głębiej, to będzie trudniej się wycofać. Zrezygnowałem, a miałem bardzo dobre stopnie i byłem na bardzo ciekawym roku, bo moi koledzy to dzisiaj najwybitniejsi aktorzy: Wojtek Pszoniak, Olgierd Łukaszewicz, Krzysztof Jasiński, Jurek Shejbal. I wtedy, o paradoksie, kiedy zrezygnowałem z tej szkoły, posypały się propozycje z kina. Szukano nowych, nieopatrzonych twarzy. Gdybym się troszkę postarał, mógłbym tę karierę filmową rozwinąć, ale pomyślałem, że będę musiał wstawać o piątej rano, będą mnie pchali na jakiś plan filmowy, na mrozie, chłodzie, a ja mam przecież coś ciekawszego do roboty w życiu.

– „Bo u poety cztery żony…”, a przy pana boku wciąż jedna, pani Barbara… Ile to już lat?
Właśnie, nie wiem czy to błąd czy sukces, no i co by Bursa na to powiedział? Jesteśmy razem lat pięćdziesiąt z okładem, bardziej precyzyjna może byłaby żona, i jakoś jeszcze mamy ochotę czekać na to, co się zdarzy dalej.

– Jak państwo Długoszowie spędzają święta wielkanocne?
Staramy się zawsze spędzać święta wedle domowych tradycji, po bożemu. Lubimy to, nasze dzieci to lubią, cenią sobie to. Tak ma być, z tym nam dobrze i niech to się w nas nie zmienia. I pisanka i zajączek i kurczątko i spacer i mokro i sucho i piękne zielone planty w Krakowie i w planach oszalała wiosna.

– Dziękuję za rozmowę.

Jolanta Szczepkowska