On to ma Amerykę w Polsce! Jest to stara mądrość, powtarzana z czasów komunizmu. Opisywała ona osobę mającą tyle pieniędzy, że nie musi jechać za chlebem za granicę. Ergo: ma Amerykę, Pewex, w kraju. Wedle ówczesnych niezbyt wyśrubowanych oczekiwań, życie prywaciarza – który miał willę z pustaków pod miastem, zachodni samochód, najlepiej mercedesa „ropniaka” i gosposię po znajomości kupującą szynkę i kawę – było tak dobre, że nikt o zdrowych zmysłach nie wybrałby Nowego Jorku czy Londynu. Nawet ci, którzy w czasie komuny znaleźli się w Stanach, zwykle decydowali się na opcję ciężkiej pracy, rezygnacji z atrakcji Ameryki i oszczędzania na to, żeby mieć swoją prywatną Amerykę w Łomży lub Białymstoku. Dopóki był przelicznik, dopóty takie scenariusze były realizowane. Znowu, obiektem marzeń były przaśne, PRL-owskie rzeczy: zwykły dom, meble Swarzędz, ciągnik Ursus.

Skończył się korzystny przelicznik walut, zmieniły się pomysły na życie Polaków. Nadal jednak Ameryka pozostawała czymś wymarzonym, najlepszym. Jej mit ma się dość dobrze nawet dzisiaj. Gdy ktoś mówi, że mieszka lub wrócił z Londynu czy Berlina, na nikim nie robi to wrażenia. Jeśli ktoś, tak jak ja, po 27 latach przyjechał do Polski z Nowego Jorku, wywołuje to niedowierzanie i dziwne spojrzenia. Co ze mną nie tak, że przyjechałem? Zwłaszcza że nie ma już przelicznika, więc nie będę tu milionerem.

Mit Ameryki jest mocno nadszarpnięty. Wiele osób z wysoko rozwiniętą godnością osobistą nie zamierza prosić o wizy. Inni strasznie biorą sobie do serca wszystko, co dziwne i niepokojące w Stanach, jak interwencje w Iraku, rządy Donalda Trumpa oraz różne przestępstwa i masakry. Mimo to, wiele osób Ameryka ciekawi i chciałyby tam pojechać. Relacje tych młodych, którzy nie starali się o pobyt ale zwiedzili parki narodowe czy Nowy Jork, są entuzjastyczne.

W wielu krajach świata istnieje mit Ameryki. Podkopywana jest agresywną i niefortunną polityką zagraniczną, prymitywizmem eksportowanej kultury masowej, wreszcie podnoszącym się poziomem innych krajów. Nie imponuje już niemal żaden amerykański wyrób (wyjątki: iPhone i komputery Mac) ale fascynacja pozostaje silna. Dlatego każdy Filipińczyk chciałby wyemigrować do Stanów, dlatego koło mojego mieszkania w Warszawie w osiedlowych pawilonach ulokował się barek „Las Vegas”.

Zawsze było kilka takich amerykańskich miejsc w stolicy, nawet za komuny. Po 1989 roku pamiętam amerykański bar w hotelu Sheraton. Dziś są w Warszawie dwie restauracje przypominające te w USA. Długi, drewniany bar. W karcie duże śniadania, hamburgery, nachos, żeberka i steki. Grają folk rocka a kelnerki noszą szorty niemalże jak ich koleżanki z sieci „Hooters”. Jedna z tych knajp jest wewnątrz handlowej Galerii Mokotów, jest to więc totalna mistyfikacja, niczym nowojorski bar „Coyote Ugly” w hotelu „New York New York” w Las Vegas.

Czy czuję się tam jak w Ameryce? Niekoniecznie. Gdy wybrałem się tam, gnany tęsknotą, w Dzień Dziękczynienia, w pisanym codziennie kredą na tablicy menu dnia, tego święta w ogóle nie zauważono.
Co tu jeszcze jest amerykańskie? Trudno odróżnić kogoś ze Stanów na ulicy. Kiedyś ponoć od razu można było zgadnąć po jakości odzieży, że ktoś jest z zagranicy. Dziś modne ciuchy sprzedają te same, co w całym świecie, sieciówki. Tak więc Polak z USA odwiedzający rodzinę odzieniem się nie odróżni, a jeśli już to na niekorzyść.

Na ulicach widziałem kilka stosunkowo tanich a szpanerskich, nowych Fordów Mustangów, raz Chevroleta Corvette. Popularne wśród zamożnych warszawiaków są Jeepy Grand Cherokee. Czasami zahuczy motocykl Harley Davidson.

Eleganckie sklepy sieci iSpot są kopią salonów Apple w USA. Podobna jest też obsługa: młodzi geniusze patrzący z wyższością na klientów.

Są wszędzie dżinsy i salony Levis, Wrangler, Lee, Diesel, Converse. Są butiki z ubraniami i zegarkami Calvin Klein, Michael Koors, trampkami Converse, butami Sketchers i Reebok. W sklepach z alkoholem jest duży wybór amerykańskiej i kanadyjskiej whisky. Wszechobecna jest coca-cola, znajdzie się też inne amerykańskie produkty spożywcze (ketchup Heinz, płatki kukurydziane, syrop klonowy) w wyspecjalizowanych sklepach Smaki Świata.

Dużą część czasu telewizyjnego zapełniają, jak wszędzie w świecie, amerykańskie programy, zazwyczaj z kilkuletnią brodą. Pokazywana jest amerykańska koszykówka, ale wielkiej sensacji nie budzi. Polacy wolą piłkę nożną i skoki narciarskie (!). W księgarniach znajdzie się liczne przekłady amerykańskich bestsellerów i klasyki, w szkołach kursy angielskiego. W kinach same amerykańskie nowości, jak ostatnio „Jackie” Natalie Portman. Nadal króluje amerykańska pop music – tyle, że dziś nie kupuje się już płyt.
Słowem, gdy idzie o amerykańskie akcenty i wpływy, jest w Polsce tak jak w wielu innych krajach. Na pewno USA, ich ambasady i placówki nie wywołują takiej tęsknoty i pożądania jak kiedyś w PRL-u, a do dzisiaj w Uzbekistanie i Ukrainie. Nie wzbudzają też jednak nieufności i zazdrości, jak to bywa we Francji i Niemczech.

W polityce Ameryka ciągle ma (niezasłużoną od lat) reputację sojusznika, na którego należy stawiać. Ostatnio pogarszają się relacje Polski z Niemcami i innymi krajami Unii Europejskiej, ale i z Rosją (nie, nie dam się namówić na komentarz). Można by więc wywnioskować z tego, że przynieść to może zbliżenie z Waszyngtonem. Jak na razie jednak, administracja USA nie robi nam specjalnych nadziei.

Gdzie więc możesz odnaleźć w Polsce Amerykę? Myślę, że nigdzie. Polska dziewczyna poda ci w barze Jacka Danielsa, a przesyłkę dostarczy do domu chłopak w uniformie UPS, ale żadne z nich się do ciebie nie uśmiechnie i z tobą nie pogada. Gdy więc do Ameryki bardzo zatęsknisz, nie masz wyjścia – kup bilet.

Jan Latus