Wtorek
A jednak można. Pięćdziesiąt dziewięć rakiet manewrujących tomahawk spadło na syryjskie lotnisko, skąd wystartował kilka dni wcześniej samolot z bronią chemiczną zrzuconą potem na cywili. Zginęło wtedy ponad osiemdziesięciu cywili, w tym wiele dzieci. Ich powykręcane ciałka wywołały szok w świecie, ale wszyscy – łącznie z syryjskim prezydentem Assadem oraz jego pomocnikami w Moskwie – zdawali się być przekonani, że nic się nie stanie. No bo – jak choćby z Warszawą płonącą od sierpnia do października 1944 r. – to była bardzo niewygodna sprawa. Niby targedia, straszna i w ogóle, ale daleko, gdzieś na „Dzikim Wschodzie”, nie w Hollywood, „Nju Jorku” czy „Londonie”, więc jednak daleko i szkoda grosza publicznego a może i żołnierskiej krwi. Żeby tam chociaż jakieś transdżenderowe dzieci zagazowali, ale nie – zwykłe takie, syryjskie… Poza tym – jak śpiewał niezapomniany Jacek Kaczmarski:

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

Wydawało się więc, że Assad do spółki z Putinem osiągną tyle, ile chcą w Syrii: zastraszą wrogów aż do poddania się. Aż tu nagle, w piątek w nocy prezydent Donald Trump zarządził ataki. A to ci niespodzianka! Zwłaszcza na Kremlu słychać było słabo skrywany syk: „Donald, drug daragoj, Ty przeciw nam?” No przecież miała być „drużba” z Moskwą (czytaj podział świata na strefy interesów) a tu taka niespodziewajka…

Mówi się, że zdecydowały jednak obrazki. Że to Pierwsza Córa, wstrząśnięta do żywego zagazowanymi dziećmi, wpłynęła na ojca tak, że posłał tomahawki. Ivanka czy nie, atak dla Trumpa okazał się niezwykle pożyteczny. Pozwolił mu na kilka rzeczy na raz. Odbić się w sondażach, zmienić temat dnia w Waszyngtonie (Syria zamiast słabych dotychczasowych osiągnięć na polu wewnętrznym), wreszcie pokłócić się z Moskwą, co pożyteczne zwłaszcza gdy chodzi o wcześniejsze doniesienia o powiązania z Rosją. Pomruki Putina, że Trump „zawiódł”, że stosunki „gorsze, niż wcześniej”, że może dojść do konfrontacji, to musi być miód na serce dla trumpowych speców od odciągania uwagi od rzeczy nieprzyjemnych…

Okazuje się, że Trump idzie dalej. Już mówi się o zerwaniu z „doktryną Obamy” – polegającą na mówieniu i górnolotnych deklaracjach połączonych z nic-nie-robieniem w rzeczywistości – i wejściu na ścieżkę globalnego aktywizmu. Już mówi się – znowu, bo kiedyś wspominał o tym Obama – o konieczności odejścia Assada. Następna w kolejce jest Korea Północna: Trump zapowiedział, że jeśli Chiny nie zrobią porządku z nuklearnymi zapędami swoich podopiecznych, Stany Zjednoczone mogą „same zająć się” problemem. Słowem, dalekie to od stosowanego w kampanii wyborczej hasła skupienia się na problemach wewnętrznych „America First!”. Można powiedzieć, że jak niemal każdy prezydent przed nim, Trump odkrył też że ma świetne narzędzie do kreowania newsów, cyklów medialnych oraz odwracania kota ogonem: najpotężniejsze siły zbrojne świata, których jest dowódcą.

Oczywiście cynicy będą przekonywać, że to może być wszystko ustawka. Trump niby atakuje Putina za popieranie „mordercy” Assada, Putin się niby obraża, a wszystko dla gawiedzi. A jak przyjdzie co do czego, dogadają się. Już nawet są ramy ewentualnego porozumienia: Moskwa zastępuje Assada jakimś „liberałem” w Damaszku, a w zamian Rosja razem z USA będą zwalczać ISIS, sankcje gospodarcze za atak na Ukrainę zostaną zniesione a państwo Putina zostanie włączone z powrotem do grupy G-8. Jeśli to prawda, to cena dla Moskwy niezbyt wygórowana za owo wymarzone „równe traktowanie” ze strony Waszyngtonu.
Trzeba na to wszystko patrzeć z wielką ostrożnością. Bo Polska też może się znaleźć nagle w sytuacji „strefy buforowej” jak to jest w przypadku Syrii, rozdzieranej konfliktami potęg światowych i lokalnych. Oczywiście raczej nie dosłownie, bo to jednak Europa i NATO, ale kto wie co się stanie, jeśli Rosja np. ostatecznie połknie Białoruś, choćby poprzez obalenie prezydenta Łukaszenki i zastąpienie go kimś jeszcze bardziej swoim. Trzeba uważnie patrzeć i kontrolować to, co robi Trump. Ostatecznie, trzeba pamiętać słowa mistrza Kaczmarskiego z jego „Jałty”:

Bo sojusz wielkich, to nie zmowa,
To przyszłość świata – wolność, ład –
Przy nim i słaby się uchowa,
I swoją część odbierze… – strat! (…)
Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.
Mógł mylić się zwiedziony chwilą –
Nie był Polakiem ani Bałtem…
Tylko ofiary się nie mylą!
I tak rozumieć trzeba Jałtę!

Środa
Wielkanoc za pasem. Środa a więc także dzień, w którym schwytano Jezusa. Jeszcze w niedzielę wjeżdżał triumfalnie witany przez tłumy, po kilku dniach podstępem schwytany i sponiewierany przez podburzony tłum. Prawda Objawiona dla wierzących w Niego ale i niezła metafora dla tych, którzy u władzy… nie znasz dnia ani godziny, gdy nawet najbliżsi odwrócą się od ciebie.

Jest w Ewangelii dzisiejszej fragment: „Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. (…) Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty”.

Zdrada Judasza. I zdrada Piotra, Opoki Kościoła, bo przecież i on wyparł się Jezusa trzy razy – a więc zdradził w trosce o „najważniejszy kapitel, głowę” – zanim kur zapiał. Tak więc dwaj wybrani, apostołowie (o innych nie wspominając) jakże zawiedli w chwili próby. U Judasza to był pewien proces, który zaczął się dużo wcześniej. Najpierw od drobnych kradzieży, przywłaszczania mienia, aż urósł do wzięcia 30 srebrników za wydanie Mistrza. Jak mądrze napisał w rozważaniach (znalazłem w internecie) Ireneusz Krosny, „Judasz rozwijał w sobie chciwość. Jak pisze ewangelista, podkradał, żałował, kiedy okazje przechodziły mu koło nosa. Judasz rozwijał w sobie zło i żył z nim (…) Straszny czyn zawsze poprzedza proces rozmiękczania sumienia”. Tak, nasze sk…. stwa tworzą się na codzień, kropelka po kropelce…
Ale zawsze jest Nadzieja, dostajemy ją za friko od Jezusa. Judasz powiesił się, bo przeraził się swoich czynów. Zabiła go rozpacz, bo nie był w stanie wzbudzić w sobie żalu za to, co zrobił. Z kolei Piotr też się przeraził, ale „gorzko zapłakał”. Poczuł żal i skruchę, otwierając się na Miłosierdzie: upadły apostoł stał się potem Skałą, na której zbudowano Kościół. I to jest opowieść, którą odbieramy w każde Święta Wielkiej Nocy: upadamy wszyscy, ale póki żyjemy, jest szansa na poprawę. Dzięki Niemu.
Wesołego Alleluja !

Jeremi Zaborowski