W Parku Centralnym czuję się równie swojsko jak w Łazienkach a w Łazienkach równie swojsko jak w Parku Centralnym. I tu, i tam mam ulubione zakamarki. Warszawa była i jest moim miastem, ale Nowy Jork też nim się stał. Jakoś tak niepostrzeżenie, jakoś tak mimo woli, jakoś tak z biegiem lat, z biegiem dni. Tu i tam czuję się u siebie. Tu i tam oglądam zmiany. Tu i tam mam przyjaciół. Warszawscy mówią od dawna – wracaj już, nowojorscy mówią także od dawna – zostań. Tu przeważają czytelnicy, którzy też mówią – zostań, choćby jeszcze trochę. Mówię oczywiście o tych czytelnikach, których spotykam osobiście i tych, którzy do mnie piszą lub telefonują. Mam zatem dwie dusze – warszawską i nowojorską. W Nowym Jorku pilnie śledzę, co dzieje się w Warszawie, w Warszawie zaś, co dzieje się w Nowym Jorku. Ciekawe, czy też będzie tak, kiedy wrócę już do Warszawy na stałe. Tam ogarnia mnie historia miasta i Polski, tu moja własna historia. Tam czuję się częścią tejże historii, tu natomiast czuję się uczestnikiem współczesności. Tam duże znaczenie ma – wczoraj, tu większe znaczenie ma – dzisiaj.

$

W sali wystawowej Klubu Seniora „Amber” zawisło trochę mojego dzieciństwa. To wystawa fotografii ornamentów architektonicznych stylu świdermajer uchwyconych kamerą przez Tomasza Brzostka i wyeksponowanych fachowo przez Janusza Skowrona, który świetnie wyczuł temat. Zdjęcia składają się na cykl pod wymownym i zarazem interwencyjnym tytułem „Niechciane dziedzictwo”. Prezentowane ozdobniki, wycięte przez mistrzów snycerki, są bardzo wyrafinowane. Wzorowane były na projektach mistrza Michała Elwira Andriollego. Pamiętam je z lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Później wiele z nich spróchniało lub padło ofiarą przeróbek, dobudówek, zniszczeń i pożarów. Niektóre z tych, co ocalały, tak zafascynowały autora zdjęć, że postanowił sfotografować je dla potomności. Stały się zapisem ginącego piękna. Dopełniają w pewnym stopniu moje własne fotografie całych świdermajerowskich budynków, których agonię sfotografowałem w Świdrze i Otwocku dwadzieścia lat temu. Dzisiaj wielu z nich już nie ma, wiele zamkniętych jest na cztery spusty i czeka na rozpsypkę lub rozbiórkę. Świdermajerowski drewniak, w którym się wychowałem jest teraz tak zmieniony, że trudno domyśleć się, jak pierwotnie wyglądał. Po naszej werandzie nie ma ani śladu. Nie ostał też się ani jeden ornament podobny do tych, które można podziwiać na tejże wystawie. Obejrzałem ją zatem z niemałym sentymentem. Ożyły wspomnienia, usłyszałem szmer rzeki Świder i poczułem jej zapach. Poczułem też zapach desek, z których nasz dom był zbudowany. Podczas letnich upałów wydzielała się z nich taka sama żywiczna woń, jak z sosen, w cieniu których przeczytałem niejedno arcydzieło z biblioteki rodziców. Do ozdobnych szpiców wieńczących dach przyczepione były telewizyjne anteny ustawione w kierunku Pałacu Kultury i Nauki oddalonego w linii prostej o 25 kilometrów. One łączyły nasze drewniane świdermajery ze światem z cegły i wielkiej płyty.

$

Do dzieciństwa i wczesnej młodości powróciłem również wraz z kanadyjskim reżyserem Robertem Lepage’m podczas jego przedstawienia „887 Ex Machina”, prezentowanego przez Brooklyn Academy of Music. Tu, zamiast letniskowego drewniaka, była na scenie trzypięrowa kamieniczka z ośmioma mieszkaniami. W jednym z nich wychował się Lepage, tam też rozwijała się jego młodzieńcza wyobraźnia. Opowiadał widzom o swym dzieciństwie, rodzinie, sąsiadach i kolegach oraz o pierwszych odkryciach i zadziwieniach, jakie zapamiętał mieszkając w tejże właśnie kamieniczce. O sprawach ważkich i drobnych, ale z jakichś powodów zapamiętanych. A sama kamieniczka była, nie tylko prostokątną bryłą z balkonami, ale stawała się na przemian, mieszkaniem, kuchnią, pubem, placem i ulicą. Wszystko za sprawą wielofunkcyjnej scenografii, w której ściany zewnętrzne i wewnętrzne ustawione były na scenie obrotowej. Całość sprawiała wrażenie magicznego domu-maszyny z symultaniczną akcją toczącą się jednocześnie we wszystkich mieszkaniach, które widzimy przez okna. Nie udało mi się podejrzeć, w jaki sposób poruszane były marionetki sprawiające wrażenie żywych lokatorów, wykonujących różne czynności domowe. Dalibóg cudowna tajemnica teatru, którą tak lubię. Ekscytujący był też sam Lepage wyciągający z pamięci kolejne epizody i recytujący poetyckie credo „Speak White” na przemian po francusku (rzecz się dzieje w Quebecu) i po angielsku. Nie chciałem, żeby ten nieprawdopodobnie piękny spektakl się skończył. Pokazywał zarazem magię, jak i nieograniczone możliwości teatru. Pobudzał coś intymnego, nie tylko we mnie, jak można sądzić z entuzjastycznego przyjęcia przez widzów, którzy po zakończeniu jak jeden mąż wstali z miejsc i krzyczeli „brawo”. Sam też krzyczałem, albowiem byłem wzięty teatrem w jego najbardziej krystalicznej postaci. Teatrem-dziennikiem, teatrem-pamięcią, teatrem-opowiadaniem. Do dziś jestem nim uskrzydlony. Robertowi Lepage’owi kibicuję od lat.

$

Kibicuję też naszemu młodemu kontratenorowi Jakubowi Józefowi Orlińskiemu, którego ostatnio podziwiałem podczas recitalu w Fundacji Kościuszkowskiej. Dysponuje on nie tylko bardzo pięknym głosem danym przez naturę, ale i darem ujmującej interpretacji utworów. Idealnie przekazuje ich treść i formę. Miary wrażeń dopełniają wdzięk sceniczny i znakomite warunki zewnętrzne. Śpiewak ten jest także mistrzem breakdance’a i potrafi zaskoczyć nieprawdopodobną wprost ekwilibrystyką, nie tylko na scenie, ale i w plenerze. Czasem sprawia wrażenie swojskiego i zarazem uroczego chłopaka (b-boya), który śpiewa dla samej przyjemności śpiewania, ot tak w przerwie między jednym tańcem a drugim. A śpiewa przepięknie. Czy to arie z wielkiej klasyki, czy kurpiowskie piosnki Szymanowskiego, czy sonety Tadeusza Bairda skomponowane do słów Szekspira, czy to impresyjną „Jesień” Pawła Łukaszewskiego inspirowaną wierszem Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej. Aria „Agitato da fiere tempeste” z opery Haendla „Riccardo Primo” porwała słuchaczy. W niej objawiły się niemal wszystkie barwy, tony i możliwości głosowe tego niezwykłego artysty. Poza sceną mówi on bas-barytonem, równie pięknym jak jego kontratenor. Nawet codzienna angielszczyzna staje się w jego ustach niecodziennym zjawiskiem dźwiękowym. Świetna artykulacja zachwyca, uzmysławiając, czym może być mowa, nawet ta komunikacyjna. Bardzo dobrym akompaniatorem Orlińskiego jest Michał Biel. Obaj panowie wyczuwają się znakomicie, pokonując lekko wszystkie muzyczne stopnie i skale. Słuchacze w Fundacji Kościuszkowskiej byli wzięci bez reszty i długo oblegali obu artystów, co nie zdarzyło się po raz pierwszy. Nie sposób się temu dziwić, zważywszy, że każdy ich recital jest wydarzeniem najwyższej miary, podobnie jak i sceniczne występy Orlińskiego. On sam w sobie jest iście fascynującym zjawiskiem.

$

Elias Canetti – „Trudno jest powiedzieć akurat tyle, ile się chce powiedzieć”. „Kartkom” stuknęło 12 lat. Kto by się spodziewał? I wciąż w nich tyle rzeczy niepowiedzianych…

Andrzej Józef Dąbrowski