„Wakacje to ciężka harówka. Więc […] chociaż ludzie tak narzekają na tłum wszędzie, na apokaliptyczne exodusy, na borykanie się ze wszystkim, z transportem, miejscem do spania, miejscem do opalania się […] to jednak do tego się pchają. Nie szukają ani ustronia, ani przestrzeni, przeciwnie, im większa kupa, tym lepiej, wzajemnie się wtedy tym bardziej podniecają do wakacji, tym gorętszą atmosferę wakacyjną sobie wytwarzają. Czyli potrzebują atmosfery wyjątkowej, stanu wyjątkowego, sztucznie stwarzają sobie zjawiska zaburzeniowe na skalę całych społeczeństw. Inaczej trudno to sobie wytłumaczyć”. Pisał zbulwersowany Sławomir Mrożek w liście do Stanisława Lema. Narzekając na tłumy wczasowiczów. I zatłoczone plaże, które porównywał do obozów koncentracyjnych (!). „Ogólne wrażenie, to śmietnik. Połączenie koczowiska z burdelem”- grzmiał epistolarnie. Nie mógł znieść, że „wszyscy obnażają się przed wszystkimi, bez różnicy, obcy przed obcymi, w bezpośredniej bliskości, w dotykaniu, we wspólnym pocie, bez względu na wiek, zniekształcenia i choroby”. Uważał, że Europejczycy „od wieków trenowani do ubrań, do wnętrz, wyłaniają się z zasłon jak robaki”. A zabudowane, odgrodzone drutem plaże we włoskich kurortach przypominają obozy „ze strażnikami w postaci krzepkich kąpielowych”. Tłum go dusił. Zatykał. Odstręczał. „Jesteśmy paskudną rasą”- pisał, dając upust rozszalałej mizantropii.

Trochę go rozumiem. A nawet bardzo. Unikam miejsc zakłóconych człowiekiem. Nie potrafię odpoczywać w grupie. Myśl o autokarowej wycieczce z przewodnikiem budzi najgorsze neurozy, a widok nadbałtyckiej plaży w sezonie przejmuje niekłamaną trwogą. Koc przy kocu. Łydka przy łydce. Kolejka pod prysznic. Kolejka do łazienki. Po gofry. Po zapiekankę. Przeciskanie się między letnikami spacerującymi promenadą. Dryfowanie w tłumie żądnej przygód gawiedzi. Kramy, budy z żarciem, kioski z pamiątkami. A wszystko zanurzone w zapachu starego oleju i muzycznej głośnej rąbance. Nie. Dziękuję.

Nie lubisz ludzi, bo wchodzą ci w kadr- zażartowała przyjaciółka, której żaliłam się, że odkąd mamy z K. wolne tylko niedziele, a nie jak wcześniej – przez lata – poniedziałki i wtorki, musimy się bardzo nagimnastykować, by znaleźć miejsca odosobnione. Nie lubię ludzi, bo zasłaniają. Zakłócają. Są zbyt głośni. Zbyt natarczywi – sprecyzowałam. Przypomniała mi się scena z „Dnia Świra”, kiedy główny bohater jedzie nad morze, by odpocząć. Lecz i tam zjawiają się przedstawiciele gatunku zaburzający trudno osiągnięty błogostan. „Gada ona. Napierdala do niego cały czas, a on myśli cały czas – nie słucha. Idą rzecz jasna ku mnie – siedem najwyżej trzynaście metrów ode mnie, na plaży pustej poza tym”. Myśli Adaś Miauczyński. Leżąc na wznak. W krótkich spodenkach. Odganiając się od ujadającego psa. A potem rozśpiewanych dziewcząt, które w onirycznej wizji Koterskiego próbuje zatłuc konarem wyplutym przez fale.
Nie osiągnęłam jeszcze tak wysokiego poziomu frustracji i zapienienia, ale jeśli pomieszkam w Nowym Jorku kolejne dziesięć, dwadzieścia lat, to kto wie. Już dzisiaj zdradzam oznaki zniecierpliwienia, gdy zbłąkany turysta blokuje chodnik albo nie dość szybko zbiega na peron. Nie dotrzymuje kroku. Zawadza. Przyzwyczajona do dzikich plaży Long Island cierpię, gdy na horyzoncie pojawia się choćby jedna osoba. Szukam przestrzeni niezakłóconej. Osobnej. Wolnej od człowieka i wszystkiego, co ze sobą przynosi.

*

By uciec przed tymi, którzy – jak pisał Stasiuk – „chcą zabiegać śmierć”; przed cyklistami, matkami – wózkowymi, dziećmi na hulajnogach i psami na smyczach, wybieramy mniej uczęszczane ścieżki. Zapadamy w zarośla. Forest Park przypomina wrzesińską Dębinę. Tylko drzewa zdają się wyższe. A ptaki bardziej kolorowe. Jest pusto. Wiosna wykluwa się z trudem. Pierwsze, kruche listki nieśmiało drżą na wietrze. Czasem tylko pojawi się jeździec na koniu. W kowbojskim kapeluszu wygląda jak urwany z westernu. Niedaleko jest szkółka jeździecka. Trzeba uważać, by nie wdepnąć w końskie placki. Siadamy na zmurszałym pniu. Nasłuchujemy ptaków. Gdzieś z daleka dobiega szum przejeżdżających aut. Odpoczywamy. Nagle błyska na niebiesko. Pod konarem siedzi modrosójka błękitna. Jest za daleko, by dosięgnąć ją krótkim obiektywem. Robię krok do przodu, ale spłoszona odlatuje. Idąc tropem Blue Jay’a trafiamy na ptasie sanktuarium. Przy niewielkiej sadzawce kotłują się skrzydlate. Karmazynowe kardynały, dzięcioły z czerwoną plamką na czole, gajówki z żółtym brzuszkiem i szaro-niebieskie wróblowate. Pod drzewem i na ogromnym kamieniu ktoś wysypał nieprzebrane ilości ziaren słonecznika, więc ptaki uwijają się jak w ukropie, nie zważając na obecność człowieka. Nawet ruchliwe, pasiaste wiewiórki (chipmunks) pozują chętnie do fotografii zastygając ze zdobyczą w pyszczku. Urzeczeni niespotykanym spektaklem spędzamy godziny obserwując ptasią krzątaninę. Wracamy szczęśliwi z trofeum zapisanym cyfrowo. Po drodze opowiadając sceny z „Przystanku Alaska”, gdy stary traper Holling zamienił strzelbę na teleobiektyw i odtąd polował na ptaki tylko za pomocą aparatu fotograficznego. Było coś wzruszającego w starzejącym się, lecz nadal silnym mężczyźnie i jego niebywałej delikatności, z jaką traktował sikorki i inne drobne ptactwo.

Kilka minut później jesteśmy już przy głównej ścieżce. Ktoś wyrzucił czarny worek. Wysypują się z niego zmięte kartony, podpaski, resztki jedzenia. Przy chodniku co rusz butelka po piwie, puszka, plastykowy kubek. Ludzie siedzą. Chodzą. Biegną. Jeżdżą. Samochody trąbią. Autobus się spóźnia. Niedzielne popołudnie powoli opada z sił. My też.

Weronika Kawiatkowska