Niedobrze jest być wychowanym na arcydziełach, bo potem niewiele rzeczy się podoba. Ba, niewiele rzeczy zdaje się później prawdziwą sztuką. Aczkolwiek bywają olśnienia. Coraz rzadsze niestety. Co ciekawe, niekiedy zdają sobie z tego sprawę nawet ludzie całkiem młodzi. Bywa, że piszą do mnie lub przychodzą na pogawędkę o sztuce przez duże S. Tej uniwersalnej i ponadczasowej. Z racji wieku nie mają jeszcze wykształconych odpowiednich perspektyw, horyzontów i skal wartości, tedy przyjmują na wiarę to, co im mówię. A kiedy mówię, to sam jednocześnie weryfikuję dotychczasowe widzenia. Niektóre się nie ostają, niektóre zmieniają, większość jednak się potwierdza. Czas jest naturalnym weryfikatorem wszystkiego. Czy sprawiedliwym? Nie sądzę. Nie jest też weryfikatorem ostatecznym. Jedno jednak jest pewne – indywidualny odbiór dzieła jest ważniejszy od obiektywnych analiz i syntez. One mogą dopomagać w postrzeganiu, ale najsilniej osadzają się w nas bezpośrednie wrażenia i… wzruszenia.

Do owych arcydzieł chętnie wracam, czy to literackich, czy malarskich, rzeźbiarskich, teatralnych, filmowych i muzycznych. Prawdziwa sztuka zawsze się broni, zwłaszcza ta tworzona z pasją i sercem. Nie odczuwam tego na większości obecnych wystaw i w muzeach sztuki nowoczesnej. Przedmioty, które tam się znajdują nazywane są sztuką właśnie dlatego, że je tam umieszczono. Podzielam opinię francuskiego muzeologa Jeana Claira o najnowszej awangardzie. W jego oczach jest ona „destrukcją potencjału gromadzonego przez stulecia” a obecny świat jest pełen pseudoartystów, dla których „wszystko jest sztuką”. Równie celne jest stwierdzenie jego rodaka, filozofa i socjologa – Jeana Baudrillarda, że sztuka współczesna jest „niczym innym jak jednym wielkim oszustwem – oszustwem praktykowanym na skalę masową”. Jeszcze dalej poszedł brytyjski dramatopisarz Edward Bond, mówiąc o epoce postkultury, w jakiej teraz żyjemy.

Wadzę się z tą nową sztuką dlatego, że rzadko kiedy ona do mnie przemawia i zawsze wydaje mi się, że nie mam w sobie odpowiednich sensorów do jej odbioru. Dopiero, kiedy natykam się na odważne krytyki i stwierdzenia, takie na przykład jak przytoczone powyżej, dostrzegam, że moja ułomność nie jest wcale czymś odosobnionym.

$

Przygotowuję wykład o polskich poetkach i pisarkach na przestrzeni epok i zastanawiam się, co z ich twórczości mogłoby zainteresować Amerykanów. Zdaje się, że niewiele, bo amerykańskie losy, doświadczenia i pojmowanie życia oraz historii wykształciły świadomość odmienną od naszej. Czy całkiem odmienną, tego nie wiem. Zresztą nie powinno się generalizować. Kiedyś ze zdumieniem dowiedziałem się od profesora Stanisława Barańczaka, że jego studentów zainteresowały losy dziewcząt z tej samej kamienicy opisane przez Polę Gojawiczyńską w „Dziewczętach z Nowolipek” i „Rajskiej jabłoni”. Dobrze rozumieli oni również problematykę moralną i społeczną podjętą przez Zofię Nałkowską w „Granicy”. Sądząc z dobrych opinii, jakimi cieszył się nominowany do Oscara film Jerzego Antczaka „Noce i dnie” nakręcony wedle powieści Marii Dąbrowskiej, Amerykanie zobaczyli w nim scenariusz polskiego „Przeminęło z wiatrem”. Profesora Timothy Snydera fascynowały międzywojenne losy inteligencji polskiej, zatem nie do pominięcia są w tej mierze „Dzienniki” tejże pisarki. Nie do pominięcia są one także dla amerykańskich historyków zajmujących się losami Polski od Pierwszej Wojny Światowej do roku 1965, albowiem dopełniają historyczne fakty komentarzami wnikliwego przedstawiciela owej inteligencji, jakim jest Dąbrowska. Od profesora Barańczaka wiem również, iż zainteresowaniem jego studentów cieszyły się wiersze Wisławy Szymborskiej. Rozumieli oni zawartą w nich ironię. Z kolei profesor Jadwiga Maurer mówiła o zainteresowaniu jej doktoranek wierszami Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Od siebie dodam, że kto wie, czy nie podobałby się Amerykanom dramat Nałkowskiej „Dom kobiet”. Zważywszy na zawartą w nich problematykę psychologiczną i świetne napisane role dla aktorek, mógłby cieszyć się powodzeniem na scenach amerykańskich. Skoro jesteśmy przy Nałkowskiej, nie sposób nie przypomnieć jej „Medalionów”, będących reporterskim i zarazem beznamiętnym zapisem sytuacji z okupacji niemieckiej w Polsce. O dziwo ta beznamiętność, żeby nie powiedzieć – chłód narracji, czyni z nich dokument w pełni wiarygodny i przejmujący. Powodzeniem mogłaby cieszyć się także „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej, dramat świetnie pokazujący mechanizm rewolucji i jej najróżniejsze meandry. Kulminacyjna rozmowa rzeczonego Dantona z Robespierrem jest ciekawym materiałem dla polityków i fascynującym wyzwaniem dla największych aktorów. Z własnych obserwacji jako widza i recenzenta wiem, że spore zainteresowanie wzbudziła książka Zofii Posmysz – „Pasażerka”, na której zostało oparte libretto opery pod tym samym tytułem. Pokazany jest w niej los więźniarek obozu w Auschwitz. Jest on również pokazany w „Dymach nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej, przetłumaczonych na wiele języków. Amerykańskie feministki mogłyby się śmiało powoływać na prekursorkę tego ruchu w Polsce, jaką była Narcyza Żmichowska. Rzecz jasna ich uwadze nie powinna ujść „Marta” Elizy Orzeszkowej. Od zaprzyjaźnionych Starszych Braci w Wierze, osiadłych w Ameryce, wiem, że mają oni sentyment do „Meira Ezofowicza” tejże pisarki i do „Mendla Gdańskiego” Konopnickiej. Śledzą także tematykę żydowską w książkach Hanny Krall. Czytelników powieści o tematyce historycznej mogłaby zainteresować trylogia Zofii Kossak-Szczuckiej -„Krzyżowcy”, „Król trędowaty” i „Bez oręża”. Amerykańską niewiedzę o dziczy bolszewickiej i metodach działania NKWD nieźle wypełniłaby powieść tejże autorki „Pożoga” oraz wspomnienia Beaty Obertyńskiej zebrane w tomie „W domu niewoli”.

Poezji erotycznej nie jest w Ameryce zbyt wiele, zatem kto wie, czy nie spodobałyby się tu erotyki rzeczonej Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Haliny Poświatowskiej. Feministki amerykańskie mogłyby się posiłkować buntowniczymi wierszami i postacią Marii Komornickiej oraz intelektualną twórczością polskich poetek powojennych. Mogłaby spodobać się im „Cudzoziemka” Marii Kuncewiczowej jako studium kobiety, która uważa, że zmarnowała życie rezygnując z kariery muzycznej i poświęcając się sprawom tak „przyziemnym” jak miłość, rodzina, codzienność i ojczyzna. Biseksualne mniejszości, chwalące się chętnie wielkościami zasilającymi ich szeregi, mogłyby być dumne m.in. z czterech polskich Marii: Konopnickiej, Rodziewiczówny, Komornickiej i Dąbrowskiej. A i ranga intelektualna Anny Kowalskiej też nie była błaha. Jej „Dziennik” dostarczyłby im wielu satysfakcjonujących wrażeń jako zapis niebanalnych myśli i równie niebanalnej miłości do innej kobiety a zarazem wielkiej pisarki.

Rozmarzyłem się, bo chciałbym, żeby nasza literatura była znana w Stanach o wiele bardziej niż jest. Trudna to jednak sprawa, bo tłumaczeń jest tyle, co kot napłakał, a na promocję nie ma środków. A jeśli już się znajdą to jest ona na ogół bardzo nieprofesjonalna. Dużo by pisać…

Andrzej Józef Dąbrowski