Ten felieton, jak prawie każdy, piszę w kawiarni. Jest to opisywany już tu kilkakrotnie, sympatyczny lokal „Tam i z Powrotem”, znany ze spotkań z podróżnikami. Dziewczyny już bez pytania podają mi cappuccino. Dwanaście złotych, czyli trzy dolary – tyle należy zawsze odjąć od mojego honorarium netto za korespondencję zagraniczną.
Nie ma jednak na to rady – twórca to człowiek kapryśny, nadwrażliwy, humorzasty. Musi mieć ciszę albo lekki szum wokół siebie, absolutną izolację lub muzykę rozmów w tle. Wielu, tradycyjnie, pisało w kawiarniach. To na tych przysłowiowych papierowych serwetkach powstawały szkice arcydzieł malarstwa, poezji i felietonistyki.
Tu serwetek do pisania nie dają, przynoszę więc swój laptop. Jak na pozera przystało, świecę srebrną aluminiową obudową i jarzącym się na biało logo z jabłkiem komputera. Nie ja jeden – chyba co drugi klient wyciąga laptopa i coś sobie na nim dziubie.

Dlaczego tu przychodzę? Żeby być wśród ludzi, skoro moja obecna egzystencja jest dość smutna i samotna, przypominając pracę z zamieszkaniem dla pielęgniarki. Oprócz jednego, podejrzanie eleganckiego (apaszka, białe trzewiki) pana, klientela jest młoda. Kupują kawę na miejscu lub na wynos, kanapki, zapiekanki, sałatki, ciasta. Jakoś wszystkich na to stać. Wolny wstęp mają tu psy i matki z dziećmi. Jest tu sympatyczniej niż w amerykańskim Starbucksie, gdzie każdy udaje, że jest zajęty pisaniem scenariusza za milion dolarów, a rozpoczęcie rozmowy z innym cyborgiem jest skazane ma porażkę.

Zrozumiałe, że przychodząc tu tak często poznałem już parę osób. Dziewczyny z obsługi nabrały do mnie śmiałości i – ku mojej wielkiej przyjemności – traktują mnie jak jakiegoś kolegę ze studiów. Jest paru fajnych bywalców. Sympatyczna jest młoda właścicielka.

Tak więc stworzyłem tu sobie namiastkę domu, przynajmniej na godzinę dziennie. Gra tu z głośników amerykański pop – w odróżnieniu od mieszkania ojca, gdzie telewizor dudni – tata nie dosłyszy – werblami, hymnami i napuszonymi mowami, gdyż właśnie trwają obchody rocznicy Smoleńska. W kolejnych godzinach z tegoż telewizora wydobywać się będą patriotyczne uniesienia komentatora sportowego, gdy Polak strzeli bramkę w Bundeslidze, zabulgotane od gniewu wypowiedzi polityków i ich oponentów, skrzeki dziennikarek atakujących niczym furie zaproszonych gości. Albo też będzie dobiegać uspokajający szmer pochwalnych relacji, ciepły głos lektora czytającego propagandowe teksty. A potem – dramatyczna muzyka! Domyślam się, co ona zwiastuje. W stanie wojennym tak przecież ilustrowano nagrania z kryjówek „Solidarności”, gdzie rzekomo szykowano „obalenie rządu siłą”.

W tej kawiarni o polityce się nie dyskutuje gdyż, jak powiedziano wielokrotnie, Polska podzieliła sie na dwa obozy, które ze sobą dyskutować nie potrafią. W tej kawiarence przeważają, zresztą po obu stronach lady, ludzie młodzi, wykształceni i bywali, tak więc w domyśle prezentujemy wszyscy podobne rozumienie rzeczywistości.
Szkoda, że tak się porobiło. Szkoda nie tylko kraju, ale i kawiarni. Przecież kawiarniany stolik był zawsze sceną sporów o książki, sztukę, malarstwo, ideologię. Potrafię sobie wyobrazić zapalczywość sporów, ostrość ripost, celność aluzji, błyskotliwość żartów niegdysiejszych bywalców „Ziemiańskiej”, „Czytelnika”, „Literatów” i „Kameralnej”. Ciekaw jestem, jak by funkcjonowali dzisiaj w Polsce Tuwim, Lechoń, Gałczyński, Broniewski, Tyrmand, Hłasko, Himilsbach. Może by wyjechali na rezydenturę na zagranicznym uniwersytecie. Może zamilkliby zupełnie, bo dzisiejsze natężenie chamstwa i agresji stłamsiłoby nawet takich udawanych twardzieli, jak Himilsbach i Hłasko.

Może jednak wymagam za wiele? Dyskurs kawiarniany zabija przecież nie tylko polityka, ale i zmiany obyczajowości, w której nie ma miejsca na życie zbiorowe.

Proces ten trwa już wiele lat. Gdy studiowałem w Stanach niezmiernie mnie rozczarowało, że na wielkiej, bogatej i sławnej uczelni nie było życia studenckiego. Owszem, ludzie z jednej klasy i roku czasem poszli razem na piwo ale nie było ogólnouczelnianych skwerów, tablic ogłoszeń, powszechnie uczęszczanego teatru, kabaretu. Studenci znikali w budynkach swoich wydziałów i salach klasowych. Potem przemykali do domów i akademików aby zakuwać i tym samym wysforować się przed swoich konkurentów – innych, równie wiele płacących za studia, kolegów.

Dziś i w Polsce nie ma tak pojmowanego życia studenckiego. Żegnajcie Egidy i Bim-Bomy, dyskoteki i koncerty polskiego jazzu. Studenci, w ogóle młodzież, odnajdują się dziś nawzajem i porozumiewają za pomocą Facebooka. Tak też umawiają się na zbiorowe rozrywki, jak wieczór w barze, piknik lub przejażdżka rowerami po parku.
Moja kawiarnia „Tam i z Powrotem” jest taką namiastką życia towarzyskiego i uczuciowego. Wymagało to wielu miesięcy pracy i wielu pieniążków wrzucanych za cappuccino. W sumie jednak opłacało się gdyż z Polakami ciągle można nawiązać bardziej ludzkie i bliższe, niż na Zachodzie, kontakty. Tak więc, krok po kroczku: najpierw przejście na ty, potem wymienienie się adresami na Facebooku, a w przyszłości – telefon z zaproszeniem do domu na święta.

Takie więc jest to polskie życie kawiarniane, jak wszystko tutaj: toporne, wymagające wiele cierpliwości, pozbawione luzu, a jednak mogące dać na końcu pewną satysfakcję.

Nie wierząc jednak do końcu w wyjątkowe zalety polskiej duszy chętnie bym się przeniósł, tak na chwilkę, dla odmiany tylko, do innej kawiarni, w Wiedniu, Buenos Aires, Greenwich Village. Mniej wydam na cappuccino i mniej się narobię, żeby ktoś w końcu mi się odkłonił.

Możliwe jednak, że szukam rzeczy niepotrzebnych większości ludzi. Polacy są wszak domatorami, więc jadają i piją w domu. Do kawiarni idą dziś, aby z kimś się spotkać po długim niewidzeniu albo by załatwiać jakieś strasznie ważne biznesowe sprawy. W oparach kawy, wśród apetycznych wuzetek siedzą ważni panowie i wyemancypowane panie, z laptopami, komórkami i notatnikami. Zawierają polityczne sojusze i składają biznesowe oferty – albo dla dobrego samopoczucia wmawiają sobie, że to robią.

Hłasko i Słonimski naprawdę by się tu męczyli.

Jan Latus