Zapowiedź obrony i tworzenia nowych miejsc pracy dla Amerykanów to jeden z najważniejszych punktów programu Donalda Trumpa. 

Prezydent nie traktuje jednak wszystkich sektorów gospodarki jednakowo. Tym, które są dla niego politycznie ważniejsze obiecuje więcej, inne porzuca.

Ze spełnianiem obietnic wyborczych jest jak wiemy różnie. Przeważnie większość z nich nie zostaje zrealizowana lub w najlepszym razie realizuje się je w mocno zmodyfikowanych wersjach. Donald Trump, choć miał być inny niż zwykli politycy, których w trakcie kampanii wyborczej atakował za gadulstwo i brak działań, nie jest tu wyjątkiem.

Przypomnijmy. Pierwszego dnia po wprowadzeniu się do Białego Domu Trump miał spowodować odrzucenie reformy zdrowia Baracka Obamy i zastąpienie jej znacznie lepszym i tańszym ubezpieczeniem dla wszystkich. Obietnica okazała się nierealna. Obamacare nadal obowiązuje i nie ma żadnych przesłanek by sądzić, że prędko się to zmieni.

Kolejna z ważnych zapowiedzi z kampanii wyborczej to tworzenie miejsc pracy i obrona amerykańskiego rynku przed napływem tanich towarów wytwarzanych w krajach gdzie siła robocza jest znacznie tańsza niż w USA, głównie w Chinach. Trump zapowiadał, że wkrótce po objęciu władzy Chiny, które – jak mówił – traktują Stany Zjednoczone „bardzo nie fair”, zostaną określone jako kraj sztucznie zaniżający wartość swojej waluty, by swój eksport uczynić bardziej atrakcyjnym. Jak wiemy ta obietnica również nie została zrealizowana. Spotkanie z prezydentem Chin, Xi Jinpingiem przebiegło w przyjaznej atmosferze. Donald Trump z radością oprowadzał swojego gościa po trawnikach Mar-a-Lago, całkowicie jakby zapominając, że jeszcze parę miesięcy temu właśnie w Chinach upatrywał głównego winowajcy kłopotów amerykańskiego rynku pracy.

Już po wyjeździe Xi Jinpinga Departament Skarbu oficjalnie zapowiedział, że Chiny nie zostaną określone jako kraj manipulujący kursem waluty, a prezydent wyraził zdziwienie, że media wypominają mu zmianę stanowiska.

Decyzja ta nie jest jednak błaha. Oznacza ona przecież, że między bajki można włożyć kolejną z obietnic Donalda Trumpa, którą była obrona miejsc pracy w amerykańskich fabrykach i ogólnie rzecz biorąc ożywienie tego sektora gospodarki.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt tej sprawy. Kiedy Trump mówi o obronie miejsc pracy nie wszystkich traktuje jednakowo. Priorytetem są dla niego fabryki i kopalnie, choć są sektory gospodarki gdzie z pracą jest jeszcze gorzej.

Przykładem może tu być handel. Tylko w ostatnich miesiącach znana sieć handlowa Macy’s zapowiedziała zamknięcie blisko 70 swoich sklepów i zwolnienie 10 tys. ludzi. Sears, kolejna z wielkich amerykańskich korporacji handlowych, ma wątpliwości czy w ogóle będzie w stanie utrzymać się na rynku. Od 2001 roku tradycyjne sieci handlowe zwolniły blisko jedną trzecią swoich pracowników. Ogółem w handlu zlikwidowano osiem razy więcej miejsc pracy niż w fabrykach i kopalniach. Dlaczego zatem prezydent ze swoimi obietnicami udaje się głównie do fabryk czy górniczych miasteczek środkowego zachodu USA? Dlaczego choć raz nie przemówi do pracowników jakiegoś domu towarowego?

Odpowiedź na to pytanie można znaleźć analizując ankiety politycznego poparcia dla Donalda Trumpa. Swój sukces wyborczy obecny prezydent zawdzięcza głównie jednemu segmentowi wyborców. Białym, słabiej wykształconym Amerykanom, przede wszystkim mężczyznom, którzy – nie bez racji – poczuli się zapomnieni, czy wręcz odrzuceni przez demokratów. Kierując się czystą kalkulacją polityczną Trump wmawia tym ludziom, że za pogorszenie standardu ich życia odpowiadają nie zmiany technologiczne, nie brak zapotrzebowania na drogi amerykański węgiel, czy drogą amerykańską stal, tylko imigranci, którzy przyjeżdżają do USA i zabierają im miejsca pracy.

Na razie wyborcy z Ohio, Missouri, Michigan czy Wisconsin wciąż murem stoją za Trumpem. Być może dzięki nim prezydent zapewni sobie nawet drugą kadencję. Prędzej czy później także i oni zorientują się, że również na Trumpa nie powinni byli liczyć. Tylko, że wtedy jemu samemu nie będzie już na nich zależeć. Tak samo jak dziś nie zależy mu na imigrantach pracujących za marne grosze w Macy’s.

Tomasz Bagnowski