Strach przed Donaldem Trumpem, rozsiewany na co dzień w większości mediów, jest mocno przesadzony.

Biorąc pod uwagę nieudolność z jaką sprawuje on funkcję prezydenta oraz brak pomysłu Partii Republikańskiej na to jak wykorzystać większość w Kongresie, nie musimy się niczego obawiać. Chyba, że Trump będzie tak spragniony aplauzu, iż zdecyduje się wywołać wojnę.

29 kwietnia mija sto dni odkąd w Białym Domu zasiada biznesmen bez doświadczenia politycznego, niepełniący wcześniej żadnego wybieralnego urzędu, który niegdyś, w zależności od tego co było akurat wygodne, popierał demokratów lub republikanów.

Wielbicielom Donalda Trumpa, czułym na każde słowo krytyki wobec ich wodza, już na wstępie wyjaśniam. Nie piszę tego po to, by czynić mu z tego zarzut. Trump postępował tak jak postępuje w Ameryce bardzo wielu biznesmenów, rozumiejących, że bez lobbingu (czytaj bez opłacania się politykom i partiom politycznym) daleko się w USA nie zajedzie. Można się zżymać na tego rodzaju system, ale to już temat na osobną dyskusję.

Donald Trump przystępując do walki o prezydenturę nie miał więc żadnych poglądów politycznych, miał za to ogromną charyzmę i interesującą osobowość. I właśnie dlatego wybory wygrał. Ludzie głosowali na niego nie z powodu programu i składanych w czasie kampanii wyborczej obietnic, tylko dlatego, że podobało im się jak mówił, jak się zachowywał i jak potrafił besztać znienawidzonych przez wielu polityków. Raz republikańskiego senatora Johna McCaina, innym razem demokratę Elizabeth Warren.

„Oszustka Hillary Clinton”, „Kłamczuch Ted Cruze”, „Jeb Bush o małej energii”, „Pocahontas” – te i wiele innych epitetów nadawanych przez Trumpa jego oponentom dobrze rezonowało wśród bijącej mu brawo publiczności i jednocześnie współgrało z przekonaniem bardzo dużego grona wyborców, że na prezydenta trzeba wreszcie wybrać kogoś spoza układu. Kogoś silnego, kto nie będzie się bał wprowadzać zmian i nie będzie się oglądał na zbędne konwenanse.

Trump był idealny bo nie tylko nie miał sprecyzowanych poglądów, ale też nie głosił żadnego konkretnego programu. Operował hasłami, z których każdy z jego zwolenników mógł sobie wybrać co innego. Dzięki temu zadowoleni mogli być niemal wszyscy. I ci przekonani, że przyczyną ich niepowodzeń są nielegalni imigranci i ci, którzy uważali, że całe zło czynią Chiny. Przede wszystkim zaś zadowoleni mogli być przeciwnicy Baracka Obamy, którego Trump atakował bezlitośnie, trafiając jednoczenie i do tych, którym jego prezydentura pachniała socjalizmem i do tych, którzy być może nie mówili tego głośno, ale którym nie bardzo podobał się ten „afroamerykański intruz w Białym Domu”.

Kiedy przyszło zwycięstwo, Trump liczący początkowo, że na kampanii wyborczej po prostu zarobi, zaczął układać swój gabinet i zastanawiać się jak zrealizować, a przynajmniej pokazać, że próbuje realizować, opowiadane przez siebie bajki.

Do rządu trafili przede wszystkim bankierzy, przedsiębiorcy czy lobbyści, z których Trump miał przecież Waszyngton oczyścić. Choć wcześniej atakował Obamę za wydawanie rozporządzeń prezydenckich sam tak rozsmakował się w ich podpisywaniu, że prześcignął już swojego poprzednika. Choć reklamował się jako mistrz w zawieraniu porozumień, żadnego porozumienia jak dotąd nie zawarł, a po pierwszej klęsce jaką było fiasko nowej reformy zdrowia, zabrał się za co innego. Aktualnie za reformę podatków. Z wielkiego i „pięknego muru” na południowej granicy został jedynie nędzny, liczący około 40 mil kawałek. Na tyle bowiem wystarczą pieniądze, o które na ten cel zwrócił się do Kongresu. Pieniądze, które – jeśli w ogóle zostaną przyznane – pochodzić będą z naszych kieszeni, a nie z budżetu Meksyku, jak było obiecane.

Wyliczanie niespełnionych obietnic i dokuczanie Trumpowi za to, że co ważniejsze jego rozporządzenia utkwiły niezrealizowane w sądach, nie ma jednak większego sensu. Dlaczego? Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze jego zwolennicy i tak nie wezmą tego pod uwagę i nadal będą popierać Trumpa, bo ich poparcie nie opiera się na żadnej wiedzy i szczerej refleksji, tylko na podporządkowaniu się wodzowi, a wódz jest po to żeby miał rację.

Po drugie, z tego, że Trump jak na razie nie zdziałał prawie nic należy się raczej cieszyć, a nie martwić. Odrzucenie reformy zdrowia, która ma swoje wady i z pewnością wymaga korekty, spowodowałoby odebranie ubezpieczeń zdrowotnych milionom ludzi, którzy niedawno je uzyskali. Niepotrzebny nikomu mur na granicy może zatrzymałby trochę nielegalnych imigrantów, ale z pewnością nie wszystkich. Stałby się za to utrapieniem dla Meksykanów i ochoczo zatrudniających ich Amerykanów. Określenie Chin jako kraju celowo zaniżającego wartość swojej waluty wywołałoby fatalne konsekwencje dla kupujących chińskie produkty w USA, nie mówiąc już o innych konsekwencjach w handlu z największym partnerem Ameryki w tej dziedzinie. I tak dalej i tak dalej. Im mniej realizacji obietnic Trumpa, który z komicznym zdziwieniem dowiaduje się właśnie, że prezydent to nie król i by rządzić musi porozumieć się z władzą ustawodawczą, tym lepiej.

Jedyny problem jest taki, że łasy na pochlebstwa gospodarz Białego Domu, by przypodobać się wyborcom i podbić fatalne jak dotąd sondaże, może zdecydować się na kroki znacznie drastyczniejsze niż zrzucenie bomby w Afganistanie, czy wysłanie paru rakiet na Syrię. Może wywołać jakiś poważniejszy konflikt na przykład atakując Iran, czy Koreę Północną. Jak wiemy z historii (George W. Bush nie jest tu wyjątkiem) to bardzo skuteczny sposób na zdobycie poparcia amerykańskich wyborców.

Tomasz Bagnowski