Nie mam czasu na czytanie książek – mówi znajoma, a w jej głosie pobrzmiewa nutka wyższości. Mam dzieci. Pracę. Męża. Psa. Liczne obowiązki. Nie mam czasu na fanaberie – dodaje z dumą. Oglądając pod światło paznokcie ze świeżo położonym lakierem. Wpadłyśmy na siebie przed wejściem do nail salon. I choć nie zadałam ani jednego pytania mającego na celu zbadanie poziomu czytelnictwa oraz uczestnictwa w życiu kulturalnym Polonii, to i tak zaczęła się usprawiedliwiać. Że za daleko. Że za wczesna pora. Że gdyby w inny dzień tygodnia. O innej godzinie. I z miesięcznym wyprzedzeniem. To może. Kiedyś. Pojawiłaby się na spotkaniu klubu książki, który prowadzę od paru lat. Ale niestety. Nie pasuje. Więc choć śledzi, kibicuje i generalnie pochwala. To nie może.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam wolną chwilę, żeby coś przeczytać – wzdycha. Ale seriale oglądasz? – pytam konfrontacyjnie. Bo wiem, że śledzi nowe produkcje. Pisze o tym często w mediach społecznościowych. Będąc nad wyraz aktywną kolporterką ulotek z własnego życia. Gdyby zamiast publikowania trzech selfies dziennie przeczytała choć jedną stronę tekstu, uzbierałoby się kilka książek w roku – myślę. Ale nic nie mówię. Zastanawiam raczej nad fenomenem współczesnych ignorantów dumnych z intelektualnego zaniedbania. Kiedyś wyznanie „nie czytam książek”- przynajmniej w niektórych środowiskach – skazywało na towarzyski ostracyzm. Braki trzeba było nadrabiać za wszelką cenę, czytając np. dzieła daleko przekraczające zdolności umysłowe licealisty. Byle nie wypaść z obiegu. Nie narazić się na blamaż. Ambitną lekturą pod pachą można było rówieśnikom zaimponować. Poderwać na Dostojewskiego. Albo Petrarkę. Dzisiaj nie czytamy książek. I się tego nie wstydzimy. Przeciwnie. Za tą deklaracją stoi przekonanie, że mamy bogatsze, ciekawsze życie. Pełne przygód, podróży, fizycznego „zdrowego” zmęczenia i kulinarnych wzmożeń. Zamiast ślęczeć nad nudną lekturą wolimy biegać, skakać, pływać; w tańcu, ruchu wypoczywać. Rzeźbić w drewnie, składać modele samolotów, uprawiać grządki albo rozwiązywać matematyczne równania z jedną niewiadomą. A że tego nie robimy? Że trwonimy czas mieląc internetowy chłam; odurzając się łatwo przyswajalną rozrywką, która nie wymaga myślenia? To nasz wybór. I jak napisał ktoś w internecie: „nic wam do tego pseudointeligenci”.

Statystyczny Polak w minionym roku nie przeczytał ani jednej książki (63%)! Ulubionym pisarzem statystycznego Polaka jest Henryk Sienkiewicz. (Pewnie dlatego, że większość ankietowanych właśnie to jedno nazwisko pamięta ze szkoły). Czytają głównie kobiety, co jest kolejnym dowodem na to, że jak twierdzi Jerzy Pilch, a powtarza za nim Szczepan Twardoch – Polki udały się dużo lepiej niż Polacy. Kraj nad Wisłą pogrąża się w umysłowej degrengoladzie. Ale nikomu to nie przeszkadza. Obrońcy uciśnionych – za których uważają się nieczytający – piszą, że „programy promocji czytelnictwa to niemal zawsze przekonywanie przekonanych, a nad samą czynnością czytania unosi się subtelny wyższościowy smrodek. „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”, „Nie jestem statystycznym Polakiem – czytam książki” – oto dwa pierwsze z brzegu hasła z sieci, które doskonale oddają częste podejście do tematu promocji literatury. My, czytający, czujemy się lepsi od was – tych, co nie czytacie – i damy wam to odczuć, a jeśli już poczujecie się wystarczająco gorsi, może zapragniecie dołączyć do naszego znakomitego grona”- pisze Anna Dziewit-Meller w „Tygodniku Powszechnym”. Nie zgadzam się. Po pierwsze, hasła są raczej prześmiewcze, ale nie piętnujące, a po drugie – dlaczego czytający nie mieliby czuć się lepiej od nieczytających, skoro np. biegający czują się lepiej od leniwców kanapowych, a ci, co zamienili krwiste steki na jarmuż co chwilę upominają („uświadamiają”) dietetycznych kamikaze strasząc zapchanymi tętnicami i zbyt wczesnym zgonem? Niepalący okazują wyższość nad pogrążonymi w nałogu, a fani jazzu załamują ręce nad podrygującymi w rytm disco-polo? Gdzie wzrokiem sięgnąć ci, co stoją po jasnej stronie mocy czują się lepsi od ułomnej reszty. I nie ma w tym nic złego. Zamiast się obrażać – walczmy ze słabościami. Aspirujmy. Próbujmy doskoczyć.

Wychowałam się w domu, w którym niewiedza była powodem do wstydu. A nie dumy. Ignorancję wyszydzano, czego skutkiem nie było – jak pisze Meller – wzruszenie ramion i obrażanie się złapanego na nieuctwie, lecz przeciwnie – jego zażenowanie i chęć jak najszybszego uzupełnienia braku (np. w lekturze). Ceniono i podziwiano ludzi światłych. Śmiano z głupich i w swej głupocie – jak pisał poeta – zatwardziałych. Nieczytające społeczeństwo to społeczeństwo niemyślące. A modę – jaką lansuje się obecnie – na dumę narodową i wąskie horyzonty, trzeba zwalczać. Za pomocą mądrych, i najlepiej dowcipnych, słów:

Jeśli za mało książek znasz
to Ci wychodzi na twarz.
Gdy nie wiesz, kim był J. S. Bach
to spłaszcza Ci czółka dach.
Nieznany Ci Edypa los
to deformuje Ci nos.
Gdy nie wiesz, co to savoir-vivre
żuchwę masz grubą, aż dziw!

Owe przykłady można by mnożyć,
Proszę szanownych Pań, Panów
I całkiem długą listę utworzyć
Zdeformowanych organów.
Niech więc Rodakom sprawa ma służy,
Tu się nie trzeba lenić:
Znam dwóch chirurgów plastycznych, którzy
Mogą ten stan odmienić!

Dwójka chirurgów jest w stanie
Zmienić Wam twarz, bez wątpienia:
Myślenie i Oczytanie…
I tak przez trzy pokolenia! *

*Wojciech Młynarski,
Chirurgia plastyczna.

Weronika Kwiatkowska