Sobota 29 kwietnia br. Dzień upalny. 28 stopni w skali Celsjusza. Okoliczne dachy stały się plażami, czy – jak kto woli – solariami. Gdzie nie spojrzeć, tam roznegliżowane ciała między butelkami i puszkami piw. Lornetka poszła w ruch. Ciała te były ładne i niewytatułowane. Młode i foremne. Zazdrość mnie brała. Spoko, podglądałem bez żadnych podejrzanych podtekstów. Lubię patrzeć na młodość po prostu. Lubię też wyszukiwać piękne okazy. Wszakem esteta.

Wieczorem na tychże dachach – grillowanie, piwopicie, śpiewanie, przekrzykiwanie się a niekiedy i dyskoteka do trzeciej nad ranem. Tu i tam zajęcia w podgrupach przy marihuanie lub kokainie, gdzieniegdzie pary całujące się aż do utraty tchu. Damsko-męskie, męsko-męskie i damsko-damskie. No cóż wiosna rozkwitła dla wszystkich. Nie powiem, chętnie bym się dołączył do bawiących się dachowiczów, donosząc dyżurne Raderbergery, ale nie mogłem, bo musiałem spisywać wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Wprawdzie nie jestem jeszcze w wieku matuzalemowym ani dewocyjnym, ale niektórzy uważają, że właśnie teraz powinienem zacząć ich spisywanie, bo potem może być za późno z racji postępującej sklerozy. „Mieszkańcy mojej pamięci” i „Okna pełne nadziei” już nie wystarczają. Zatem zanurzam się w swe dzieciństwo i wygrzebuję zeń różne osobliwości oraz wyciskam z pamięci pierwsze zaskoczenia, zdumienia i lęki.

A bałem się wszystkiego od zawsze. Najbardziej tego, że nie podołam kolejnym zadaniom. I to zostało mi do dziś. Aż dziw bierze, że pokończyłem studia, napisałem setki artykułów, sporządziłem kilkadziesiąt reportaży, przeprowadziłem dziesiątki wywiadów, wyredagowałem już sam nie wiem, ile tekstów i wyreżyserowałem osiemnaście przedstawień. Nie wydaje mi się to możliwe, kiedy o tym myślę, ale przecież tak było. Nigdy nie obchodziłem żadnego jubileuszu. Nawet 500 a potem 600 odcinek „Kartek” przeszedł bez medialnego echa, nie mówiąc już o wykładach o historii teatru polskiego i o polskich poetkach i pisarkach, których nawet „Kurier” nie zauważył. Snadź jestem potrzebny jako ten, który pisze i mówi o innych. Owszem, doceniam to, bo lubię użyteczną robotę, zwłaszcza w odniesieniu do osób, które na to zasługują.

$

Następnego dnia, w niedzielę, oblatuję znajome parki, ogrody i ogródki, sprawdzając, co zmieniło się w nich w sezonie zimowym i jakie straty spowodowały w nich kolejne wichury. Nurzam się w świeżej zieleni i w świeżych barwach, wąchając rozkwitłe krzewy, kwiaty i zioła. Czuję zapach ziemi odradzającej się do pełnego życia w sezonie wiosenno-letnim. Zieleń jest tak soczysta i intensywna, że moje oczy stały się jeszcze bardziej zielone, co dostrzegłem w lustrze wystawowym jednej z kawiarń. Zdumiewające. Odmładzające. Choćby na chwilę.

$

Po moim wykładzie o Michale Elwiro Andriollim i stworzonym przez niego stylu świdermajer podszedł do mnie jeden ze słuchaczy i zapytał, czy tęsknię za czymś, zapamiętanym z podwarszawskiego Świdra, w którym się wychowałem. Odpowiedziałem, że za żywicznym powietrzem i urozmaiconymi brzegami rzeki Świder. Potem sam zacząłem się zastanawiać, czy jeszcze za czymś. I poczułem, że tęsknię za otwartą przestrzenią, która nie przytłacza, za domem, z którego wychodzi się do ogrodu z jednej strony a na rozległą polanę z drugiej, a także za ledwie słyszalnym szmerkiem owej rzeki i jej zapachem. Podejrzewam też, że przejawem tęsknoty jest moje zamiłowanie do drewnianego budownictwa z werandami i tarasami. Mam wiele książek o drewnianej architekturze i takichże zabytkach. W Stanach zawsze przystaję przy domach z werandami, nie wyłączając tych na Greenpoincie.

$

Ten nasz Mariusz Kwiecień to talent szczerozłoty. Przekonałem się o tym ponownie słuchając go i podziwiając na scenie Metropolitan Opera w „Don Giovannim” Mozarta. Jest teraz bardziej męski i dojrzalszy niż parę lat temu, kiedy go widziałem w tej roli po raz pierwszy. Jest właściwie modelowym Don Giovannim, świadomym siebie i swej gry z Niebem. Urokliwym, uwodzicielskim, dynamicznym, skrzącym się inteligencją. Jego baryton brzmi wspaniale, popisowe arie wykonuje cudownie. Istny skarb. Lubię go nie tylko za artyzm, ale za wspaniałe poczucie humoru, także na własny temat.

$

Z profesor Grażyną Drabik oglądam w Teatrze Belasco „Szklaną menażerię” Tennessee Williamsa. Grana jest znakomicie przez wszystkich czterech wykonawców: Joe’a Mantello (Tom i zarazem Narrator), Sally Field (Amanda), Madison Ferris (Laura) i Finna Wittrocka (Jim). Pierwszej trójce udało się pokazać, iż grani przez nich bohaterowie są ofiarami niesprawiedliwego losu, którego nie mogą przewalczyć, zwłaszcza Laura, która z powodu straszliwego kalectwa nie może chodzić ani sprawnie się poruszać. Cała trójka opuszczona przez męża i ojca, nie umie odnaleźć się w realnym świecie i nie radzi sobie z codziennym życiem. Tom chce być poetą i pogrąża się w marzeniach, Amanda zanurzona jest we wspomnieniach z młodości, kiedy podobała się mężczyznom, a Laura zamyka się przed światem, żyjąc głównie kolekcjonowaniem szklanych zwierząt. Jim zaś jest uosobieniem młodzieńczej sprawności i witalności, ale i on zaznaje goryczy już na samym progu dorosłego życia. Reżyser Sam Gold wzbogacił akcję, opartą głównie na gęstych dialogach, sytuacjami wzmagającymi dramatyzm sztuki i rozwiązaniami wzbogacającymi każdą z postaci. Kulminacyjna scena między Laurą a Jimem grana jest niemal w ciemności, przy pięciu zaledwie świecach w kandelabrze, co było nie lada wyzwaniem dla aktorów. Tworzywem podstawowym jest tu zatem rozmowa. Prowadzą ją bardzo pięknie. Ożyła w niej i zarazem zagasła nadzieja Laury na to, że Jim odwzajemni jej uczucie. Spektakl grany jest na olbrzymiej czarnej scenie w minimalistycznej scenografii, którą zaprojektował Andrew Lieberman, kostiumy są dziełem naszego rodaka Wojciecha Dziedzica. Od młodości mam przedziwną słabość do Williamsa, zwłaszcza do „Kotki na gorącym blaszanym dachu” i „Nocy iguany”. Nadzieje bohaterów jego dramatów na odmianę losu i ich rozważania o życiu przypominają jako żywo dylematy postaci z dramatów Czechowa.

$

Baron Tuzenbach w „Trzech siostrach” tegoż Czechowa „Cóż! Wkrótce ludzie będą latali balonami, zmieni się krój marynarek, może odnajdą szósty zmysł i nawet go rozwiną, ale życie będzie wciąż takie samo: trudne, pełne tajemnic, szczęśliwe i nieszczęśliwe. I za tysiąc lat człowiek też będzie wzdychał: >Ach, jak ciężko żyć!< i tak samo jak dziś będzie się bał i będzie nienawidził śmierci”.

$

Niekiedy wydaje mi się, że jestem mieszaniną Barona Tuzenbacha z doktorem Astrowem z „Wujaszka Wani”, niekiedy zaś, że jestem samym Wujaszkiem Wanią.

$

Najlepszą Arkadiną, jaką widziałem na scenie w „Czajce” Czechowa była… Meryl Streep. Fenomenalna po prostu. Była również największą Matką Courage, jaką widziałem w życiu. To nie tylko aktorka, to cała orkiestra. Dodam, że w tych dwóch rolach widziałem w teatrze największe aktorki polskie i europejskie.

$

W pełni podzielam obawy polskiego Episkopatu związane z niebezpieczeństwem, jakie niesie nacjonalizm. Czterema kończynami podpisuję się pod ostatnim komunikatem w tej sprawie wydanym przez biskupów.

Andrzej Józef Dąbrowski