W wielkiej dzisiaj jest w modzie narzekanie na technologię jako sprawczynię zła na świecie, jak: broń chemiczna, potencjalnie śmiercionośne elektrownie atomowe, smog w Pekinie i global warming, ludzka samotność spowodowana przez Internet i przyjaźnie na Facebooku zamiast spotkań w cztery oczy. Cóż z tych wszystkich innowacji skoro i tak są wojny a ludzie ciężko pracują na utrzymanie i nie wydają się szczęśliwsi.

Gdy idzie o stosunek do techniki, widać podział na kobiety i mężczyzn. Mało jest wśród pań fascynatek gadżetów, nowych kamer i motocykli; jeszcze mniej zajmuje się tym zawodowo. Mężczyźni, wiadomo: duże dzieci wydające bez sensu pieniądze na kolejny model niewiele lepszy od poprzedniego. Panowie zajęci zabawkami nie dostrzegają rzeczy ważniejszych i wiecznych, jak miłość, rodzina, wychowanie dzieci. Kobiety skupiają się na sprawach emocjonalnych i witalnych, mężczyźni – na parametrach nowego modelu.

Być może ulega to zmianie. Wśród najmłodszych Amerykanów i Europejczyków panuje moda na odrzucanie pewnych elementów postępu, jak własnego samochodu. Millennials jeżdżą na rowerach, hulajnogach i innych dziwnych wehikułach. Nie posiadają irracjonalnej, trwającej od dzieciństwa fascynacji samochodami, którą odznaczało się moje pokolenie. Nie mają nic przeciwko temu, aby z punktu A do punktu B zawiózł ich Uber a w przyszłości – autonomiczny, wspólnie posiadany pojazd.

Postęp techniczny spowodował, paradoksalnie, unicestwienie wielu sztandarowych i zyskownych produktów. Kiedyś ludzie (czy raczej: mężczyźni) marzyli o posiadaniu, kupowali i wymieniali na nowsze: samochody, telewizory, magnetowidy, gramofony, magnetofony, wzmacniacze, głośniki, zegarki, kompasy, latarki, alarmy i dodatkowe reflektory do samochodów, aparaty, obiektywy, statywy, przeróżne baterie, futerały i smary.

Na to zapotrzebowania wkrótce nie będzie. Wszystkie czynności spełni poręczna sztabka smartfona. Wnet i same telefony przestaną nas fascynować, skoro wyglądają podobnie i tak samo działają. Tak więc ubędzie nam technologicznego śmiecia, mniej będzie niepotrzebnych obiektów westchnień.

Czy oznacza to, że mniej będzie technologii w życiu? Będzie jej więcej – ale to dobra rzecz. Pisząc w kawiarni mogę sprawdzać pisownię (moja polszczyzna już nie taka), miejsce na mapie, znaczenie słowa. Pisze się łatwiej i przyjemniej, a korzysta na tym i czytelnik. Obok leży telefon, na którym zaraz coś sprawdzę – aplikacja Jakdojadę podaje co do minuty opcje dojazdu komunikacją miejską w dowolne miejsce.

Na spotkania podróżnicze w kawiarni ludzie zapisują się za pośrednictwem Facebooka. Wszystko wiadomo: kiedy i gdzie, ile osób przyjdzie, jak się nazywają. Prelegenci podają najważniejsze dla podróżników infomacje: gdzie działa Internet i jakie są telefoniczne aplikacje (ostatnio mówiono o Iranie, gdzie Internet jest cenzurowany).

Dzięki technologii życie staje się łatwiejsze i przyjemniejsze. Wojna nuklearna pozostaje tylko straszakiem, elektrownie atomowe są dobrze zabezpieczone. Zabrzmi to okrutnie ale skoro już muszą być wojny (a muszą, gdyż leży to w naturze ludzkiej), niech nasz żołnierz nie cierpi ran zadanych mieczem i bagnetem. Niech już raczej wystrzeli zdalnie sterowany, inteligentny pocisk.

Kiedyś wiara w postęp łączyła się w jedno z wiarą w ludzkość, w lepsze życie na Ziemi. Dziś przeważa defetyzm, jakiś nie wiadomo skąd biorący się pogląd, że żyjemy w strasznych i szczególnie niebezpiecznych czasach. Czy ryzyko wojen wynika z postępu technologii? Nie. Czy coraz większe rozwarstwienie społeczeństw jest rezultatem nowinek technicznych? Również nie.

Należy więc wierzyć, że postęp sam w sobie jest dobry, że prowadzi do rozwiązań tańszych, oszczędniejszych, bardziej eleganckich. Tam nie ma emocji: naukowiec pracuje nad tym, aby akumulator miał coraz większą pojemność, był coraz mniejszy i tańszy w produkcji. Czasem postęp spowolnią siły rynkowe, ale na dłuższą metę wygrywa rozwiązanie lepsze i tańsze.

Czytajcie uważnie doniesienia z frontu technologicznego. To kopalnia samych dobrych wiadomości! Ktoś opatentował nowe, dużo mniejsze i efektywniejsze baterie. Gdyby to była prawda, a kiedyś będzie, oznaczać to będzie elektryczne samochody o wielkim zasięgu i umiarkowanej cenie. Przy okazji rozwiążemy problem smogu i globalnego ocieplenia. Nowe baterie słoneczne, efektywne wiatraki, tańsze odsalarnie wody morskiej są kwestią czasu. W ciągu dekady lub dwóch Chiny – gdy ich autorytarne władze tak postanowią – z zakopconego, niszczącego klimat ziemi monstera przerodzą się w pioniera technologii, gdzie bezszelestnie poruszać się będą elektryczne i szybkie pociągi.

W zanadrzu mamy projekty jeszcze szybszych pociągów i samolotów oraz nowych materiałów – lżejszych, mocniejszych i mniej niszczących dla środowiska, niż plastiki czy metal. Potrzeba matką wynalazków, będzie więc dobrze!

Będziemy mieli wieżowce wysokie na kilometr, co rozwiąże problem zagęszczenia miast. Nie chciałbyś, Czytelniku, mieszkać tak wysoko? To co z Ciebie za nowojorczyk?!

Widziałem – nierealny, zbyt śmiały, niemniej dający do myślenia – projekt upchania całej ludzkości w ogromnym sześcianie, który zająłby raptem część Manhattanu ale pomieścił całą ludzkość świata. Przerażający pomysł, prawda? Życie w więzieniu, w kubiku, bez dostępu do przyrody, bez ulic, skwerów, sąsiadów … ale chwileczkę. Mój nowojorski budynek ma 42 piętra, też mieszkamy w klimatyzowanych kubikach, jeździmy windami do gymu i pralni. Planowany gigant byłby jak ogromny mall, gdzie byłyby sklepy, szkoły, świątynie, teatry, boiska, a sztuczne projekcje na ścianach tworzyły złudzenie przestrzeni. Tak czy inaczej, to byłoby tylko mieszkanie. A co byłoby na zewnątrz? Skoro wszyscy mieszkaliby w kubiku, niezamieszkała byłaby CAŁA RESZTA ZIEMI. Mielibyśmy nieskażone lasy i jeziora, niezagrożoną florę i faunę, idealny klimat.

Pomysł to w sumie niepraktyczny, drogi i idealistyczny (Palestyńczycy i Żydzi oraz polscy narodowcy i lewacy jako sąsiedzi!) ale pokazuje, że ludzkość niekoniecznie czekają złe czasy. Trzeba być tylko otwartym w myśleniu – i wierzyć w postęp. Gdyż ludzkiej natury i uczuć nie zmienimy.

Jan Latus