Pomylony maj. W niedzielę brodzę w oceanie. Woda jeszcze zimna, ale pierwsi śmiałkowie zanurzają się do kolan. Albo do ogona. Jak w przypadku czarnego psa. Który macha sobie na wszystko. Wyraźnie szczęśliwy, że mimo tabliczek z zakazem wstępu może nurzać się w toni i baraszkować w nagrzanym piasku. Plaża dla psów? – myślę Koterskim. Bo scena z Miauczyńskim szukającym odosobnienia nad Bałtykiem prześladuje mnie od kilku dni. Na Long Island miałby pod dostatkiem dzikich plaż. Bez gwarnych kafejek przy molo. I bez molo. Turystów. Sprzedawców pamiątek. I wszystkiego czym bywają polskie kurorty w sezonie. I po. Wystarczy wyjechać z miasta. Przejść przez czyściec weekendowych korków. By znaleźć raj utracony. Gdzie jastrząb wzbija się do lotu. Łabędzie łączą w pary na całe życie. A oglądane ze skarpy złote łachy udają śródziemnomorskie zakątki.

W środę przykrywam się pledem. Kawałkiem owczej skóry. Dwoma swetrami. I poważnie rozważam założenie rękawiczek. Kot przyjmuje pozę kury wysiadującej. Zwija łapy pod siebie i stroszy futro. Marzniemy. Po zachodzie słońca budynek stygnie. Pospiesznie zamykamy okna. Przylegamy do siebie w poszukiwaniu ciepła. Z czeluści szafy wyciągam koc elektryczny, który przed laty dostałam w prezencie. Początkowo nie doceniłam gestu, przyznaję. Kręciłam nosem. Że mało romantyczny. Raczej geriatryczny. Że jeszcze za wcześnie. Na termofor. Barchany. I szlafmycę. Ale szybko się okazało, że nic tak nie pomaga na wieczną zmarzlinę, jak podgrzewana derka. Cecyl był podobnego zdania. Mhhhuuuu jęknął. I położył się obok. Najpierw grzecznie, zwinął w kulkę, zajmując niewiele miejsca. Po kwadransie zrobił szczupaka, czyli rozciągnął w poprzek odsłaniając biały brzuch. Śniły mu się gorące piaski. Złote rybki. I plaże. Bez psów.

*

Angielskie domy często są nieogrzewane. Dowiaduję się z lektury „Angoli” Ewy Winnickiej. Wielka Brytania opowiadana przez polskich emigrantów wydaje się zaskakująco obca i właśnie zimna. Naderszała. Trudno oderwać się od historii, którymi bohaterowie hojnie dzielą się z reporterką. Ponad trzydzieści świadectw. Sukcesu i upadku. Właściwie niczego pomiędzy. Choć pewnie w tym „pomiędzy” leży tzw. prawda. O „najeźdźcach” z Polski. Którzy „kolonizują” (jak pisze brytyjska prasa) małe, angielskie miasteczka. I dlatego Wielka Brytania nie chce być już dalej w Unii. Wypisuje się. Dziękuje za współpracę. Jak żyć po Brexitcie? Czy powstanie kolejna książka o Polakach mieszkających między tymi, którzy ich nie chcą i mówią o tym coraz głośniej?

Różnice kulturowe. Bariera językowa. Praca poniżej kwalifikacji. Często ponad siły. Inny świat, do którego część emigrantów – zdawałoby się – nie ma dostępu. Inne zwyczaje. Oschłość, dystans Anglików. Permanentne poczucie obcości. Nieprzystawania.

Jeden z bohaterów „Angoli” z żyłką do interesów otwiera Zakład Pogrzebowy. „Ponad połowa moich klientów to samobójcy. Młodzi mężczyźni, dwadzieścia pięć i trzydzieści pięć lat”- mówi 41-letni Jacek. „Wielu Polaków cierpi na samotność. Związki krajowe się rozpadają, nowe są nietrwałe”- dodaje. „Człowiek przyjeżdża do pracy w Anglii nieprzygotowany, żyje z dnia na dzień. A jeśli traci pracę, to nie może zapłacić za wynajem mieszkania. Jak nie zapłaci za dwa tygodnie, to musi się wyprowadzić na bruk. Jeśli nie ma żelaznej rezerwy, żeby przeżyć miesiąc i znaleźć pracę, to zostaje bezdomnym. Wstydzi się wrócić do Polski, dostaje depresji. I targa się na życie”- wyjaśnia.

Kilka pierwszych relacji dotyczy osób, którym się powiodło. Romek robi zawrotną karierę w City, Andrzej skończył elitarną szkołę i aspiruje do lepszego życia, Dorota jest wziętym lekarzem, Maria kobietą sukcesu, choć „zawiodło ją życie towarzyskie”. Jednak to historie życiowych porażek są najbardziej spektakularne. Można współczuć. Niedowierzać. Załamywać ręce. Marcin „był profesjonalistą w branży reklamowej, jeździł drogim samochodem” a teraz pracuje w sortowni śmieci. „Zarządzają nami Albańczycy. Twarde skurwysyny”- relacjonuje. „Polacy zagryzają się wzajemnie, żeby tylko dostać się do taśmy. Przykład: zajumasz rękawice albo kask koledze z pracy i kolega nie ma w czym sortować. Odpada. Zajumasz mu pięć funtów, to się wieczorem wkurwi, nawali cydrem, zaśpi i nie wstanie na szychtę. Odpada. Jak mu nie zaszkodzisz, to już mu pomożesz i wtedy sam nie masz roboty. Pomaganie innemu oznacza, że jesteś ciotą”- podsumowuje. Dalej jest już tylko gorzej. Straszniej. Smutniej. I nie do wiary. Szukam w pamięci najtragiczniejszych historii usłyszanych wśród nowojorskiej Polonii i nie znajduję niczego, co mogłoby się równać z opowieściami z Wysp. Nie czytałam nigdy o przypadkach bicia dzieci w amerykańskich szkołach przez gangi rówieśników, tylko dlatego, że mówią z polskim akcentem. Ani o mobbingu w legalnej pracy (w nielegalnej właściwie też rzadko). O poniżaniu, niewolniczych warunkach, horrendalnych problemach mieszkaniowych, aktach przemocy na tle rasistowskim. Zastanawiam się, czy miałam tyle szczęścia, czy po prostu Ameryka jest zupełnie inna? A może to prawda, że żyjemy w świecie uprzywilejowanych (wykształconych, mówiących w obcym języku). I nawet jeśli – często bez legalnego statusu – to jednak na zupełnie innych warunkach, niż „imigrant ekonomiczny” wywieziony do fabryki mięsa znajdującej się w niewielkim, ksenofobicznym miasteczku w północnej Anglii. Zostawiony sam sobie. Bez języka, rodziny, wsparcia. Bez wyjścia.

Podobno Ewa Winnicka zbiera materiały do książki o nowojorskiej Polonii. Ciekawe, czy będzie równie sensacyjna. (?)

Weronika Kwiatkowska