Czy Latus zwariował? Gdzie życie może być łatwiejsze niż w Ameryce? A już zwłaszcza w Polsce, gdzie wszystko jest mordęgą?

Na początek rozprawmy się z mitem łatwego życia w USA. Jest to mit stary, który kiedyś był prawdą. To właśnie w Stanach Zjednoczonych wymyślono lub rozpowszechniły się urządzenia i usługi, które kapitalnie ułatwiły życie: samochód dla każdego, mało tego: samochód z automatyczną skrzynią biegów, klimatyzacją i innymi wygodami. Sieć autostrad. Klimatyzacja w urzędach, hotelach i prywatnych domach. Pralki automatyczne, zmywarki do naczyń, kuchenki mikrofalowe, lodówki wyrabiające kostki lodu, miksery, tostery i inne kuchenne bajery. Centralny odkurzacz, sypialnia i łazienka dla każdego członka rodziny. Telefon w każdym domu i automaty na ulicach.

Wymyślano ciągle to nowe udogodnienia. Obiady telewizyjne, czyli porcjowane posiłki tylko do odgrzania podczas oglądania telewizji. Pilot do telewizora, żeby nie trzeba było wstawać z kanapy.

Wymyślano też coraz to nowe usługi. Ameryka słynęła z tego, że wszystko można było kupić także w niedzielę, i że wszystko mogło być dostarczone do domu. Przywożono pizzę, rzucano pod próg gazetę, dostarczano meble i dywany i instalowano je na życzenie.

Wypracowano też wielką grzeczność, wręcz uniżoność wobec klienta, który ma zawsze rację i który może bez problemu towary i usługi reklamować, zmieniać, zwracać.

Te usługi i towary oraz sposób traktowania klienta ciągle są w Ameryce obecne (choć niektórzy narzekają, że standard obsługi się obniżył). Problem w tym, że dostępne są już w wielu innych krajach. Poziomy zrównuje technologia. W krajach Trzeciego Świata młodzi ludzie mają smartfony i mogą zamawiać sobie Ubera i sportowe buty. Niegdysiejsze luksusy, jak telewizor, lodówka, klimatyzacja stały się relatywnie dostępne, dzięki masówce produkowanej w Chinach i Korei. Samochodów przybywają co roku miliony, buduje się autostrady, przywozi pod domy pizzę.

Łatwość egzystencji w Ameryce była porównywana z – istotnie uciążliwym – życiem w PRL-u, gdzie towary były niedostępne, marnej jakości, do wystania w kolejkach lub na zapisy. Z powodu przewagi popytu nad podażą oraz generalnego tumiwisizmu gospodarki socjalistycznej, obsługa klienta była niegrzeczna, na pograniczu chamstwa.

W Polsce w 2017 roku można zamówić pizzę telefonicznie lub używając aplikacji na telefonie, przywożą do domu i instalują telewizory i meble, buduje się, wolno ale jednak, autostrady, unowocześnia lotniska; w sieciowych barach (w tym amerykańskim McDonaldsie) kupi się łatwe do pogryzienia hamburgery. No i oczywiście każdy telewizor posiada pilota.

W Ameryce w międzyczasie nie wynaleziono przedmiotów i usług, których gdzie indziej nie potrafiono by wyprodukować – albo ludzi nie było na nie stać. W latach 50. i 60. przewaga USA nad resztą świata, nawet Szwajcarią i Szwecją, gdy idzie o standard i wygodę życia, była ogromna. Dziś wszyscy mamy te same gadżety; nawet obsługa klienta, dzięki zunifikowanym wymogom międzynarodowych korporacji, bywa porównywalna.

Dlaczego napisałem, że w Polsce żyje się łatwiej niż w Ameryce? Jest to moje subiektywne odczucie, i jeszcze paru osób które powróciły z USA. Przede wszystkim chodzi o psychikę. W Stanach, w ogóle na emigracji, świadomie czy nie, w każdej sekundzie życia pokonujemy opór materii: obcego języka, innego klimatu, obcości kulturowej, także kompleksów niższości, potrzeby udowadniania w grupie np. amerykańskich kolegów z pracy i uczelni, swojej wartości. Słowem, żyjemy na nieustannym sprężu.

W Polsce niczego nie musimy, zwłaszcza na starość, udowadniać. Nie musimy pilnować akcentu, szukać słów. Nie mamy kompleksów niższości wobec nikogo, czy jest to kolega w pracy czy poseł (azwłaszcza poseł). Jeśli już, to czujemy się lepsi, jakbyśmy więcej przeżyli w życiu, więcej zrozumieli, niż te nieobyte dzieciaki tu urodzone.

Gdy nie ma barier języka i obcości, raptem czujemy się jakbyśmy wyjęli aparacik korekcyjny z ust, przestali wchodzić pod górę, zdjęli ze stóp buty na wysokich obcasach (zwierzyłem się ze swojego wstydliwego sekretu).

Nie filozofujmy jednak. Łatwiej żyje się w Polsce, ponieważ to jest Europa. Odległości są mniejsze, komunikacja publiczna nowoczesna i dobrze rozwinięta. Miasta są bardziej kompaktowe, przyjazne spacerowiczom i rowerom. Jest generalnie ciszej, czyściej, spokojniej. Ta cisza bywa drażniąca, zbyt uporczywa – pisałem już o tym – ale zapewne uspokaja system nerwowy, który w Nowym Jorku pracował na najwyższym stopniu pobudzenia.

Ludzie mieszkający w Warszawie w wyciszonych mieszkaniach (cegła i beton!), metrem w ciągu kwadransa mogą znaleźć się w centrum stolicy. Zakupy zrobią w małych sklepikach koło domu. Nawet dzieci mają bliżej: do przedszkola, szkoły, na zajęcia fakultatywne.

Urokiem – ale i niedogodnością – Ameryki są wielkie przestrzenie. Trzeba jechać autostradą żeby dokupić mleko. Musi się strasznie kombinować, żeby się upić a potem bezpiecznie i legalnie wrócić do domu. Amerykanie pracują długo a potem – ponieważ przenieśli się na przedmieścia do własnych domów – spędzają kolejne godziny na autostradzie. To wszystko kosztuje: kupno i utrzymanie kilku samochodów, wożenie dzieci do szkoły i na mecze. W Nowym Jorku wykańczają nas zaś korki, długie dojazdy zatłoczonym metrem, tempo i napięcie życia.

A w Polsce, jak to w Polsce: lelum polelum, święta państwowe i kościelne, długie wakacje, sklep z bułkami i kiosk dwieście metrów od domu, a szkoła i kościół – czterysta.

Zarobki są tu niższe, o pracę trudno, biurokracja utrudnia prowadzenie biznesu, a życie polityczne potrafi zszargać nerwy. Ale tak poza tym – jak mówią mi inni powracający – żyje tu się spokojniej, łatwiej, zwłaszcza na starość.

Jeśli jednak ktoś przyjechał z Ameryki i nie jest stary, albo taki się nie chce poczuć, może mieć problem. Ja na przykład mam.

Jan Latus