Znam już wszystkie bezdomne koty w okolicy. Nadaję im imiona. Robię zdjęcia. Kiedy podchodzą pod okna. Nawołują. Ukradkiem rzucam mięsem. Bo mam zakaz. Dokarmiania kolejnych sztuk. Dwa okazy robią wystarczająco duże spustoszenie w ogródku. Przewracają doniczki. Kopią doły. Pod osłoną nocy tuszujemy ślady. Ale rano są nowe. Żyjemy w strachu. Przed wizytą właścicieli; wściekłością zażywnej staruszki, która najchętniej wytrułaby wszystkie bezpańskie. Bo kotów nie lubi. I sobie nie życzy. Małżonek ma więcej serca. Ale mniej do powiedzenia. Od niedawna gorzej się czuje. Zapomina. Nie rozpoznaje. Trzęsą mu się ręce. Ostatnio spotkałam go w sieni. Wpatrywał się bezradnie w skrzynkę na listy. Próbując przypomnieć sobie, pod którym numerem mieszka lokator, z którym chciał porozmawiać. Wskazałam odpowiedni przycisk. Uśmiechnął się łobuzersko. Jak mały chłopiec, który nie uważał na lekcji. Przestraszyłam się. Spojrzenia spoza kadru. Nieudawanego rozbawienia własną nieporadnością.

Wieczorem na parapet wskoczył Gandalf. Stary, chory kot. Z sierścią jak po promieniowaniu radioaktywnym. Z zaropiałym okiem. Przerzedzonymi wibrysami. Zbliżyłam się do szyby. Nie uciekł. Patrzył jak właściciel domu. Wzrokiem nie stąd. Przypomniał sen, który miałam po śmierci bliskiej osoby. Kilka dni wcześniej była w naszym mieszkaniu. Uśmiechała się. Piła wino. Tańczyła. Robiła plany. I nagle telefon z Polski. I wiadomość, która wydawała się kompletnie niezrozumiała. Dopóki nie powtórzyliśmy jej kilka razy. Na głos. Tamtej nocy zobaczyłam ją przez szybę. W pomniejszeniu. W zielonej sukience. Lewitowała. Na tle ściany należącej do budynku obok. Jak tam jest? –zapytałam. Bo nie wiedziałam co powiedzieć. Osobie, która jeszcze przed chwilą była żywa. To nie tam. To tu – powiedziała. I uśmiechnęła się łagodnie. Pamiętam spokój i poczucie bezpieczeństwa, które pochodziły ze świadomości, że wszystko jest jedną i tą samą przestrzenią. Że nie ma żadnego groźnego, nieprzeniknionego tam. Jest tylko tu. I teraz.

Jakiś czas później w ogródku pojawiła się kotka. Kiedy spojrzała bursztynowymi oczami, zapytałam czy wie, co słychać u zmarłej. Odpowiedziała krótkim miauknięciem. Że wszystko dobrze.

*

Majowe słoneczne popołudnia nie konweniują z tematem przemijania. Ale tak się składa, że czytam o śmierci. „Fantom bólu” Hanny Krall (zbiór reportaży o Zagładzie) i świetną książkę Marcina Wichy „Rzeczy których nie wyrzuciłem”. „W czwartej klasie mieliśmy zadanie: „Opisz swoją matkę”, a raczej „mamę”, bo szkoła lubowała się w zdrobnieniach. Boże, odpuść mi, bo napisałem: „Moja matka ma ciemne włosy i jest raczej tęga”. Dzieci mają inne pojęcie na temat miar i wag. Pani od polskiego ważyła sto kilo i podkreśliła zwrot „raczej tęga”. Przycisnęła długopis z taką siłą, że przepiłowała papier. Na marginesie wyryła słowa: „Nie powiedziałabym”. Matka rzadko zgadzała się z systemem edukacji, ale wtedy była zadowolona”- pisze autor. Porządkuje rzeczy zmarłej. I wspomina. „Kiedyś myślałem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić. Dopiero martwych ludzi mamy na własność, zredukowanych do jakiegoś obrazka czy kilku zdań”. I przywołuje zapamiętane sceny. Wyławia artefakty przeszłości przyglądając im się z czułością. Wieczne pióro z zielonym atramentem. Jednorazowe długopisy. Książki kucharskie z poplamionymi stronami. Notatki. Adresy. Telefony. „Rzeczy, których nikt nie dotyka, stają się matowe. Blakną. Meandry rzeki, trzęsawiska, muł. Szuflady wypełnione ładowarkami od starych telefonów, zepsutymi piórami, wizytówkami sklepów. Stare gazety. Zepsuty termometr. Wyciskacz do czosnku, tarka i to, jak to się nazywa, śmialiśmy się z tego słowa, tyle razy się powtarzało w przepisach, mątewka. Mątewka. Przedmioty już wiedziały. Czuły, że będą przesuwane. Przekładane w niewłaściwe miejsca. Dotykane cudzymi rękami. Będą się kurzyć. Będą się rozbijać. Pękać. Łamać pod obcym dotykiem. […] Ale szykowały się do walki. Zamierzały stawić opór. Moja matka szykowała się do walki. – Co z tym wszystkim zrobisz? Wiele osób stawia to pytanie. Nie znikniemy bez śladu. A nawet jak znikniemy, to zostaną nasze rzeczy, zakurzone barykady”.

Rozpoznaję historię o luksusowym odkurzaczu, który matka Autora kupiła, choć nie było ją na to stać. Podobnie moja teściowa. Przez lata – w ramach anegdoty – powtarzała: w życiu żałuję tylko dwóch rzeczy, że kupiłam odkurzacz Rainbow na raty i wyszłam drugi raz za mąż. „Odkurzacz kosztował majątek”- pisze Wicha. „Nie sprzedawali go w sklepach. Odkurzacz miał swoich wyznawców, którzy jak świadkowie Jehowy krążyli po domach. Jakieś panie w średnim wieku – byłe urzędniczki lub nauczycielki – porzucały wcześniejsze zajęcia. Szły za głosem wiary. Głosiły odkurzacz”. Wybierały potencjalną ofiarę. Zarzucały sieć. Podczas prezentacji w domu klientki zamieniały wodę w żyburę, ku przerażeniu gospodyni, która przecież wysprzątała dokładnie każdy kąt. („Przerazić to znaczy przekonać – przypominał poeta”). Horrendalnie drogi sprzęt odbijał się comiesięczną czkawką. Raty przychodziły regularnie. Przez kilkanaście lat. Odkurzacz przeżył właścicielkę. Dzisiaj używa go córka. Skrupulatnie, powtarzając zapamiętane ruchy, pozbywa się drobinek kurzu z rodzinnego domu. Może myśli wtedy o zmarłej? I uśmiecha na wspomnienie złorzeczeń wygłaszanych pod adresem „czarnego, beczułkowatego elektroluksu, który potrafi wysysać pył z powietrza”.

Weronika Kwiatkowska