Chyba godzinę zajmie mi pisanie tego felietonu, choć należałoby odjąć zamawianie kawy i rozmowy z kelnerkami. Tekst ten powstaje szybko, można być więc zakwestionować jego jakość. Co nagle, to po diable przecież. Muszę jednak wracać do domowych obowiązków, co powoduje mobilizację i spręż.
Czy gdybym spędził nad tym tekstem pięć godzin, byłby lepszy? Może. A dwa dni? Może jeszcze lepszy ale tylko troszeńkę. Większy wkład pracy skutkowałby coraz mniejszymi zyskami w jakości (ale ciągle tym samym zyskiem liczonym w dolarach).

Ile trzeba wkładać wysiłku w pisanie albo fotografowanie? Paderewski powiedział, że sukces pianisty to w 90 procentach praca, w pięciu szczęście i w ostatnich pięciu – talent. Ale wielu znawców kwestionowało naturalny talent Paderewskiego; w jego przypadku długie ćwiczenia były warunkiem osiągnięcia mistrzostwa. Byli też pianiści, by trzymać się tego tematu, którzy prawie nie ćwiczyli, bo posiadali nadludzką łatwość czytania nut, zapamiętywania utworu, biegłość palców na klawiaturze. Taki był Artur Rubinstein, Ervin Nyiregyhazi czy Josef Hoffman. Ale już inni geniusze klawiatury, jak Cyprien Katsaris i Światosław Richter, ćwiczyli po wiele godzin. Richter, bywało, nawet po koncercie, gdy był z niego niezadowolony!
Są ludzie, którzy wstają o piątej rano i codziennie, jak maszyna, piszą kolejny rozdział powieści. Przedtem starannie tworzą plan książki, strukturę, rozpisują wątki i głosy. Inni zaś machnęli coś w nocy, w jakimś alkoholowym amoku – i fru, nowelka nad ranem gotowa. Czasem można po stylu rozpoznać, czy jest to efekt długich przemyśleń i cyzelowania słów, czy całkowity spontan. Nie można jednak oceniać metody po rezultatach – nie ma tu żadnej reguły.

Trzeba uważać z tym kultem natchnienia i spontaniczności w sztuce. Posiadający silne ego pisarze (czyli wszyscy) źle reagują na uwagi korektorek czy redaktorek. Są to ich sojuszniczki przy tworzeniu arcydzieła ale zarazem – pozbawione talentu i fantazji belferki. Niemniej, piszący redaktora potrzebuje. Już tu w Polsce, przetłumaczyłem z angielskiego dwie książki, wydane w USA poradniki. Byłem mile zaskoczony skalą ingerencji redaktorek, ich pozytywnym wpływem na moją polszczyznę i wysoką wiedzą ogólną. Niestety, nie jest to regułą. Ukazują się też książki (najgorsze są te elektroniczne, wydane własnym sumptem), które żadnej korekty i redakcji nie widziały, dlatego żenują niskim poziomem, właśnie, edytorskim. Nie tylko w Polsce zresztą – przyjrzyjmy się niektórym domorosłym dziełom literackim na amazon.com.

Kontakt (tylko emailowy, takie czasy) z owymi redaktorkami dał mi do myślenia na temat jakości pracy Polaków. W modzie jest mówienie, jak to źle pracują (za granicą co innego – tam są tytanami w robocie). Ludzie dzielą się opowieściami o opieszałych kelnerach, brudnych wagonach PKP, niesolidnych pracownikach budowlanych. No nie wiem… robotnicy budowlami, jak to w całym świecie – nigdy nie wiadomo, czy zrobią rzeczy dobrze i na czas. Zresztą, dziś są często z Ukrainy. Podobnie pomoce domowe i kucharki. Znajoma (też wróciła z USA), która otworzyła pod Warszawą pizzerię skarżyła mi się, że sama – matka dzieciom – musi ślęczeć za ladą od rana do zamknięcia i przyrządzać potrawy, bo nie może znaleźć Polaka do pracy. Ma na razie do pomocy jedną Ukrainkę, z której jest zadowolona.

Bezrobocie jest w Polsce ostatnio niskie, co jest pochodną faktu, że rzeczeni budowlańcy i kucharze zarobią na Zachodzie Europy wielokrotnie więcej.

Odnoszę wrażenie, że – choć pensje są niskie – Polacy pracują dobrze. Dziewczyny w kawiarniach i sklepach, choć dostają za godzinę blisko płacy minimalnej, naprawdę się starają. To dla nich zarobek umożliwiający studia. Kierowcy autobusów są schludnie ubrani i sprawni za kółkiem. Taksówkarze dobrze znają miasto. Barmani nie mają amerykańskiej łatwości nawiązywania kontaktów, ale koktajl zrobią jak trzeba. Ma się poczucie, że gdzieś koło tych ekspedientek i urzędników są kamery albo łypie okiem szef.

Co to w ogóle jest ciężka praca? Najdłużej pracują Koreańczycy, Japończycy i Amerykanie. Francuzi – krótko. Wedle ostatnich badań, wydajność człowieka obniża się jednak tak bardzo pod koniec dnia, że inicjatywa Szwecji, by skrócić dzień pracy do sześciu godzin, ma sens. Po prostu ludzie do trzeciej po południu zrobią tyle samo, jak się sprężą, co gdyby siedzieli za biurkiem do piątej. Azjaci i Amerykanie z Wall Street często siedzą w kubikach na pokaz. W Azji nie wypada wyjść wcześniej niż szef, a gdy ten zaprosi po pracy do baru – nie można mu odmówić.

Reputację pracowitych i dokładnych mają Niemcy i Szwajcarzy, ale czy robotni są np. Tajowie? Dla mnie, turysty, były to pracowite mróweczki zamiatające korytarze hotelu. Ludzie pracujący tam w biurach czy na uczelniach narzekają jednak na pozorowanie pracy i niski poziom edukacji. Wiadomo, tropiki. W wielu krajach gorących ludzie nie mają bowiem siły, żeby pracować. Stąd sjesty we Włoszech, Grecji i Hiszpanii. Stąd mieszkańcy biednych Filipin i Burmy nigdy nie chodzą, bo za gorąco – biorą taksówkę lub rikszę.
Tak więc te felietony byłyby lepsze (czy raczej: jeszcze lepsze!) gdyby powstawały tylko w dziesięć minut, ale przy basenie hotelu w Azji Południowo-Wschodniej. Byłyby natomiast gorsze, gdybym mieszkał w bloku w Irkucku i miał nawet cały dzień na polerowanie stylu.

Pomaga też powtarzalność, wprawa, rutyna. Malcolm Gladwell napisał w książce „Outliers”, że kluczem do sukcesu jest nabycie wprawy. Ustalił nawet, że oznacza to wykonanie jakiejś czynności, pracy dziesięć tysięcy razy. Practice makes perfect. Wraz z nabyciem wprawy praca przychodzi z mniejszym wysiłkiem, staje się automatyczna, a nawet sprawia przyjemność. Tak więc Kambodżanka z uśmiechem sprząta pokoje, Tajka masuje, Hindus kelpie miski z blachy, a ja piszę. m

Jan Latus