„Dzisiaj podszedł do mnie facet i mówi: „Zbyszku, mam ślub w sobotę, do pierwszego tańca zagramy Z tobą chcę oglądać świat. I to jest jednak miłe. Albo jak 78-letnia pani oświadcza ci, że cię kocha. Ale najfajniej, jak podchodzi młody człowiek i mówi, że daję czadu. Bo wtedy okazuje się, że nawet mi te Chałupy tak bardzo nie zaszkodziły”- mówił w niedawnym wywiadzie Zbigniew Wodecki. Artysta został przywrócony światu przez rozkochany w jego muzyce zespół Mitch & Mitch, z którym w 2015 roku nagrał swoją debiutancką płytę „1976: A Space Odyssey”. Album zdobył Fryderyka za najlepszą płytę pop, a utwór Rzuć to wszystko co złe uznano piosenką roku. Na płycie znalazły się kawałki z płyty Wodeckiego sprzed 40 lat, tym razem zarejestrowane z udziałem 43-osobowej orkiestry. Media oszalały, fani zapomnieli Wodeckiemu Pszczółkę Maję, a sam artysta mówił: „Mnie, facetowi, który stoi nad grobem, pojawia się pod stopami nowa ścieżka. Mam własną karierę, mam swój program, który sprawdza się przy świecach i w „Lecie z Radiem”. Ale to może być zupełnie nowe otwarcie. Po raz pierwszy w życiu chętnie odpuściłbym te własne koncerty i na chwilę zajął się tylko tym. Kiedy te utwory komponowałem w domu przy fortepianie czy z gitarką, to od razu wyobrażałem sobie, jak one zabrzmią na koncertach”- opowiadał. Ostatnie dwa lata były dla muzyka bardzo intensywne. Dużo koncertował, rozmawiał z mediami, występował w telewizji. Zawsze w świetnym humorze, zdystansowany, dowcipny, energiczny. Uwielbiany- również przez młodą publiczność. Dlatego wiadomość o śmierci Artysty wstrząsnęła Polską. „W piątek 5 maja Zbigniew Wodecki przeszedł w Warszawie operację bypass-ów. Jeszcze w niedzielę czuł się dobrze i rozmawiał z bliskimi. Niespodziewanie 8 maja nad ranem doznał rozległego udaru mózgu. Mimo niezwykłej woli życia i staraniom lekarzy udar dokonał nieodwracalnych obrażeń. Odszedł od nas 22 maja w jednym z Warszawskich szpitali. Żona i dzieci byli przy nim. Zostanie pochowany w ukochanym Krakowie” – podano na oficjalnej stronie artysty. Zbigniew Wodecki miał 67 lat. Mówił o sobie, że jest „śpiewającym muzykiem”. „Tato był pierwszym trębaczem Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie. Mama była sopranem koloraturowym, a siostra wiolonczelistką i solistką operetki. No i byłem ja. Gdy miałem pięć lat, rodzice związali moje dzieciństwo ze skrzypcami. Miałem to szczęście albo i nieszczęście, że zewsząd otaczały mnie w tej dziedzinie autorytety takie jak np. Juliusz Weber” – mówił artysta. Starsza siostra Wodeckiego grała na wiolonczeli, była też aktorką operową i operetkową. W liceum Zbigniew Wodecki nie był prymusem. „Wagarowałem, nie przykładałem się do nauki. Powiedziano mi: „Powtarzasz Wodecki rok albo do widzenia”. Rodzice zdecydowali się na „do widzenia”. Z marszu trafiłem do zawodowej średniej szkoły muzycznej. I świetnie się stało. Poznałem tam między innymi Marka Grechutę, Ewę Demarczyk, wtedy już autorytety. Ruszyłem z miejsca” – wspominał. Pod koniec lat 60. był już związany z zespołem akompaniującym Ewie Demarczyk (do 1973 roku), z którym zjeździł kawałek świata. Koncertował we Francji, Belgii, RFN, Hiszpanii, Izraelu, był na Kubie i w Australii. Współpracował też z zespołem Anawa i nagrał z nim pierwszą płytę. Chałupy Welcome to, Zacznij od Bacha, Izolda, Lubię wracać tam gdzie byłem to tylko kilka z jego hitów, które weszły na stałe do historii polskiej piosenki.

„Żegnaj Zbyszku. Byłeś genialnym muzykiem i cudownym człowiekiem. Do zobaczenia po drugiej stronie…” – napisał Andrzej Piaseczny. A Robert Janowski pożegnał się z przyjacielem słowami jego piosenki: „Gdy dni wyblakną mi i powiem tak żegnaj mój świecie/ Podjedzie tu kierowca z mgły w niebieskim swym kabriolecie/ Ja sam dojadę tam gdzie czeka mnie ostatnia puenta/ Nie, nie dziś bo koncert mam a to rzecz święta…”

„Widzieliśmy się niedawno na mszy poświęconej Wojtkowi Młynarskiemu. Był w dobrej formie, pogodny. Mówiliśmy sobie z radością, że żyjemy i że trzeba cieszyć się każdym kolejnym dniem, cenić każdą chwilę, jaka została” – mówiła w rozmowie z PAP Magda Umer. Jak zaznaczyła, „Zbyszek był jednym z najpoważniejszych artystów, jakich poznała. Był też „królem życia” i takim zostanie”.

„Odszedł od nas wielki artysta i wspaniały człowiek”- powiedział Andrzej Grabowski, aktor. „Był uroczym, fantastycznym, uśmiechniętym człowiekiem, nigdy nie złośliwym, dowcipnym, niesamowicie prowadzącym swoje koncerty. Nigdy nie potrzebował konferansjera na koncertach, ponieważ sam nim był. I to niezmiernie dowcipnym, ludzie się śmiali podczas jego koncertów, słuchali tych jego fantastycznych wykonań piosenek, jego genialnej gry na skrzypcach. Słuchali, jak grał na trąbce, słuchali jego opowieści o sobie, o życiu, o dzieciństwie” – mówił.

„Straciliśmy człowieka wielkiego formatu. Ja go znałem przez kilkadziesiąt lat. Zapamiętam go jako człowieka zawsze życzliwego i uśmiechniętego […] zawsze chętnego do pomocy, nastawionego bardzo optymistycznie, nawet w trudnych warunkach, zawsze zdyscyplinowanego”- mówił Jan Kanty Pawluśkiewicz. „Oglądał świat z uśmiechem i wielu ludziom dostarczał ogromną radość jako artysta. Fenomenalnie radził sobie w szołbiznesie mimo radykalnych zmian estetycznych”- dodał. „Format artysty poznaje się wtedy, kiedy nie jest to efemeryda, a jego działalność artystyczna trwała kilkadziesiąt lat. Poznałem go jako 17-letniego chłopaka i urzekł mnie swoją serdecznością, swoim optymizmem i fenomenalną muzykalnością” – zauważył wybitny kompozytor.

Z kolei Zygmunt Konieczny tak wspomina przyjaciela: „Wszystko potrafił, miał bardzo szerokie emploi. To było jego największym talentem, że był w stanie śpiewać nawet takie piosenki jak Chałupy Welcome to – powiedział kompozytor. „Poznaliśmy się z Wodeckim w zespole Ewy Demarczyk, gdzie razem graliśmy. Zbyszek grał tam na skrzypcach, wspólnie wyjeżdżaliśmy za granicę. Jego talent był do końca wspaniały. Wodecki, niezmiennie, był gwiazdą. Do końca” – podkreślił Konieczny.

„Ryczę. Nawet jeśli nie wypada. Mało w życiu spotkałem tak fantastycznych ludzi. Najlepszy z najlepszych. Zawsze. Na całe szczęście doceniony, na miarę swojego gigantycznego talentu” – napisał na Facebooku dziennikarz Filip Chajzer.

Zbyszku, będziemy o Tobie pamiętać.

Weronika Kwiatkowska