Aż się wierzyć nie chce! Po długim okresie jesienio-zimy, kiedy to prawie nie było słońca, za to smog, a ostatni śnieg spadł w połowie kwietnia, akurat na Wielkanoc, żeby ludzi dobić, mamy w końcu wiosnę. W każdym razie teraz, kiedy to piszę.

Jednym z najważniejszych powodów narzekań Polaków na Amerykę był zawsze brak prawdziwej wiosny. W rejonie Nowego Jorku zima przypominała o sobie mrozami i zamieciami gdy już wydawało się, że powinna się dawno skończyć. Tak było, jak słyszę, i w tym roku. A potem od razu buchało upałem. Nawet krytycy Nowego Jorku (czyli wszyscy) przyznawali, że jesień bywa tu piękna, choć nie tak jak złota polska jesień, rzecz jasna, no ale wiosny to tu nie potrafią dobrze zrobić. Kiedy założyć jasną tweedową marynarkę albo wełniany kostiumik, gdy chce się po kościele powolutku przejść do cukierni? Czy będzie chociaż jedna okazja, by wypróbować niedawno kupiony jasny płaszczyk i apaszkę?

Była to nie tylko tęsknota za umiarkowaną, przyjazną człowiekowi temperaturą oraz potrzeba poobcowania sobie z odradzającą się przyrodą. To był także głód europejskiej elegancji. Kolejną rzeczą niepodobającą się w Ameryce Polakom (robi się z tego lista przebojów!) była bowiem niechlujność, tumiwisizm, brak elegancji mieszkańców. Dobrze skrojone zimowe palta nosili, owszem, finansiści i adwokaci na Manhattanie, ale tak poza tym na ulicach i w subway’u królowały kufajki, ocieplane spodnie-wory i kominiarki na głowach. Gdy zaś wybuchało nieznośnie gorące i wilgotne nowojorskie lato, wszyscy zdejmowali te kufaje odsłaniając spocone cielska odziane w jakieś wyciągnięte gatki i koszulki. Wzuwali zaś plażowe klapki.

Kiedyż więc można było nacieszyć się słoneczkiem i lekkim wiatrem oraz dotykiem przyjemnego materiału marynarki i szalika?

Mam niedobre wieści: w Polsce może też już się nie nacieszycie. Możecie sobie być sceptyczni wobec groźby ocieplenia klimatu ale coś dziwnego faktycznie się dzieje. W Polsce wiosna bucha od razu temperaturami około 20 C. Przy tej temperaturze odczuwa się już pewne rzeczy negatywnie: w tramwajach, biurach i sklepach bywa duszno (nie wszystkie mają klimatyzację), czasem minie nas jakiś starszawy pan nie uznający dezodorantów i codziennych pryszniców.

Kiedyś było w Polsce inaczej. Zima trzymała długo, a promienie słońca iskrzyły się na śniegu. Potem te śniegi puszczały, powodując ogólne obłocenie ulic i przechodniów. Był to czas uciążliwy, zarazem jednak przesycony nadzieją. Idzie wiosna! Czuło się ją w powietrzu, które stawało się wilgotne i aromatyczne. W państwowej telewizji (zwanej dziś, dość komicznie, publiczną) pokazywano filmy o przyrodzie budzącej się do życia. Wykorzystując, nowatorskie wtedy, efekty przyspieszania biegu kliszy filmowej, pokazywano przebijające śniegi przebiśniegi i krokusy, bobry oraz borsuki ożywiające się w bystrych rzeczkach, pękającą krę lodową.

Taka powolna i czasem cofająca się wiosna pozwalała wyraźnie odczuwać przemijanie, sekwencję pór roku; odczuwałem to i obserwowałem nawet ja, dzieciak. Po mrokach i smutkach zimy przychodziła pora radości i miłości. Dla mnie był to też zwiastun, że sprawy zmierzają w kraju w dobrym kierunku – w kierunku wakacji letnich.

Zdarzały się nawroty zimna, co nie było aberracją, skoro opisano to w przysłowiach kondensujących mądrość narodu. „W marcu jak w garncu”, „Kwiecień plecień bo przeplata: trochę zimy, trochę lata”. Zdarzały się też dni gorące nawet w maju, na przykład podczas warszawskiego kiermaszu książki czy kolarskiego Wyścigu Pokoju. Jednakże w dzień pochodu 1-majowego dobry Bóg często zsyłał na komunistów deszcz.

W tych rozczulających wspomnieniach majowych nie brakowało też innych, niż wzrokowe, bodźców. Smakowych dostarczały nowalijki. Na pograniczu szkorbutu po całej zimie wcinania zup, ziemniaków i chleba z wędlinami, chętnie sięgaliśmy po twarożek z rzodkiewkami lub szczypiorkiem, sałatę i inne zielsko (wtedy wszystko w sklepach było sezonowe). Potem pojawiały się pierwsze truskawki.

Bodźce zapachowe zapewniane były przez kwitnące wszędzie kwiaty i drzewa; o alergii na pyłki nikt wtedy nie słyszał. Wreszcie, dochodziły do nas odgłosy koszenia trawy na podwórkach. Kiedyś kosami, potem kosiarkami.

Nie ma już Wyścigu Pokoju i fascynujących, trzymających w skrajnym napięciu relacji radiowych o ucieczkach i finiszach naszych dzielnych kolarzy, toczących walkę na śmierć i życie ze znienawidzonymi monstrami z NRD, Czechosłowacji i Związku Radzieckiego. Co za tym idzie, nie gra się już w kapsle opisane nazwiskami gwiazd kolarstwa.

Truskawki są już od dawna w sprzedaży, diabli wiedzą, szklarniowe czy import z ciepłych krajów. Za to nadal koszą trawę, niezmiernie hałaśliwymi kosiarkami na kiju. Przystrzyżone trawniki tworzą niezmiernie ciekawe formy na moim osiedlu. Trawa jest krótko przycięta w środku, jednakże na obrzeżach o szerokości mniej więcej metra, pozostawiono krzaczory. Dowiedziałem się, dlaczego tak jest. Strzyżenie trawników jest obowiązkiem administracji osiedla, lecz ich skraje, wzdłuż brzegów chodnika, to już domena miasta. Pracownicy miejscy, owszem, te kępki przytną, ale w dogodnym dla siebie terminie.

Pominąwszy ten zgrzyt estetyczny, wszyscy są zadowoleni. Mamy wreszcie ciepło, lody na patyku i tysiące rowerów poruszających się po specjalnych ścieżkach. Rowery przyjęły się w Warszawie. Jeżdżą na nich ludzie normalnie ubrani (czyli nie w kosztownych kombinezonach z lycry), a nawet eleganckie staruszki i starsi dżentelmeni.

Kwitną mlecze, pachnie ziemia, wyłażą glisty, hasają po trawie pieski. Zapewne w kolorowych czasopismach pisze się o zmęczeniu wiosennym, diecie wiosennej i wiosennej burzy hormonów miłości. Ja jednak gazet nie czytam i uciekam na widok włączonego telewizora. Piękne okoliczności przyrody pozwalają zapomnieć na chwilę o problemach politycznych, społecznych i gospodarczych. Cieszmy się więc wiosną i turlajmy po trawie w nadziei, że dzięki alergii będziemy mniej widzieć i słyszeć.

Jan Latus