Warszawa cała w późnowiosennym rozkwicie.

Nad Starymi Bielanami unoszą się zapachy bzów, akacji, sosen, kasztanów i klonów. Gdzie nie spojrzę, tam widzę soczystą zieleń. Topole powiewają przed moimi oknami, jedna z nich nawet bezczelnie mnie podgląda, pukając do okna, kiedy wieje zachodni wiatr. Niestety moja ulubiona zaokienna brzoza ucięta została w połowie. Machała do mnie przyjaźnie zielenią i złotem. A teraz ino usychający kikut się ostał i jakoś nikogo widok ten nie razi.

Małe sklepiki na tychże Starych Bielanach nie wytrzymały konkurencji z dużymi i padły. W ich miejsce powstały punkty usługowe, ale ruchu w nich nie widzę. Jedynie pobliski lombard cieszy się zainteresowaniem biedaków, złodziei, paserów i osobników o podejrzanym wyglądzie. Codziennie coś sprzedają, codziennie sprawdzają, co nowego można kupić. Biedaków i emerytów widuję w barze mlecznym „Marymont”. Nie ma już sklepików prowadzonych przez dawnych warszawiaków, mówiących stołeczną gwarą. Kiedy zwracałem się do nich w „naszej mowie” podsuwali mi lepszy towar i liczyli taniej, bo traktowali mnie jak swojaka. I dalibóg ja w tejże Warszawie czuję się swojakiem. Wszystko mnie w niej interesuje i delektuję się pięknem kamienic ocalałych z pożogi wojennej. Jakże nielicznych. Śródmieście i inne dzielnice są zadbane, z dużą ilością zieleni. Metro funkcjonuje fantastycznie. Stacje są przestronne, widne i tak czyste, jakby były wręcz wylizane. Białołękę połączył z Młocinami i Bielanami Most Północny im. Marii Skłodowskiej-Curie. Po dawnemu w Lesie Bielańskim grasują dziki. Szczególnie nocą. Trzeba było zagrodzić przed nimi boiska i bieżnie Akademii Wychowanie Fizycznego (AWF-u). Nad ranem śpiewają słowiki. Radośnie witają mnie wracającego z powitalnych wizyt suto zakrapianych wzmocnionymi procentami. Wybór w tym względzie jest przeogromny. W moim monopolowym pojawiła sie nawet „Kurwica” w pięciu odmianach. Wszystkie pyszne!

$

W podwarszawskim Otwocku spotkanie z licealnymi kolegami z okazji 50-lecia matury. Serdeczne, przyjazne i wesołe. Czas nas nadkruszył, los się po nas przejechał, zdrowie już nie to, ale apetyt na życie zachowaliśmy, nie mówiąc już o wielkiej ochocie do zabawy. Zatem idziemy we wspólny pląs, ciesząc się, że znowu jesteśmy razem. Przedtem razem pojechaliśmy autokarem na groby naszych nauczycieli i kolegów pochowanych na miejskim cmentrzu. Potem zasiedliśmy w auli, w której zdawaliśmy maturę oraz w klasie, w której cztery lata się uczyliśmy. Przypominamy sobie, gdzie kto siedział i kto nas czego uczył. W zbiorowej pamięci szczególnie utkwił nam wychowawca Henryk Kwinto. To on stworzył z nas klasę wyjątkową i we wszystkim przodującą. Inspirował, tolerował, bronił, mądrze karał i nagradzał. Jego charyzma była spoiwem szczególnym, odczuwanym i dzisiaj. Na dźwięk jego imienia i nazwiska otwierają się w naszej pamięci całe rozdziały a w sercach następuje szczególne poruszenie. Ja żywię wielką wdzięczność również do Alfreda Chmielińskiego, nauczyciela matematyki, który rozpoznawszy we mnie nieuleczalnego humanistę, ograniczył swoje oczekiwania do niezbędnego minimum. Sentyment mam jeszcze do polonistki Ewy Solskiej oraz do historyczki Lucyny Kukli, które były przedziwnie przekonane, że w przyszłości będę wyrobnikiem pióra. Ja tego wtedy nie przeczuwałem.

Oko moje cieszy uroda i elegancja koleżanek oraz dostojny widok kolegów. Czas nas wszystkich dodatkowo doszlachetnił, wszyscy „wyszliśmy na ludzi” – jak to się drzewiej mawiało. Pałacowe liceum jeszcze bardziej wypiękniało, podobnie jak i rozciągający się za nim park. Chce się do tych miejsc wracać, chce się w nich być. Nie ja jeden to odczuwam.

$

Pobyt w Polsce to także odwiedziny chorych i niestety pogrzeby. Los chciał, że niemal zaraz po wylądowaniu w Warszawie znalazłem się na pogrzebie śp. Heleny Drabik, mamy Grażyny Drabik, koleżanki z nowojorskiego „Nowego Dziennika” i „Przeglądu Polskiego”. Kiedy nazajutrz wróciłem z żałobnego wieczoru poświęconego Jej pamięci, czekała na mnie w Internecie wiadomość o śmierci Zofii Głodowskiej – wieloletniej autorki rubryki „Widziane z prawa” ukazującej się w naszym „Kurierze Plus”. Sposobię się zatem do drugiego pogrzebu. Zofię Głodowską zapewne świetnie pamiętają liczni prawicowi czytelnicy „Kuriera” i dawni czytelnicy redagowanego przeze mnie „Głosu”, w którym komentowała Ona amerykańskie życie polityczne i społeczne.

Współpraca z Zosią nie należała do łatwych, albowiem była publicystką-misjonarką, próbującą narzucić prawicowy punkt widzenia jako jedynie słuszny. Kompromisy nie były możliwe, a jeśli już, to trzeba było je wymuszać groźbą lub szantażem. Jej głuchota na argumenty osób inaczej myślących denerwowała mnie tak bardzo, że podsuwałem Jej książki znakomitych myślicieli o odmiennych poglądach. Zosia niestety z góry je skreślała i każdy, kto myślał inaczej był wedle Jej przekonania głupi.

Wypłakiwała się do mnie co tydzień z powodów skreśleń i zmian wprowadzanych do jej tekstów przez redaktorkę „Kuriera Plus”, zazwyczaj uzasadnionych. Mnie zaś samego traktowała jako materiał do urobienia i usilnie pracowała nad tym, żebym stał się prawicowcem. I owszem, w pewnych kwestiach nim byłem i nadal jestem, ale przecież nie we wszystkich!

Podczas moich podróży po Europie Zosia zastępowała mnie w „Głosie” z bardzo dobrym skutkiem. Nie przesuwała gazety na prawo i rozsądnie podchodziła do nieustających konfliktów w Centrum Polsko-Słowiańskim i Unią Kredytową. Dbała o poziom publikacji i języka. Nie drukowała tekstów niewiarygodnych merytorycznie i kiepsko napisanych. Nawet wtedy, kiedy przysyłali je autorzy o uznanych nazwiskach. Na wieść usunięcia mnie z „Głosu” napisała wspaniały list protestacyjny, podpisany przez wszystkich autorów.

Nasze nieustające spory zaowocowały intensywną przyjaźnią. Dzwoniła do mnie każdego wieczora omawiając niemal wszystkie swoje rozliczne konflikty. Kiedy się z Nią nie zgadzałem, rozmowa stawała się kłótnią. Nazwałem Ją Konserwą. Zaakceptowała to. Wypiliśmy niejedną wódkę na znak pokoju. Lubiliśmy się, choć często tak mnie irytowała, że śpiewałem Jej „Międzynarodówkę” lub „Warszawiankę z 1905 roku”. Stan ten trwał dopóki nie opisałem Jej w „Mieszkańcach mojej pamięci”. Wprawdzie z początku to, co pojawiło się w haśle: Zofia Głodowska dość się Jej spodobało, to jednak pod wpływem „życzliwych” głosów, poczuła się obrażona. Najbardziej dotknęło ją to, że jej ukochane koty nazwałem pulpetami, które mogą być reklamą kapitalistycznego dobrobytu. W tym miejscu muszę dodać, że Zosia była bezkrytyczną wielbicielką kapitalizmu i najbardziej skrajnych prawicowców w partii Republikanów.

Kiedy polemizowałem z Nią na łamach „Kuriera” i kpiłem z Jej niesprawdzających się prognoz politycznych, postraszyła mnie sądem i nazwała publicystycznym chuliganem. Niektórzy uważają, że całkiem słusznie. Kupię Jej zatem na grób wieniec od „Kuriera Plus” i wiązankę kwiatów z napisem: „Od chuligana”.

Andrzej Józef Dąbrowski