Wraz z nadejściem ciepłych i długich dni, więcej dzieje się w Warszawie. Coraz więcej jest imprez plenerowych, koncertów, ciekawych miejsc wartych odwiedzenia. A może po prostu do tej pory, z powodu obrzydliwej pogody, na takie imprezy chodzić się nie chciało?

Z soboty na niedzielę 20 maja odbyła się, już po raz 14. Noc Muzeów. Podobne imprezy organizowane są w innych miastach świata co nie zmienia faktu, że ta warszawska jest wyjątkowo atrakcyjna. Jej idea jest następująca: w ciepłą majową noc (zwykle od 19 do 1 w nocy) można wejść, i to za darmo, do kilkudziesięciu budynków, głównie muzeów ale i gmachów miejskich oraz państwowych.

W pierwszych latach chętnych do chodzenia nocą po muzeach nie było wielu, tym bardziej że częścią oferty nie była dyskoteka i darmowy bar. Takie samo muzeum, tyle że oglądane o północy. W przypadku np. Muzeum Narodowego, gdzie okien nie ma – różnica żadna.

Z roku na rok chętnych przybywało, bo też trzeba pamiętać, że z roku na rok młodzi Polacy byli coraz bardziej nowocześni, otwarci na mody i trendy, skłonni do naśladownictwa.

Cokolwiek złego mówić o władzach Warszawy – a obecnie obowiązuje ton krytyczny – jednak wprowadziły one wiele inicjatyw, pomysłów, smaczków, europejskich sznytów. Kilometrami ciągną się ścieżki rowerowe, na Trakcie Królewskim, każdorazowo po dotknięciu ławeczki, rozbrzmiewa muzyka Chopina. Przed lokalami na Nowym Świecie stawia się parasole, leżaki, a z nadejściem jesieni – instaluje się ogrzewacze a gościom oferuje pledy.

Do tej nowej obyczajowości ta impreza panuje jak ulał. Jest na luzie, głównie dla młodych ale i dla dzieci – i pozwala zabawić się za darmo w grupie innych warszawiaków.

Można zatem wejść do Muzeum Narodowego, Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Historii Żydów Polskich (właśnie trwa ekspozycja czasowa nagrań kantorów). Te muzea są jednak czynne codziennie, a bilety nie są zbyt drogie. Inna rzecz Zespół Stacji Filtrów, zwykle niedostępny dla publiczności. Tym razem, w romantycznych okolicznościach nocy, można przemieszczać się po industrialnym budynku z XIX wieku, wyglądającym jak jakieś ceglaste zamczysko. Niestety, kolejka do wejścia (wpuszczano co pół godziny 25-osobowe grupy) liczyła kilkaset osób.

Równie popularny był Pałac Kultury i Nauki. Można było zwiedzić z przewodnikiem co ważniejsze sale i westybule (jednak nie Salę Kongresową, która jest w permanentnym remoncie) oraz wjechać na taras widokowy na najwyższym piętrze. A stamtąd podziwiać, trzymając się za rękę z ukochaną, rozświetloną milionami świateł i neonów Warszawę. Dynamiczne miasto, którego Hongkong, Dubaj i Las Vegas są bladymi kopiami.

Amatorzy przejażdżki windą pałacową otrzymywali bilety w ustawionych przed budynkiem namiotach i też musieli odstać swoje w kolejce.

Niezmierzone połacie Placu Defilad, gdzie na codzień mieszczą się jedynie przystanki firm autobusowych, tym razem zapełnione były pieczołowicie odrestaurowanymi Jelczami (jeden bez dachu!) i Sanami, którymi za darmo można było przemieszczać się między muzeami.

Kolejnym elementem ożywiającym plac były stoiska i przyczepy z żywnością. Tak już popularne w amerykańskich miastach, food trucks dojechały i do Polski. Kupić można było m.in. hamburgery, hot-dogi, belgijskie frytki, sandwicze „kubańskie”, francuskie crepes, azjatyckie dumplings. Kolejki były długie.

Tej nocy można też było wejść do – zwykle dostępnych tylko dla umówionych petentów – ważnych obiektów rządowych: Kancelarii Prezydenta, Sejmu, Senatu, różnych ministerstw. Moją uwagę przyciągnęła oferta: „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (atrakcje dla dzieci)”. Była też rzadka sposobność zwiedzić piękną Ambasadę Włoch i ośrodki kultury: niemiecki, rosyjski, koreański (w tym ostatnim na przykład: pokaz tradycyjnych strojów i projekcja filmu).

Można było też nocą wemknąć się do kościołów różnych wyznań, w tym i Ośrodka Kultury Muzułmańskiej (zwiedzanie z przewodnikiem, warsztaty języka arabskiego, warsztaty malowania henną).

Warszawa w tę noc przypominała odrobinę (choć ani trochę więcej) Nowy Jork: wielokulturowość, luz, zabawa długo w noc – i miłość do wszystkiego, co darmowe.

W tym samym czasie w kilku polskich miastach – w Warszawie w Teatrze Powszechnym na Pradze – odbywał się Międzynarodowy Festiwal Literatury Apostrof. Ten był zaś uzupełnieniem Międzynarodowych Targów Książki, które obecnie odbywają się na Stadionie Narodowym.

Piszę o tych przedsięwzięciach z przyjemnością i satysfakcją. Cieszy mnie każda forma życia zbiorowego (z wyjątkiem przemarszu ulicami w szyku wojskowym), raduje każdy nowy kiosk z żywnością, kolejne światło w oknie, jeszcze jeden człowiek, który odkleił się od telewizora lub komputera, i wyszedł z domu.

Niestety, moja obecna sytuacja życiowa nie pozwala na długie niebytności w domu, zwłaszcza nocą. Tak więc poprzestałem na obserwacji nocnych kolejek przed muzeami. Udało mi się natomiast przysłuchiwać się kilku spotkaniom z pisarzami: Dorotą Masłowską, Michałem Rusinkiem, Ewą Winnicką, Arturem Domosławskim. Winnicka mówiła o swojej właśnie wydanej książce o Barbarze Piaseckiej-Johnson.

Polacy ponoć już nie czytają książek; wobec tego miałem do czynienia z grupą elitarną i na wymarciu. Czyżby jednak? Na sali dużo było też ludzi młodych. Także młodzież płci obojga – studenci dorabiający sobie pracą w teatrze, np. jako szatniarze – włączyła się ochoczo w obsługę festiwalu.

Pamiętacie propagandowe ale w jakimś procencie jednak prawdziwe, programy dokumentalne o lecie w Moskwie? Zachwyty lektora nad smacznymi lodami i kwasem chlebowym, tłumy uśmiechniętych obywateli w parkach i na przystankach trolejbusowych, skąpanych w promieniach słońca? Równie radośnie wyglądała wtedy Sofia, Bukareszt – i Warszawa.

Także w naszych czasach słoneczko, które Bozia dała, ociepla nas i pozwala zapomnieć o politycznej i społecznej rzeczywistości. Aż przyjdzie jesień – i sobie wszystko dobrze przypomnimy.

Jan Latus