Biały Dom Donalda Trumpa przypomina wieżę Babel z biblijnej Księgi Rodzaju. Języki pracującym tam ludziom miesza jednak nie Jahwe, a najczęściej sam prezydent.

Pierwsza rzucająca się w oczy sprawa to prasowe przecieki. Nie było chyba jeszcze administracji prezydenckiej, która byłaby tak nieszczelna jak administracja Donalda Trumpa. Z Białego Domu i resortów, które powinny ściśle z nim współpracować, niemal codziennie wyciekają tajne informacje, stając się następnie przedmiotem medialnych analiz. Zdenerwowany prezydent chcąc gasić pożar zazwyczaj sięga po Twittera. Zamiast jednak zmniejszać problemy, swoimi wpisami dolewa jeszcze oliwy do ognia. Tak było na przykład po zwolnieniu szefa FBI Jamesa Comey’a. Trump chciał zamknąć mu usta sugerując (nie wiadomo czy żartem czy poważnie), że może ujawnić nagrania z ich rozmów. Po tym wpisie prasa, a także komisje Kongresu prowadzące śledztwo w sprawie rosyjskich prób wpłynięcia na wynik wyborów w USA, zaczęły pytać o „taśmy”. Gdyby nie Trump tematu w ogóle by nie było.

Prezydent, by uszczelnić Biały Dom, grozi karaniem informatorów. Jak na razie jednak jego gróźb nikt nie bierze poważnie. Najlepszy przykład, że do prasy wyciekły informacje o próbach zablokowania przeciwników.

Kiedy Lech Wałęsa pełnił funkcję prezydenta miał zwyczaj „wymieniania zderzaków”, czyli współpracowników, którzy zużyli się w politycznych bojach. To samo planuje teraz Donald Trump. Tak jak kiedyś Wałęsie, tak i teraz Trumpowi, taka wymiana nic nie pomoże, jeśli sam nie nauczy się dyscypliny i nie powściągnie nieco swojego temperamentu.

Weźmy choćby sprawę reformy podatkowej, jednego z najważniejszych punktów programu Donalda Trumpa. Ekonomiczni doradcy prezydenta, skupieni w White House National Economic Council, od tygodni przygotowywali propozycję zmian, by spokojnie przesłać ją do Kongresu. Niespodziewanie jednak prezydent oznajmił publicznie, że propozycja reformy będzie gotowa w ciągu kilku dni. Nieprzygotowani eksperci chcąc sprostać terminowi w pośpiechu wypuścili coś, co w żadnym razie reformy nie przypomina. Do Kongresu dotarła jedna kartka papieru, na której ogólnie nakreślono w jakim kierunku powinny pójść zmiany. Trump być może chciał zdopingować swoich doradców do szybszego działania, osiągnął jednak efekt odwrotny od zamierzonego. Naraził się na krytykę za ogólnikowość projektu. Teraz zaś pohukuje na ustawodawców by przyjęli reformę, której tak naprawdę jeszcze nie ma.

Podobnie było z kwestią wycofania USA z porozumienia NAFTA (umowy tworzącej strefę wolnego handlu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem). Donald Trump ni stąd ni zowąd, bez konsultacji z sygnatariuszami porozumienia i bez żadnych przygotowań, pod koniec kwietnia oświadczył, że USA za chwilę się z niego wycofają. Efekt: gorączkowe wypowiedzi pracowników Białego Domu, próbujących tłumaczyć decyzję prezydenta i nagły telefon od premiera Kanady, po rozmowie z którym Trump postanowił jednak NAFTĘ renegocjować.

Ludzie znający Trumpa jako biznesmana twierdzą, że w Białym Domu działa on podobnie jak kiedyś w swoim przedsiębiorstwie, gdzie lubił zaskakiwać współpracowników nagłymi decyzjami i wytwarzać pomiędzy nimi wzajemną rywalizację.

To rzeczywiście widać. Doradca Jared Kushner walczy z doradcą Stevem Bannonem, Ivanka Trump ma więcej do powiedzenia niż wiceprezydent Mike Pence, kolejny z doradców Stephen Miller, mający własną antyimigracyjną agendę, podsuwa prezydentowi do podpisania kontrowersyjne dekrety, a nie umiejący rozpychać się łokciami szef personelu Białego Domu Reince Priebus pełni rolę statysty. Doradczyni prezydenta Kellyanne Conway opowiada w telewizji o „alternatywnych faktach”, a rzecznik prezydenta Sean Spicer, próbuje na konferencjach prasowych to wszystko tłumaczyć. Problem w tym, że często sam nie zna „faktów prawdziwych”.

Polityka, szczególnie ta wielka, rządzi się innymi prawami niż biznes. Prezydent nie potrzebuje w Białym Domu zwalczających się obozów, tylko sprawnie działający aparat. Tworzący go ludzie mogą, a nawet powinni między sobą się spierać. Na zewnątrz jednak muszą prezentować jedność. Prezydent musi mieć też ludzi, którzy jego wizję zamienią w konkretne propozycje ustawowe, a potem będą współpracować z Kongresem, by je przeprowadził. Wszystko to wymaga politycznych umiejętności. Donald Trump tymczasem zdaje się wierzyć, że wystarczy sięgnąć po Twittera.

Tomasz Bagnowski