Piękny czas w Polsce. Słonecznie, zielono, kolorowo, pachnąco, czysto. Wszystko dobrze funkcjonuje, ludzie uprzejmiejsi i bardziej przyjaźni. Wszelakich dóbr i możliwości jest pod dostatkiem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to szczęśliwy czas dla całego kraju. Rodacy mniej narzekają, mniej utyskują, unikają tematów politycznych podczas spotkań oficjalnych i towarzyskich. Polityka jednak wdziera się się do rozmów w węższych gronach. I owszem dochodzi do – delikatnie mówiąc – nieprzyjemnej wymiany zdań. Bywa, że kipi nienawiść. Mediów obiektywnych nie ma. W mojej zaprzyjaźnionej grupie emocje polityczne trzymane są na wodzy i nienawiść jeszcze nie zwycięża, acz doszło już do rozstań na zawsze. I to na szczytach intelektualnych.

$

O rozstaniach na zawsze słyszę podczas wspomnień o Zofii Głodowskiej, której prochy dopiero co odprowadziliśmy na miejsce wiecznego spoczynku na Cmentarzu Północnym na Wólce Węglowej.

Podczas pogrzebu czułem w sercu żałość, bo w wielu kwestiach byliśmy sobie bliscy i przyjaźniliśmy się na gruncie czysto ludzkim. Obdarzała mnie sympatią, podobnie jak i moją siostrę Marysię, z którą także się zaprzyjaźniła. Lubiłem Jej wspomnienia z okresu studiów psychologicznych w Toruniu, podczas których zaprzyjaźniła się ze Zbigniewem Herbertem. Znałem jej najgłębsze tajemnice. W sprawach codziennych i w odniesieniu do relacji międzyludzkich wykazywała poczucie humoru, trafnie oceniając wielu ludzi. Nie wszystkich jednak. Byli tacy, którzy Ją oszukiwali i wykorzystywali. Miała potrzebę omawiania wszystkiego ze mną, począwszy od każdego nowego numeru „Kuriera Plus” i „Głosu”. Cierpiała głęboko, gdy Ci, na których Jej zależało nie podzielali Jej poglądów lub podzielali je tylko częściowo. Mimo, że była dobrym i pomocnym człowiekiem Jej przyjaźnie rozsypywały się. Jak twierdzą Jej warszawscy opiekunowie, zachowała mnie w dobrej pamięci jako człowieka i redaktora. Zdziwiłem się podczas rozmów z nimi, że znają mnie aż tak dobrze z Jej opowiadań. Coś zatem z tej naszej przyjaźni trwało w Niej. Zachowała do końca bystrość umysłu, prosiła, żeby nie przedłużać na siłę Jej życia. We wrześniu dobiegłaby dziewięćdziesiątki.

$

Warszawa, ulica Jagiellońska 28 m. 1. To był jeden z nabliższych mi adresów. To był także bliski adres dla bardzo wielu ludzi, jak mogłem przekonać się, podczas wieczoru wspomnień o zmarłej sześć lat temu malarce – Ninel Kameraz – Kos, który był jednocześnie pożegnaniem z jej mieszkaniem. Spędziła w nim całe swoje polskie życie, po przeprowadzce z Moskwy w 1946 roku. Tu mieszkała z rodzicami, tu założyła rodzinę wraz Bohdanem Kosem, doktorem fizyki i znakomitym znawcą Kabały, tu wychowywali się ich synowie – Łukasz i Mateusz, biorący udział w wieczornych rozmowach przyjaciół domu. Wielu z nich było stałymi uczestnikami niezależnego i zarazem prywatnego salonu, który powstał w tym mieszkaniu z inicjatywy Bohdana i Ninel. Przychodzili tu naukowcy, malarze, rzeźbiarze, poeci, pisarze, aktorzy, reżyserzy, duchowni różnych wyznań, podziemni działacze Solidarności a także zwykli ludzie, którzy dobrze się tu czuli. Herbata z samowara zawsze na nich czekała a i do herbaty też się coś znajdowało. Wysokie procenty również bywały w użyciu, bez negatywnych następstw, na szczęście. Omawialiśmy najnowsze premiery teatralne i filmowe, książki, wystawy, sztukę prezentowaną na wernisażach. Czytaliśmy na głos nowe utwory Bohdana. Zdarzało się, że szukał mnie w tym mieszkaniu ksiądz Henryk Jankowski wracający lub jadący na widzenie z internowanym Lechem Wałęsą. Tu miałem też swój grzecznościowy telefon, który kontaktował mnie z innymi działaczami Solidarności i z samym… Kazimierzem Dejmkiem, bogiem teatru polskiego. W tymże mieszkaniu zrodziła się również niejedna podziemna inicjatywa i znalazła schronienie niejedna osoba, która w stanie wojennym musiała się ukrywać.

Sześć lat po śmierci Ninel mieszkanie przejął działający za ścianą lalkowy Teatr Baj, dlatego też dzisiaj się z nim żegnamy już na zawsze. Ożywają wspomnienia, oglądamy obrazy, fotografie, filmy, pamiątkowe przedmioty, książki i księgi. Widzimy na zdjęciach siebie sprzed lat, słuchamy muzyki, przy której tańczyliśmy, przypominamy sobie nasze dzieje i rozdziały naszego życia, związane z tym właśnie mieszkaniem. Bohdan jest dzisiaj cenionym poetą, znawcą mistyki żydowskiej i wydawcą, Łukasz – reżyserem teatralnym a Mateusz rabinem w angielskim Manchesterze. Wśród przybyłych gości są najbliżsi przyjaciele rodziny: Ewa i Wojciech Brojerowie, Anna i Krzysztof Zamłyńcy, Juliusz Srebrny, Jan Jagielski, rodzeństwo – Lenka i Grzegorz Gorzelnikowie, Piotr Wójcicki, Jan Doktór. Przemykają się między nami duchy Norberta Pietrzaka i Grzegorza Eberhardta, podziemnych publicystów i dziennikarzy, powiązanych z małżeństwem Kosów na kilku płaszczyznach. Przemknął się też duch Stasi Domagalskiej, pisarki i autorki „Tygodnika Solidarność”, „Tygodnika Wojennego” i „Przeglądu Wiadomości Agencyjnych”. Są również znane twarze z warszawskiego środowiska żydowskiego i bardzo wielu młodych ludzi, którzy lubili Ninel i to miejsce. Ona umiała przyjaźnić się z osobami ze swego pokolenia oraz kolegami i koleżankami swych synów. Umiała słuchać, umiała rozmawiać, wyczuwała ludzi. Była piękna. Fascynowała wszystkich. Wojtek Brojer przypomina to w poruszającym przemówieniu, akcentując m.in. tradycje patriotyczne w rodzinie Bohdana i polsko-żydowskie sploty obecnie zapomniane w gąszczu żydowskich wątków i przemilczeń. Któraś ze stacji telewizyjnych przeprowadza ze mną wywiad na temat podziemnej działalności małżeństwa Kosów i podziemnych wydarzeń, które tu właśnie miały miejsce. Mam nadzieję, że Żydowski Instytut Historyczny zaopiekuje się artystyczną śpuścizną Ninel i zadba o powstanie monografii o tym niezwykłym mieszkaniu. Nie pamiętam, żebym w czasie swych, jakże licznych, wizyt nie spotkał w nim kogoś ciekawego.

$

W Kazimierzu nad Wisłą odwiedzam Katarzynę Siemińską, wdowę po malarzu Andrzeju Siemińskim. Rokrocznie jadę do niej wraz z przyjaciółmi – Bożeną Krzyżewską i Markiem Latoszkiem. Wspominamy Andrzeja i odwiedzamy jego grób. Jak zawsze, słucham z wielkim zaciekawieniem opowieści o pielgrzymkach i mistycznych doznaniach Kasi, dla których porzuciła sztukę. Wędrujemy na Albrechtówkę, skąd roztacza się przepiękny widok na Wisłę i jej wyspy, zatopiony w morzu zieleni. W takiej scenerii możliwe są iście mistyczne uniesienia i ponadziemskie doznania. Chcę tam wrócić.

Andrzej Józef Dąbrowski