Ktoś znowu był w Polsce … aż się nie chce słuchać relacji, zawsze są takie same.

– Byłam tam krótko ale czułam się, jakbym nigdy z Polski nie wyjeżdżała! Tyle rozmów, spotkanie klasowe, plotki ze starymi koleżankami.Praktycznie nie spałam. Wiesz jak to jest, wszystkich trzeba odwiedzić. Dopiero co wróciłam ale już tęsknię! Na pewno pojadę tam znowu na święta.

W kontraście do tego jest wypowiedź znajomego greenpoinciaka, który wrócił do kraju i po jakimś czasie przyleciał z wizytą do Nowego Jorku. Jak opowiadał, nie bardzo miał co ze sobą zrobić. Przez tyle lat w Ameryce znajomości miał polskie; z Amerykanami nie udało mu się zaprzyjaźnić. Nie za bardzo był zakochany w Nowym Jorku. Gdy więc go odwiedził po latach, pałętał się znudzony, nie znając nikogo i nie obchodząc nikogo. I sobie poleciał do kraju, zapewne przekonany, że dobrze zrobił, iż wrócił z Ameryki. No i krzyż mu na drogę (tym bardziej, że Polska krzyżami teraz stoi).

Ja na razie do Ameryki pojechać nie mogę, nawet na tydzień. Już jednak nie mogę się doczekać tego przyjazdu. Będę tym razem turystą; nie przyjadę, jak kiedyś, z zamiarem rozpoczęcia długiej i trudnej wspinaczki – po zieloną kartę, prawo jazdy, historię kredytową, dom. Będę sobie po prostu chodził.

Odwiedzę przyjaciół, których po 27 latach mieszkania w Nowym Jorku mam więcej, niż w Polsce, normalna rzecz. Polacy, jak to Polacy: powiedzą że mogę się u nich zatrzymać, będą mnie częstować, wozić. Ale odnowię też kontakty z kilkoma nie-Polakami. Znam ich wiele lat ale ostatnio ich zaniedbywałem, choć starali się mi w ciężkich chwilach pomóc.

Zajdę oczywiście do budynku, w którym od 20 lat mieszkam. Nie będę miał powodu i prawa wchodzić do swojego mieszkania, skoro je wynająłem, ale aż tak mnie do niego nie ciągnie. Ważniejsze, że portierzy powitają mnie jak starego znajomego i wpuszczą bez ceregieli. Wystarczy, że odwiedzę sąsiadów w budynku i przypomnę sobie, co było w tym miejsce najpiękniejsze: widok na East River i Manhattan.

Pochodzę sobie w dzień po Gantry Park wzdłuż rzeki, kupię z przyczepki lunch u miłego Hindusa. A wieczorem zajdę do przeszklonej, wychodzącej na rzekę restauracji SHI, gdzie Eric albo Charles, bez pytania, naleją mi scotch and soda a ja położę dziesięć dolarów, reszty nie trzeba. Później w nocy, odwiedzę położony po sąsiedzku Gentlemens Club, gdzie powitają mnie jak zaginionego kuzyna polscy właściciele i rosyjskie tancerki.

Przede wszystkim jednak, kupię sobie metro card. Codziennie po śniadaniu (ciężkim, ze smażonymi ziemniakami i boczkiem, albo tylko jajkiem na bułce z budki), będę wyruszał na miasto. Tym razem jednak nie będę spieszył na ósmą rano, w sztywnym garniturze, do biura. Ani nie będę musiał zrywać się w soboty i niedziele, żeby – tym razem w tanim uniformie, obwieszczającym wszem i wobec, że jestem klasą robotniczą – iść do pracy w autobusie turystycznym.

Odwiedzę zarówno biuro gdzie pracowałem, jak i podejdę na przystanek autobusów – może, mimo rotacji pracowników, ktoś mnie jeszcze pamięta?

Przede wszystkim będę jednak chodził po ulicach, tych ładnych i brzydkich, napawał się nowojorskim ogromem, szokującą rozmaitością stylów, klimatów, widoków, środowisk. Przez cały dzień, gdy inni będą w pracy, ja będę sobie jeździł subwayem i autobusami, by przypomnieć sobie karykaturalne rosyjskie klimaty Brighton Beach i smętek upadku (a może dziś jest to renesans?) plaży Far Rockaway. A jeśli będzie zimno i wietrznie, może ktoś zabierze mnie na opustoszałą Jones Beach? A może jeszcze dalej, do wieńczącej koniec Long Island latarni morskiej w Montauk?

Tydzień mi nie wystarczy, już to widzę. Muszę przecież w środę w południe być w Atlantic City, by w dziwacznej, opuszczonej i zaniedbanej, jak wszystko w tym kurorcie, sali posłuchać największych na świecie organów. Albo pojadę pociągiem do Princeton by zobaczyć tę inną Amerykę, do której latami się dobijałem: piękna, zamożności i wyrafinowanych elit. Może pojadę do Connecticut albo na Long Island aby w domu przyjaciół zwyczajnie cieszyć się pachnącym ogrodem i dobrym jedzeniem – jak dziesiątki razy wcześniej. A w niedzielę może zajdę do kościoła katolickiego w mojej dzielnicy, gdzie wierni są z wielu krajów i są nieodmiennie uśmiechnięci?

A może wyskoczyłbym na Florydę albo do ukochanego Las Vegas – całkowitego przeciwieństwa mentalnego, wizualnego i klimatycznego Polski, zwłaszcza jeśli ktoś mieszka w niej cały rok.

Tak czy inaczej, będę wędrował. Po uliczkach Greenwich Village i Brooklyn Heights, promenadami Battery Park i Highline, zaskakująco zaciszną Roosevelt Island. Pójdę na jakis koncert, odwiedzę Met i MoMA i zwiedzę rzeczy, których zobaczyć nie zdążyłem: nowe muzeum Whitney i taras widokowy na World Trade Center One. Przemknę czym prędzej przez Times Square (nie moja bajka). Popłynę sobie promem i taksówkami wodnymi – woda to ważny element Nowego Jorku. Będę sobie przypominał te szerokie przestrzenie, ostre słońce, zmysłowe zapachy.

A w nocy… znowu będę chodził po ulicach, zachodził do zaprzyjaźnionych knajpek i barów, oglądał egzotycznie wyglądające dziewczyny i wtapiał się w tłum ludzi mentalnie młodych, głośnych, zrelaksowanych, ekstrawertycznych. Już się cieszę na burrito przy Bedford Avenue, tanie piwa z hipsterami w barach na Williamsburgu, niedrogie jedzenie tajskie i japońskie, pikantne Bloody Mary do brunchu, a może prawdziwy stek, jeśli zaprosi mnie bogaty znajomy. Będą też nocne gadki w zaprzyjaźnionych barach East Village i – jako ostatni etap – w moim lokalnym, przy Vernon Blvd. na Long Island City. Gdzie przywitam bywalców – inteligentnych acz nie przystosowanych do życia. A zawsze ponury – taki jego styl – barman Vinnie powie na mój widok: Welcome home.

Jan Latus