Wtorek
Kolejny zamach dżihadystów. Tym razem Londyn i trzech machających maczetami muzułmańskich idiotów. Zanim zostali podziurawieni kulami, zdążyli zabić osiem i ranić kilkadziesiąt osób. Reakcja tuzów politycznej poprawności z Europy przewidywalna: głupawe kondolencje a la Tuskowe „jesteśmy sercem z ofiarami”, podświetlanie budynków w kolorach Wielkiej Brytanii i generalnie opowieści, że „incydenty” nie mogą zmienić „europejskiego stylu życia”. Otóż nie tylko zmienią, ale już zaczęły zmieniać tę samobójczą kulturę politycznej poprawności…

Do rzeczy. W „Wall Street Journal” tekst, jakiego nie było od dawna. Autorem jest Theodore Dalrymple. W swojej karierze zawodowej lekarza psychiatry pracował w szpitalu przy slumsach, w więzieniu oraz w ubogich krajach Afryki Subsaharyjskiej – można więc sądzić, że widział już wszystko. A jednak przypadki, z którymi spotykał się na co dzień w Anglii, nie przestawały wprawiać go w niedowierzanie. Bezsens egzystencji, powtarzalność błędów, degeneracja, całkowity brak odpowiedzialności – oto czym zaowocowała polityka państwa opiekuńczego w społeczności jej beneficjentów. Swoje wymowne doświadczenia autor opisał także w dostępnej po polsku książce „Na dnie“. W WSJ jego artykuł ma już jakże wymowny tytuł: „Terror i społeczeństwo pluszowych misiów”.

„Jedynym człowiekiem jakiego spotkałem, którego marzeniem było zostać zamachowcem bombowym-samobójcą, był więzień w brytyjskim więzieniu, gdzie pracowałem jako lekarz w latach 90. i dwutysięcznych. To był zawodowy bandyta o wielkich możliwościach, którego ojciec był Arabem a matka Angielką. Przekroczył trzydziestkę, wiek w którym kryminaliści zwykle odwracają się od przestępczości aby zacząć robić coś lepszego – w jego przypadku chodziło o zabicie jak największej ilości niewiernych a potem siebie” – zaczyna pan doktor-literat a potem wali w polityczną poprawność, że aż miło.

Dalrymple zauważa rzecz oczywistą, że część przyszłych dżihadystów w więzieniach albo pod okiem radykalnych imamów przechodzi konwersję. Oczywiście rząd brytyjski czy inny europejski mógłby coś z tym zrobić – choćby przycisnąć bogatych szejków z Zatoki Perskiej aby przestali finansować szczególnie radykalnych imamów – ale zamiast tego uprawiają „kreatywne ugłaskiwanie (appeasment)”. Słowem władze „robią ustępstwa, zanim w ogóle ktoś o nie poprosi”. A więc władze miejskie przeprowadziły praktyczną segregację płci (bo muzułmańscy mężczyźni nie mogą siedzieć razem z kobietami) a na lotniskach traktuje się muzułmanów niczym święte krowy jeśli chodzi o miejsca do modłów. Inspektorzy szkolni w Dumnym Albionie ignorują częste przypadki nie posyłania do szkół publicznych muzułmańskich dziewczynek, jednocześnie ostro tropiąc podobne przypadki u zwykłych białasów. O przymykaniu oko na seksualne napaści przeprowadzane przez muzułmanów nawet nie wspominając.

Wszystko to jest zauważane przez muzułmanów i ich rozzuchwala, sugeruje autor. „To daje im przekonanie, że żyją w społeczeństwie, które łatwo można zniszczyć, tak więc ich działanie nie jest takie bezcelowe ani nihilistyczne jak się sugeruje. Uważają nasze społeczeństwo jako zapalające świeczki, kładące pluszowe misie (choć w zagadkowy sposób mające technologiczną przewagę): my zabijamy, wy zapalacie świeczki”.

O wiele bardziej niebezpiecznie brzmią słowa kolejne autora WSJ. „Bardzo komfortowa dla terrorystów jest sytuacja, że po każdej, nowej zbrodni, policja jest w stanie aresztować wielu współpracowników zamachowców. Sugeruje to, że policja znała nazwiska atakujących wcześniej, ale nic nie zrobiła. Innymi słowy, terroryści mogą działać bezkarnie nawet jak znana jest ich tożsamość. To kolejny dowód, że społeczeństwo nie może się poważnie bronić”.

Ktoś napisał, że cywilizacje nie umierają, ale popełniają samobójstwa. Nie wierzycie? Popatrzcie na Poprawnie-Polityczną Jeło-europę… Pisze doktor Dalrymple: „Kwietniowe zabójstwo policjanta na paryskim Champs Elysees zostało popełnione przez człowieka, który poprzednio próbował zamordować trzech policjantów, wiedziano o nim, że jest fanatykiem a w jego domu znaleziono broń. Władze czekały cierpliwie aż zaatakuje”. Straszne… ale prawdziwe.

Czwartek
Coraz trudniej śledzić „debatę” polityczną w Polsce. Piszę słowo „debatę” w cudzysłowie z rozmysłem, gdyż to nie żadna wymiana myśli czy idei ale przysłowiowe „gadał dziad do obrazu, a obraz mu ani słowa, taka była z nim rozmowa”. Wszystko to przypomina – jest nowe określenie, które przypadło mi do gustu, więc cytuje – różne „gównoburze”, w których z góry wiadomo co kto powie i które nic nie zmieniają, dając jedynie satysfakcję harcownikom, kto mocniej dokopał albo – tutaj też słowo ze współczesnej nowomowy – „zaorał” adwersarzy. Generalnie mózg się wyłącza, racjonalność w kąt, gdy rządzą emocje. Oczywiście wszystkiemu sprzyja rozwój mediów społecznościowych i upadek tradycyjnych redakcji, gdzie doświadczenie (tak ważne w rzemiośle dziennikarskim) jest balastem, bo za drogie dla wydawców, którzy wolą zatrudniać darmowych stażystów albo niskopłatnych medjałorkerów.

No więc trwa mediowa nawalanka, która wciąga i zdawałoby się rozsądnych ludzi. Kilka przykładów. Oto jeden nawołuje do wiązania jakiegoś frontu demokratycznego wszystkich Polaków przeciw PiS w imię przeciwstawienia się „pełzającemu stanowi wojennemu” i marszu ku państwu „autorytarnemu”. Z drugiej strony inny koleżka piętnuje zdradę u wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który obiecał zmienić decyzję zakazującą urzędnikom skarbówki prenumeraty „Newsweeka” czy „Polityki”, jako zdradę ideałów rewolucji PiS (a ja się pytam a biały wywiad, to pies?). Trzeci z kolei chce być symetrycznie po środku, przez co zamiast zajmować się tym, co robi najlepiej – analizami geopolitycznymi, marnuje czas na produkcję literek udowadniających, że zawsze symetrycznie ma rację…

To przykłady tylko z ostatnich godzin, a jest tego więcej. Z jednej strony „żelaźniaki” Dobrej Zmiany udowadniające, że każda, nawet najgłupsza decyzja Dobrej Zmiany to decyzja na miarę Chrobrego lub Piłsudskiego, z drugiej „totalniacy” z opozycji, dla których każdy przekaz byle urzędasa czy polityka Unii Jełoperskiej to morda w kubeł i ruki pa szwam… Nie, dziękuję, wysiadam. To nie mój cyrk, więc niech małpki bawią się same. Uważam, że Dobra Zmiana idzie w dobrym kierunku, ale nie zamierzam żyrować każdej Sadurskiej (byłej szefowej Kancelarii Prezydenta RP) wyniesionej do rangi wiceprezes PZU.

Jeremi Zaborowski