W tęczę Franków, Orzeł Biały
Patrząc lot swój w niebo wzbił.
Słońcem lipca podniecony
Woła na nas z górnych stron:
Powstań Polsko, krusz kajdany,
Dziś twój tryumf albo zgon!

Warszawianka
(sł. Casimir Delavigne,
tł. Karol Sienkiewicz)

 

Nocą, 29 listopada 1830 r. grupa spiskowców wkroczyła do pałacu belwederskiego, siedziby wielkiego księcia Konstantego. Ich celem było pojmanie lub zamordowanie księcia. W tym samym czasie oddział podchorążych pod dowództwem porucznika Wysockiego miał rozbroić rosyjski garnizon Warszawy. Od samego początku wszystko potoczyło się nie tak jak zaplanowano. Owiana później legendą „noc listopadowa” była w istocie naznaczona chaosem i niepotrzebnym przelewem krwi. Konstanty zdołał uciec i dotrzeć do wiernych mu oddziałów. Zdesperowani żołnierze Wysockiego zabili kilku polskich generałów, którzy odmówili przyłączenia się do buntu.

Wielki książe miał dosyć sił, żeby stłumić rewoltę w zarodku. Postanowił jednak wycofać się ze stolicy. Być może przeważyły jego sympatie do Polaków lub pragnął po prostu uniknąć dalszych ofiar. Konstanty miał powiedzieć: „Polacy zaczeli te zamieszki i Polacy muszą je skończyć”. Sytuację uratowała ludność miasta, która wyległa na ulice i zdobyła warszawski Arsenał zaopatrując się w broń. Nad ranem stolica była wolna.

Ludzie, którzy wzniecili bunt, nie mieli ani jasnego programu działania, ani bliższych kontaktów z polskimi władzami Królestwa. Z tego względu inicjatywa przeszła w ręce umiarkowanych polityków, którzy pragnęli pokojowego rozwiązania kryzysu. Czołową rolę odgrywał tu książe Franciszek Drucki-Lubecki, minister skarbu Królestwa i postać dość znana na dworze carskim.

W tydzień po wybuchu powstania pełnię władzy przekazano w ręce generała Józefa Chłopickiego, który miał doprowadzić do porozumienia z Petersburgiem i polubownego zakończenia konfliktu.

Car Mikołaj nie miał jednak zamiaru pertraktować z „rebeliantami”. Uważał, że bunt w Warszawie daje mu świetną okazję na zaprowadzenie w Polsce rządów silnej ręki. Wkrótce granice Królestwa przekroczyła 120-tysięczna armia rosyjska pod dowództwem feldmarszałka Dybicza. W sytuacji, kiedy pokojowe intencje Polaków nie miały dalszego sensu, nastąpiła radykalizacja nastrojów. 25 stycznia 1831 r. sejm podjął uchwałę o detronizacji Mikołaja jako króla Polski. Następstwem tego był nowy etap powstania: wojna polsko-rosyjska.

Z pozoru Polacy stali na straconych pozycjach ze względu na co najmniej dwukrotną przewagę liczebną armii rosyjskiej. Polska kadra wojskowa przewyższała jednak swym wyszkoleniem Rosjan. Żołnierz polski walczył poza tym na własnej ziemi i mógł liczyć na poparcie miejscowej ludności. Na koniec Polacy mogli się spodziewać działań dywersyjnych swoich rodaków na Litwie i Ukrainie.

Początkowy etap wojny był pomyślny dla armii polskiej, która odniosła sukces w bitwach pod Stoczkiem i Wawrem. 25 lutego doszło do krwawej bitwy pod Grochowem. Mimo dużych strat armia polska zdołała powstrzymać przeciwnika w marszu na Warszawę. Rosjanie stracili prawie dziesięć tysięcy żołnierzy. W marcu Polacy przeszli do kontrofensywy. Niezwykle utalentowany generał Ignacy Prądzyński odniósł świetne zwycięstwa w bitwach pod Dębem Wielkim oraz Iganiami.

Po tych sukcesach zapanował jednak okres bezczynności. Przywództwo polityczne powstania nie miało odwagi ani konkretnych planów aby kontynuować ofensywę na ziemiach wschodnich.

W okresie początkowym powstańcy na Litwie odnieśli sporo sukcesów. Do powstania przyłączyła się nawet część chłopów litewskich, których hasłem było: „Polska nie zginęła, póki żyje Żmudź”. Bez poparcia wojsk polskich i wskutek surowych represji władz carskich, powstanie na Litwie wkrótce upadło. Na Ukrainie szeregi powstańców nie przekroczyły więcej niż kilka tysięcy bojowników. Wobec wrogo nastawionej ludności ukraińskiej Polacy nie mieli tam większych szans.

Pod koniec lipca armia rosyjska pod dowództwem generała Iwana Paskiewicza rozpoczęła marsz na Warszawę. Porażki polskich wojsk przyczyniły się do radykalizacji nastrojów w stolicy. Ludność podejrzewała zdradę i celową nieudolność dowodzących armią. 15 sierpnia tłumy warszawiaków opanowały ulice miasta. Doszło do aktów anarchii i gwałtów. Ponad 30 osób, w tym kilku generałów podejrzanych o zdradę lub opieszałość na froncie, powieszono z zimną krwią. Następnego dnia wojsko przywróciło porządek, jednak rozdział radykalnie nastawionej części społeczeństwa z konserwatywnym kierownictwem powstania pogłębiał się.

Pod koniec sierpnia Rosjanie doszli do przedmieść Warszawy od strony zachodniej. 6 września rozpoczął się gwałtowny atak na polskie pozycje. Częścią obrony na Woli dowodził weteran wojen napoleońskich, generał Józef Sowiński, który odrzucił propozycje poddania się i zginął rozsiekany bagnetami rosyjskimi. Po dwóch dniach walki wojska carskie wkroczyły do stolicy.

Upadek Warszawy nie oznaczał końca powstania. Polacy dysponowali jeszcze armią liczącą kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy ale brakowało już chęci do dalszej walki. Również dowództwo wojska skłaniało się ku kapitulacji. Ostatnie punkty oporu poddały się pod koniec października. Część żołnierzy i oficerów przekroczyła granice zaboru pruskiego, gdzie zostali internowani. Przywódcy polityczni powstania udali się na emigrację do Francji.

Istnieje opinia, że powstanie listopadowe było niepotrzebne. Polacy w królestwie kongresowym, mimo wielu ograniczeń i represji, korzystali z prawa samorządu i swobód niedostępnych dla ich rodaków w Prusach i Austrii. Rewolta 29 listopada 1830 r. została wzniecona przez niewielką grupę spiskowców, którzy nie mieli ani większego zaplecza politycznego, ani jasno sprecyzowanych planów. Pomimo to powstanie miało szanse na zwycięstwo. Największym atutem było to, że w odróżnieniu od innych zrywów niepodległościowych w XIX w., w 1830 r. Polacy posiadali regularną, nieźle uzbrojoną armię. Poważnym jednak minusem był brak mądrego i odważnego dowództwa tej armii.

Niezależnie od tragicznego finału, powstanie listopadowe wzmocniło polską świadomość narodową i było ważnym etapem na drodze do niepodległości. Przez następne dziesięciolecia tradycja i legenda powstania miała olbrzymi wpływ na dalszą walkę narodu o wolność i niezawisłość.

Kazimierz Wierzbicki