Hotel „Bristol” w Warszawie. W jego najróżniejszych pomieszczeniach i zakamarkach spędziłem w dzieciństwie niejeden dzień, podobnie jak i w połączonym z nim wówczas Hotelu „Europejskim”. Oba te hotele stoją naprzeciwko siebie na Krakowskim Przedmieściu. Mój ojciec pracował w latach pięćdziesiątych w ich zarządzie, kierując m.in. działem zaopatrzenia i organizacją bankietów. Oprócz gabinetu w „Bristolu”, miał swój służbowy pokój w „Europejskim”. Okresowo przemieszkiwaliśmy w nim całą rodziną. Było to możliwe, bo „Europejski” był wówczas w odbudowie po zniszczeniach wojennych i część ostatniego piętra była czasowo przeznaczona dla pracowników nie mających swojego mieszkania w Warszawie. Zatem przy każdej sposobności przyjeżdżaliśmy tu z podwarszawskiego Świdra, spędzając w tymże hotelu ferie świąteczne i wakacje. Był to wielce atrakcyjny dla mnie czas. Warszawa stawała się moim światem prawdziwym a pobliski Ogród Saski moim ogrodem. Rodzice zaś wydawali jedno przyjęcie po drugim dla warszawskich przyjaciół i krewnych spoza Warszawy. Bywało, że balowali z nimi do rana w „Bristolu”, wracając w wyśmienitych humorach. Chodzili też do występującego tam kabaretu „Szpak”. Bywały też pokabaretowe popitka z aktorami. Dużo by pisać…

W reprezentacyjnej Sali Malinowej Hotelu Europejskiego odbył się bankiet z okazji chrztu moich sióstr. Tańce trwały do białego rana. Były zalecanki, żarty i mini-flirciki. Moja mama była duszą towarzystwa. Świetnie tańczyła. Mimo, że była mężatką i mamą trojga dzieci, podobała się wielu subtelnym i wykształconym panom z górnej półki, jak to się dzisiaj mówi. Ojciec był zazdrosny, ale również i on podobał się pięknym i wykształconym paniom. Znów dużo by pisać… Rodzice byli gościnni, hojni i lubili podejmować ludzi, z którymi łączyły ich bliskie więzy. Ponadto do ojca przychodzili koledzy na partię szachów, do mamy zaś jej przedwojenne przyjaciółki. Działo się.

Dzisiaj „Europejski” jest wewnątrz w kompletnej przebudowie. Nie wiadomo dlaczego naczelny architekt i naczelny konserwator zabytków zgodzili się na dobudowanie mansardy z dodatkowymi piętrami. Przedtem takie piętra dobudowano prawem kaduka w zabytkowym „Bristolu”, który cudem przetrwał wojnę w niemal nienaruszonym stanie. Przemykam się niepostrzeżenie na ostatnie, przeszklone obecnie piętro „Europejskiego” i stamtąd patrzę na Ministerstwo Kultury w Pałacu Potockich, Teatr Wielki, Plac Piłsudskiego, Grób Nieznanego Żołnierza i bijącą za nim fontannę oraz wspomniany Ogród Saski. Oczyma wyobraźni widzę nieistniejący już Pałac Saski z charakterystyczną kolumnadą i obok Pałac Bruhla, najpiękniejsze bodaj dzieło Tylmana z Gameren. Niestety mimo różnych wcześniejszych zapowiedzi nie zanosi się na ich odbudowę. Szkoda, bo byłyby wspaniałą zachodnią ścianą placu Piłsudskiego, w której można by pomieścić potrzebne miastu instytucje. Pobliski uniwersytet wziąłby zapewne Pałac Saski z pocałowaniem ręki, zaś Pałac Bruhla mógły być reprezentacyjną siedzibą ministra spraw zagranicznych, tak jak był nim przed wojną. To właśnie tu pracował i mieszkał minister Józef Beck i tu podejmował swoich gości, zaś w salonie jego żony bywali znakomici intelektualiści i artyści.

Do „Bristolu” wchodzę bez żadnych przeszkód. Gdybym wniósł bombę, nikt by tego nie zauważył. W miejsce zabytkowej windy kryształowej na korbkę, wbudowana jest szybka winda z kryształowymi ścianami. Jak w dzieciństwie przejeżdżam się nią kilka razy od piwnic po ostatnie piętro. Na korytarzach idealna cisza, na stolikach z telefonami czekają długopisy i kartki do notowania z nadrukiem hotelu. Z okien jednej z wnęk, wychodzących na północ, widzę jak na dłoni dziedziniec Pałacu Prezydenckiego. Potencjalny zamachowiec ma stąd świetny punkt do wszystkiego – myślę z zaniepokojeniem. Sprawę tę zgłaszałem już ministrowi Adamowi Kwiatkowskiemu z Kancelarii Prezydenta. Powiedział, że wie o tym… Tymczasem na dziedziniec zajeżdża limuzyna, z której wysiada marszałek Senatu Stanisław Karczewski i wchodzi do Pałacu. Wszystko – jak powiadam – widzę jak na dłoni i robię zdjęcia…

W salach recepcyjnych „Chopin” i „Paderewski” trwają przygotowania do jakichś konferencjo-bankietów, czy też odwrotnie bankieto-konferencji. 60 lat temu te przygotowania nadzorował mój ojciec, podobnie jak i przygotowaniami do uroczystych przyjęć przygotowywanych w „Bristolu” dla prezydium Rady Ministrów. Był cenionym organizatorem, zatem raz i drugi zgłaszano jego kandydaturę na wicedyrektora obu hoteli. Nie był jednak partyjny, tedy nie mógł sprawować tego stanowiska. Mimo namów i obietnic nie zapisał się do żadnej partii, pozbawiając się tym samym szans na mieszkanie w Warszawie z puli pracowniczej.

W restauracjach w „Bristolu” nie ma ani jednego klienta. Sala „Marconi”, w której jadaliśmy obiady, cała w białych obrusach i takichże pokrowcach czeka na gości, którzy wynajmą ją na bankiet. W coctail barze w stylu art deco zaledwie kilka osób. Na fortepianie nikt nie gra. Ceny zaporowe, tak jak i w restauracjach. Zaglądam do wielkiej kuchni, którą pamiętam z dzieciństwa. Mam wrażenie, że jest taka sama, tylko garnki są już nowego typu. Kucharzy nie widać. Przy kuchni była lodziarnia i cukiernia. To w niej cukiernicy przygotowywali dla mnie ciepłe lody z poziomkami, bo nie mogłem jeść lodów zimnych ani pić napojów z lodem z obawy przed anginą, która mnie raz po raz dopadała. Ciż cukiernicy podsuwali mi także inne wspaniałości, wśród których były ciastka nasączane ponczem. Dla dzieci były niedozwolone, ale im bardziej niedozwolone, tym bardziej musiałem je jeść. Lubię niedozwolenia. Cukiernicy trzymali tajemnicę przed ojcem, bo mnie lubili jako wszędobylskiego chłopaka, który przyglądał się ich pracy. Z podziwem patrzyłem jak dekorują swoje cudeńka. Podjadałem, ma się rozumieć, wszystko co się dało. Poncz lubię do tej pory i do dziś podjadam, co tylko można. To widać niestety.

Na dziedzińcu, wśród drzew i kwiatów jest przyjemna kawiarnia na wolnym powietrzu. Zamawiam kawę z koniakiem i oddaję się wspomnieniom. To w owej kryształowej windzie widziałem odjeżdżające w górę nogi Marleny Dietrich, uważane wówczas za najpiękniejsze białe nogi na świecie. Nie podobało się jej w „Europejskim” i trzeba było przenieść ją błyskawicznie do „Bristolu”, gdzie mogła zmieścić się ze swoimi wspaniałymi sukniami. Po występach w Sali Kongresowej zachodziła do wspomnianego coctail baru, gdzie przysiadał się do niej Zbigniew Cybulski. Ze sławnych gości pamiętam jeszcze tenora Jana Kiepurę, którego warszawiacy porywali na ramiona i wirtuoza fortepianu Witolda Małcużyńskiego, wobec którego ojciec czuł wielką estymę. Zwiedzanie „Bristolu” kończę w kawiarni na piętrze, innej niż kiedyś. Chyba teraz ładniejszej. Przy wejściu czeka na mnie wielki fotograficzny portret… Niny Andrycz, która w tymże hotelu została królową mody w roku pańskim 1937. Jest na nim niesłychanie piękna. Znów ożywają wspomnienia…

Andrzej Józef Dąbrowski