Życie zmarnowałem w tej Ameryce! Zdrowie straciłem. I w końcu, przez tę rozłąkę, z żoną się rozstałem. Dzieciom pieniądze posyłałem – w końcu to dla nich wyjechałem, żeby było im lepiej – ale one traktują mnie jak obcego. A mój brat, który nigdy z Polski nie wyjechał? Proszę bardzo: piękny murowany dom, wychuchane wnętrza, dwa niemieckie samochody. Narzekają oczywiście, ale ciągle jeżdżą na egzotyczne wakacje.

Takich wypowiedzi słyszeliśmy kiedyś dużo. Potem mniej – jednak te rozdzielone przez ocean małżeństwa, mieszkanie kątem, odkładanie i wysyłanie pieniędzy – przestały być obowiązującym scenariuszem. Częściej ludzie mieli już stały pobyt, posyłali dzieci do amerykańskiej szkoły i nawet to wynajmowane mieszkanie urządzali tak, żeby przypominało dom. A często dom kupowali. Potem obrastał on w przedmioty. Gdy lokatorzy (częściej: lokatorki) odznaczali się dobrym gustem, skutkiem było miejsce wysmakowane, przytulne, zachęcające do bycia domatorem.

Cytowałem już psychologów, że przeprowadzka, obok śmierci w rodzinie, rozwodu i utraty pracy, jest jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć. Amerykanie są mniej na ten stres podatni – szybko wyprowadzają się z domu, wędrują od stanu do stanu, a raz na jakiś czas wynajmują półciężarówkę U-Haul i z pomocą kolegów przeprowadzają się do innej, tymczasowej kwatery. Trudno więc się dziwić, że i drogie mieszkania nowojorskie mają trzy meble na krzyż. Do czasu jednak – w końcu młodzi zakładają rodzinę i kupują dom pod miastem który, jak dyktuje moda, wyposażają w granitowe kontuary i kominek.

To przydługie wprowadzenie wydaje się potrzebne nie tylko po to, by nabić wierszówkę. Tłumaczy, że oceniamy emocjonalnie, wręcz histerycznie, swoje życie na emigracji na podstawie materialnych rzeczy, finansowych dokonań – lub ich braku. Czy warto było mieszkać w Ameryce? Czy zmarnowałem tam życie? Często argumentami – że zmarnowałem – są… właśnie przedmioty, które się przez te lata kupiło: samochody, meble, telewizor, ekspres do kawy, nawet ubrania i jedzenie.

Mądrzy ludzie – a wielu jest mądrzejszych ode mnie – tłumaczą, że po prostu trzeba było żyć, że tak czy inaczej by się jadło i kupowało dżinsy. Że meble i sprzęt stereo zużywają się, a życie toczy się dalej. Przecież, nie wyjeżdżając z Polski, także byśmy kupowali telewizory, spodnie i chleb.

W rzeczy samej, nikt przeniósłszy się na stałe z małego miasteczka np. do Warszawy, gdzie teraz kupuje i urządza miekanie, nie rozdziera szat nad meblami i sprzętami domowymi, tym bardziej ubraniami czy obiadami w restauracjach kiedyś w rodzinnym mieście. Życie zachowuje ciągłość. Żadnego okresu życia nie uważa się za czas zmarnowany. Gdy bowiem mieszka się ciągle w jednym kraju, ma się poczucie, że nasze wysiłki budują egzystencję, karierę, w sensowny i logiczny sposób. Studia owocują dobrą posadą, ciężka praca pozwala kupić mieszkanie, posiadanie oparcia w rodzinie daje sens wydawania pieniędzy na rozrywki i przyjemności z bliskimi. To wszystko jakoś nas buduje, wzmacnia, osadza jako obywateli i fachowców, procentuje w przyszłości. (Chyba że się tu całkowicie mylę.)

Problem z emigracją jest taki, że kosztowała nas ona nieprawdopodobnie wiele wysiłku: emocjonalnego przede wszystkim, ale też fizycznego. Życie Polaka w Ameryce było nieustanną drogą pod górę, zdobywaniem kolejnych stacji. Może inaczej było kiedyś, może też inaczej mają dzisiaj młodzi, którzy przyjeżdżają do USA od razu na studia. Dla mojego pokolenia emigrantów, było to stopniowe nabywanie atrybutów dobrego obywatela. Niczym niewolnik (a każdy z nas jest nim trochę), starałem się przypodobać, zasłużyć sobie, zapracować na kolejne przywileje: wizę pracowniczą, zieloną kartę, prawo jazdy, obywatelstwo. Wespół z innymi imigrantami próbowałem przerwać zaklęty krąg: nie dostaniesz karty kredytowej bo nie masz historii kredytowej – i odwrotnie. I potem były kolejne, coraz bardziej prestiżowe karty: złote i – a jakże! – platynowe. W górę szedł credit score. Stała praca i okazane rachunki za telefon pozwoliły wynająć mieszkanie; rekomendacje i stan owego credit score zaowocowały w końcu wielką łaską przyznania przez bank kredytu na dom. Przez kolejne lata, jak owi niewolnicy, grzecznie płaciliśmy każdy rachunek, ratę, podatek. Z roku na rok więcej dawaliśmy nowemu krajowi – i też, jak na prymusów przystało, coraz więcej dostawaliśmy w zamian. Żyliśmy teraz lepiej i w ładniejszym miejscu, obok fajniejszych, na poziomie ludzi. Awansowaliśmy w pracy, zarabialiśmy więcej i zaczynaliśmy wreszcie żyć jak wielu „normalnych” Amerykanów. Były więc wyjścia do restauracji na kolację, wypady na Karaiby i do Kalifornii. Nasze ubrania, kiedyś zdradzające świeżego imigranta z bloku wschodniego, wtapiały się w nowojorski tłum; ba, czasem wyróżniały na korzyść. Język poprawiał się, coraz częściej byliśmy uczestnikami rozmów po pracy i na ulicy. Przyjmowaliśmy wiele zwyczajów, które nam się spodobały: luz w ubiorze i zachowaniu, uśmiech do sąsiada, powściągliwość opinii w rozmowach z obcymi, tolerancję na inność. Polubiliśmy wreszcie hamburgery a nawet football, zwłaszcza jeśli oglądany z grupą entuzjastycznych amerykańskich kibiców. Nawet Dzień Dziękczynienia dołączyliśmy do swoich świąt – i polubiliśmy w nim wszystko, od indyka z nadzieniem i żurawinami, po serdeczne spotkania z przyjaciółmi.

Nasza nieustępliwość i niejedna przepłakana noc przyniosły nam coś wielkiego: Ameryka, ta mocna, piękna i wyniosła kobieta, wreszcie nas zaakceptowała. Raczej się w nas nie zakocha ale przynajmniej pozwoliła nam u siebie zamieszkać.

(Piszę o amerykańskich doświadczeniach ale zapewne odnoszą się do Polonii we Francji czy Australii.)

Jeśli ktoś wraca do Polski, próbuje zrobić bilans, czy mu się emigracja opłacała. Mało kto przywozi majątek. Wspomina się więc tę mozolną drogę pod górę, te wszystkie zdane za granicą egzaminy z życiowej dzielności i pokory.

I wtedy przychodzi nieuchronne pytanie: Czy było warto się tak starać?

Jan Latus