Przyglądam się malowidłu włoskiego mistrza. Rimini leżało na szlaku wojennych bitew z hitlerowskimi Niemcami. Miasto zostało poważnie zniszczone, Tempio zbombardowane, fresk uszkodzony.

Odbudowa kościoła trwała długo, a rekonstrukcja obrazu nie była możliwa do końca. Postać suplikanta, klęczącego Sigismundo, widoczna jest jednak dokładnie. Kondotier klęczy przed świętym /cesarzem, jego czarne włosy z fryzurą „na giermka” i profil wyraźnie konturem zaznaczony. Nieproporcjonalnie wielkie dłonie złożone do modlitwy. Ubrany jest w paradny płaszcz. Na fresku złuszczona farba nie oddaje bogactwa haftowania tej peleryny. Można ją obejrzeć na innym obrazie, niewielkim portrecie znajdującym się obecnie w Luwrze. Malatesta, przedstawiony na czarnym tle, na obrazie pochodzącym z tego samego roku, co fresk w Rimini. Nie ulega wątpliwości, że malarz „od Franciszki” posłużył się w obu przypadkach jednym kartonem – wyciętym profilem Sigismundo. Robił to niejeden raz. Jeśli porównamy twarze z wielu fresków Piera, to przekonamy się, jak wiele rysów twarzy jest identycznych, powtarzają się na wizerunkach malarza. Nie ma wątpliwości: zręcznie posługiwał się raz stworzonymi kartuszami, aby odwzorowywać je później w różnej skali.

Namalował podobny (ten sam?) płaszcz Sigismunda bez kołnierza, zapięty pod szyję. A że oddał podobieństwo modela dobrze, przekonuje porównanie do wizerunku Malatesty z profilu na medalu wykonanym przez Pisanello w 1445 roku, czyli sześć lat wcześniej. Widzimy tę samą fryzurę, identyczny nos – duży spłaszczony, jakby złamany. Zapewne w czasie jednej z licznych awantur wojennych kondotiera.

Co jeszcze widzimy na fresku w Tempio? Girlandy, kartusz rodowy i dwa pilastry. Te ostatnie stwarzają wrażenie jakby stanowiły fragmenty wsporników ściany, na której powstało malowidło. Niby-kolumny nadają charakterystycznej dla malarza, statecznej stabilizacji kompozycji: to, co przedstawia, jest mocno osadzone na ziemi, zgoła wbite w nią, trwałe, silnie wsparte. Świat della Franceski jest mocny, solidny, niewzruszony.

Z prawej poniżej okrągły obrazek przedstawia zamek-twierdzę. Artysta użył dość prostego wybiegu, aby przedstawić wielkie dzieło budowlane Malatesty – twierdzę La Rocca, wzniesioną według własnego projektu. Potężna warownia nawet dzisiaj uważana jest za jeden z cudów włoskiej architektury. Piero namalował okno, przez które widać właśnie jedynie to, co świadczy o dokonaniach patrona – La Roccę.

Dwa psy, biały i ciemny, są jedynymi świadkami tej sceny. Domyślamy się ich symbolicznego znaczenia, ale jakiego? Odpada sugestia, że jest to element heraldyczny. W herbach Sigismundo nie ma psów. Z gatunku chartów, leżą czujne. Tradycyjnie w ikonografii pies jest symbolem wierności – wszelkiej, z czasem sygnalizował wyłącznie wierność małżeńską. Ale czy ta tradycja sięgała aż czasów della Franceski? Raczej bliższe byłyby mu obyczaje i wierzenia w symbolikę i magię zwierząt, przekazywane w tradycji ustnej i w księgach, jak w popularnych „bestiariach”, które rozpalały wyobraźnię. W powszechnych w tamtych wiekach przekonaniach zwierzęta, jak i cała przyroda, to nie tylko element naturalnej rzeczywistości, ale także część moralnego porządku wszechświata, toteż jest ona nosicielką symbolicznych znaczeń.

W jednym z bestiariów czytam, że psia zdolność do leczenia ran przez ich lizanie symbolizuje szansę na wyleczenie rany grzechów przez spowiedź. Fresk w Tempio miałby więc konfesyjny wymiar: Sigismundo klęczy pobożnie przed swym świętym patronem, któremu wyznał swe grzechy. Malatesta miał burzliwą, niepiękną przeszłość, ale oto oczyszczony z dawnych występków dostępuje łaski zbawienia. Miał tak fatalną opinię, że podejrzewano go nawet o otrucie swej żony (czy nawet obu żon). To chyba nieprawda, ale plotka sugeruje, jakie miano o nim powszechnie mniemanie.

Osobiście sugerowałbym jednak inną interpretację tego osobliwego elementu fresku, na którym artysta przedstawił to, co najważniejsze, co najlepiej światu prezentuje patrona dzieła malarskiego. Psy, skierowane czujnymi pyskami w lewo i prawo, na wschód i na zachód, mają charakteryzować samego Sigismundo, wiernego chrześcijanina, gotowego do walki o jedność chrześcijaństwa.

Fresk powstał na dwa lata przed upadkiem Konstantynopola, jednego z najbardziej dramatycznych w skutkach wydarzenia chrześcijańskiej Europy. Malatesta chciał odegrać istotną rolę w spotkaniu przedstawicielu obu odłamów Kościoła chrześcijańskiego w Ferrarze. Nie doszło do niego z powodu zarazy w mieście i przeniesiono konferencję na szczycie do Florencji. Później Malatesta lansował silnie wersję krucjaty przeciwko Turkom i odbicie Konstantynopola z ich rąk. Sugerował, że włoscy przywódcy, jako najlepiej wyćwiczeni w bojach, ruszą przeciwko niewiernym, zaś koszty militarnego przedsięwzięcia poniosą inne państwa Europy. Oferta typowa dla najemnego żołnierza, nie spotkała się z entuzjazmem i projekt odepchnięcia Turków w głąb Azji upadł. Z powodu pieniędzy? Nie tylko. Mimo zawartego na zjeździe florenckim porozumienia o pojednaniu odłamów chrześcijaństwa, oba te światy odeszły od siebie tak daleko, że niewielu już emocjonowało się perspektywą zjednoczenia, a ideologia krucjat degenerowała się, uległa dawno kompromitacji po tym, jak czwarta z kolei pobożna wyprawa nawet nie dotarła do celu, a skończyła się na złupieniu stolicy wschodniego chrześcijaństwa, Konstantynopola.

Był początek XIII wieku.

Czesław Karkowski

„Na emigracji“, najnowsza książka Czesława Karkowskiego, do kupienia w księgarni Amazon: amzn.to/2g0fY9A