Za nami rodzinne święta: dzień matki, dzień dziecka i dzień ojca. Portale społecznościowe, jak co roku, wypełniły zdjęcia noworodków, archiwalne fotografie zacnych przodków, zabawne ujęcia szczerbatych pociech, którymi kiedyś byliśmy oraz podziękowania dla rodziców za to, że są. Lub byli. Tymon Tymański, wokalista, kompozytor, multiinstrumentalista, autor tekstów i scenarzysta ma czwórkę dzieci. Najstarszy syn ma 26 lat, najmłodsza córeczka – dwa. „Wróciłem do ojcostwa z myślą, że wreszcie uda mi się zrobić to porządnie i dobrze. […] Pierwsze moje ojcostwo było cokolwiek niepełne, ponieważ nie wybierałem życia z mamą syna. Po prostu pewnego dnia pewna Szwajcarka namówiła mnie na dość abstrakcyjny jak na Polaka Anno Domini 1991 związek”- opowiada Tymański. Dziewczyna oznajmiła, że chce mieć z muzykiem dziecko, jest samowystarczalna, nie oczekuje alimentów ani pomocy, chce tylko „dobre geny”. „Pogadałem z moim przyjacielem i po szczeniacku stwierdziliśmy, że to śmieszny pomysł, więc czemu nie, skoro w dodatku nie była to dziewczyna z Lęborka i nie trzeba było jej płacić alimentów i z nią być. Nie ukrywam, że była to decyzja lekkomyślna”- przyznaje artysta. Kiedy kilka miesięcy później Szwajcarka pojawiła się na koncercie Tymańskiego ze sporym już brzuszkiem, ten poczuł zew rodzicielstwa. „Wtedy po raz pierwszy odezwał się we mnie ojciec”- wspomina Tymon. „Pewnie dlatego, że w moim życiu był ojciec, choć go nie było zarazem, bo miałem ojca pozbawionego kontaktu, trochę aspergerowskiego, za szybą, ale sympatycznego, uczciwego, dobrego, rzetelnego, jak coś powiedział, to słowa dotrzymywał”- twierdzi muzyk. Dlatego też postanowił pojechać do Szwajcarii, by uczestniczyć w porodzie, po czym został na miesiąc z dzieckiem i jego mamą, co – jak można sobie wyobrazić – nie zostało dobrze przyjęte przez jego ówczesną żonę. „Cierpiała, była zazdrosna, aż pojechała do Simone, zaprzyjaźniła się z nią i temat się skończył”. Dziś z najstarszym synem – Lucasem – są przyjaciółmi. Właśnie wystąpili w programie podróżniczym „Azja Express”, który jesienią będzie można oglądać w telewizji. Ostatnia żona Tymona jest od niego młodsza o 19 lat i urodziła mu dwoje dzieci. „Nasz dom przypomina afrykański model rodziny „łatanej”, w której jest miejsce dla wszystkich dzieci”- przekonuje muzyk. Zapytany o sukces, Tymański odpowiada: „To, że po kupnie domu udało nam się pozszywać ten patchwork, choć czasami trzeszczy w szwach, bo małe dzieci rosną i dają czadu”. „Uczę się ojcostwa całe życie, w tej nauce nigdy nie byłem doskonały, ale domyślam się, że żadne z moich dzieci nie powie kiedyś: „Bałem się ojca, bo był groźny, dziwaczny, jadł obiad i milczał”. Jestem trudny, jestem artychą i egolem, mam swoje widzimisię. Ale jestem też obecny: rozmawiam, rozumiem, kocham i wybaczam”- mówi Tymański. I dodaje: „Nie chciałbym urazić ludzi, którzy nie mają dzieci, ale dla mnie życie bez dzieci byłoby niewyobrażalne. One są najlepszym, co mi się przydarzyło”.

*

„Nadal mam słabość do pijaków, bo lubię, po prostu lubię takich ludzi”- mówi Tomasz Stańko, wirtuoz jazzowej trąbki, który przez lata tkwił w nałogu. „Jak miałem w zespole pianistę pijaczka, który solidnie dawał mi w kość, to i tak jakoś lubiłem go najbardziej. Lubię tych straceńców. Natomiast sam stan upicia czy przyćpania nic nie daje, jest bez sensu. Liczy się czysty umysł i praca od 6 do 12. Zresztą młodzi artyści już stronią od nałogów albo rzucają używki. Ja się bałem rzucić wszystko, bałem się, że bez tego będę nikim. A martwili mnie szczególnie pisarze, bo tak: Hemingway się zabił, Faulkner nie przerwał, a O’Neil zaczął pisać komedie. Rany boskie, co będzie ze mną – myślałem. A okazało się to w moim przypadku bez znaczenia. Uratowała mnie rutyna grania. Z wściekłością musiałem przyznać, że gra mi się nawet lepiej, bo samo wejście na scenę daje haj”- stwierdza Stańko. Będąc w stanie upojenia, artysta oddawał się najróżniejszym ekstrawagancjom. Na przykład kupował kolorowe ptaki. „Nazbierałem ze trzydzieści sztuk. Oddałem im jeden pokój, a na środku postawiłem im nawet drzewo. Uchylałem drzwi do ich pokoju, siadałem w wannie i słuchałem, jak rozmawiają”. Gdy trębacz wyszedł z nałogu, papużki porozdawał znajomym, ale nie przestał interesować się przyrodą. „Zwierzęta mnie fascynują”- wyznaje. „Kocham psy, uwielbiam oglądać filmy przyrodnicze na Discovery. Czy wiecie, że młoda lwica potrafi zdjąć skórę i odsunąć kości upolowanej ofiary po to, by stara bezzębna lwica mogła zjeść miękkie wnętrzności? Żeby mogła się pożywić. A my mówimy – okrutne drapieżniki. Przypisujemy sobie wyłączne prawo do odruchów altruistycznych. Nic nie wiemy o zwierzętach!”- podsumowuje. Stańko przeszedł właśnie poważną operację kręgosłupa. „Nie mogę powiedzieć, że się nie bałem. Dopuszczałem myśl, że może mi na resztę życia zostać tylko krzesło. Tak bym nie chciał. Jednak nie chcę też przyłączyć się do tych żółtków, co ich widziałem w szpitalu. Tych, co żyją, ale już są woskowi ze strachu, ile im zostało”- wyznaje. Trębacz skończy w lipcu 75 lat.

*

Jest wyrazista. Nie tylko na ekranie. Angażuje się politycznie, o trudnych tematach mówi prosto z mostu. Jedna z najpiękniejszych kobiet świata – Scarlet Johansson – właśnie zaszokowała opinię publiczną śmiałym wyznaniem, że pozostawanie w wieloletnim związku z tą samą osobą jest czymś… nienaturalnym. „Monogamia wymaga nieustannej, intensywnej pracy. Czasem to praca ponad siły, często idąca na marne. Sądzę, że trwanie w monogamicznej relacji jest po prostu niezgodne z ludzką naturą. Z całą pewnością dotyczy to mężczyzn, ale i kobiet, szczególnie teraz, kiedy stałyśmy się niezależnymi jednostkami. W przypadku moich poprzednich relacji, wliczając w to obydwa małżeństwa, problem monogamii był zawsze kluczowy”- stwierdziła Johansson. Ponętna blondynka wyznała, że coraz mniej wierzy w instytucję małżeństwa. „Każda wygrana ciągnie za sobą jakąś porażkę. I odwrotnie. Chodzi tylko o to, żeby wybrać, na czym najbardziej ci zależy. Małżeństwo jest bardzo romantyczną ideą, tyle że ekstremalnie trudną do wcielenia w życie, prawie niemożliwą, zupełnie jak realny socjalizm”- śmieje się. „Mogą mnie ukamieniować, a ja i tak będę trwać przy swoim zdaniu- że w monogamii nie ma nic naturalnego. Jasne, można próbować wytrwać, ale to beznadziejny wysiłek”.

Weronika Kwiatkowska