Z Markiem Pantułą z Przemyśla, honorowym członkiem  Towarzystwa Polskiej Kultury „Jasna Góra” w Naddniestrzu rozmawia Leszek Wątróbski.

– Co łączy Cię z Naddniestrzem?
– To bardzo ciekawy region. Naddniestrze ogłosiło swoją niepodległość w 1990 r., ale uznała ją tylko Abchazja i Osetia. Na arenie międzynarodowej Naddniestrze uznawane jest za część Mołdawii, jako jej region autonomiczny. Wiąże się z tym wiele problemów i ograniczeń.

Ja jestem honorowym członkiem tamtejszego Towarzystwa Polskiej Kultury „Jasna Góra” – co sobie bardzo cenię i traktuję jako prawdziwy zaszczyt.

– Kiedy i jak zaczęła się dla Ciebie przygoda z tamtejszą Polonią?
– To było sześć lat temu. Pewnego ranka miałem metafizyczny sen. Śnili mi się Polacy z Naddniestrza. Nie fizycznie, tylko symbolicznie. Kiedy się zbudziłem, intensywnie myślałem tylko o nich, chociaż nie miałem ku temu żadnych bezpośrednich powodów. Naddniestrze nie było wówczas jeszcze tak dobrze znane. Nie miałem też żadnych związków rodzinnych z tamtymi stronami. Pojechałem do mojego przyjaciela i powiedziałem, że wybieram się do Naddniestrza – był bardzo zdziwiony. Moja decyzja pozbawiona była zupełnie podstaw racjonalnych. W owych czasach funkcjonowały tam przecież zaostrzone przepisy. Obecnie jest już zdecydowanie lepiej. Republika Naddniestrzańska otwiera się powoli na Europę. Tam dużo, a nawet może wszystko, zależy od polityki z Rosją.

– Kiedy udało Ci się zmaterializować swój sen?
– To był rok 2010. Wtedy nawiązałem współpracę z prezesem Towarzystwa Polskiej Kultury „Jasna Góra” w Naddniestrzu – Natalią Siniawską-Krzyżanowską, która jest naszą wspaniałą rodaczką, a która urodziła się w sienkiewiczowskim Raszkowie w Naddniestrzu, gdzie rozgrywa się akcja „Pana Wołodyjowskiego” Henryka Sienkiewicza.

Wśród Polonii naddniestrzańskiej szczególnie wyróżnia się zdolna młodzież. Pracuje z nią właśnie Natalia Siniawska-Krzyżanowska. Jest także zespół „Koraliki” prowadzony przez panią Natalię, która ukończyła w tym roku psychologię i kontynuuje studia. Brakuje tam tylko nauczyciela języka polskiego. Złożyliśmy wprawdzie, w ubiegłym roku, projekt, który otrzymał dofinansowanie. Na nasz apel nikt jednak z Polski się nie zgłosił.

Wielka szkoda, że Naddniestrze budzi relatywnie małe zainteresowanie w Polsce. Przecież to Europa. Naddniestrze nie jest nadal uznawane przez żadne państwo na świecie. Wyjątek stanowią podobne twory – takie jak: Abchazja i Osetia Południowa.

Naszym więc obowiązkiem, szczególnie nas Polaków w kraju i na świecie, jest zainteresować się rodakami w Naddniestrzu. I pomóc im w powrocie do swych polskich korzeni. Oni przecież chcą tam podtrzymywać i podtrzymują kulturę polską. Chcą też uczyć się języka polskiego. Jest to życzenie wszystkich tam mieszkających z którymi rozmawiałem – starszych i młodych. Coraz więcej osób zapisuje się do Towarzystwa Polskiej Kultury. Dwa lata temu Towarzystwo liczyło około 200 osób. Dziś ma ono, razem z dziećmi, prawie 600 członków oficjalnie zapisanych.

– Z tego co mówisz decydującą rolę odgrywa prezes Towarzystwa…
– Natalia Siniawska-Krzyżanowska jest postacią charyzmatyczną. Wszystko co tam robi, dla podtrzymywania kultury i tradycji polskiej, jest autentyczne i prawdziwe. A to znaczy, że jest ideowe i nie ma w tym żadnego interesu. Jestem pod wrażeniem jej autentyczności, spontaniczności i hierarchii wartości, którą coraz rzadziej spotyka się w Europie Zachodniej czy w Polsce. Powiedzmy sobie szczerze – cywilizacja wartości w powszechnym rozumieniu powoli umiera. A te wartości, o których rozmawiamy, znajdują się jeszcze na wschodzie Europy – paradoksalnie na wschodzie.

– Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie z Natalią Siniawską-Krzyżanowską?
– To był rok 2011. Jechałem tam z gotowym projektem, który nosił tytuł „Polscy artyści Polakom w Naddniestrzu”. Wszyscy na granicy byli uprzedzeni o naszym przyjeździe, także pogranicznicy. Zjawiła się też osobiście prezes Natalia Siniawska-Krzyżanowska. Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie na ziemi naddniestrzańskiej w Raszkowie. Tam pani prezes przedstawiła mi swoje marzenie – zbudowanie Domu Polskiego. Jej pomysł bardzo mi się spodobał.

– Co było dalej?
– Za pieniądze darczyńców z Polski, postanowiliśmy kupić działkę w Raszkowie i powołać do życia Dom Polski, w którym polska tradycja i kultura będzie miała swoje fundamenty. Kupiliśmy teren o powierzchni 16 arów, na którym od strony zachodniej można było podziwiać piękny, leniwy Dniestr, a od strony wschodniej piękny i dostojny kanion raszkowski, do którego prawie sięga nasza działka. Nasza to znaczy wszystkich nas Polaków mieszkających w Polsce i na całym świecie.

Chcę to bardzo mocno podkreślić, że ten dom jest naprawdę wszystkich Polaków rozsianych po całym świecie, do którego zapraszamy bardzo gorąco! Zbudowany jest w stylu mołdawskim, ale i trochę w polskim, bo są tam np. zapiecki, takie jakie budowano w czasach Marii Konopnickiej i wcześniej. Cały dom posiada duszę. Mówią o tym osoby, które w nim, w różnych sytuacjach, pomieszkiwały.

– Jak duży jest ten dom?
– Dom Polski w Raszkowie składa się z dwóch części. Pierwsza część główna ma w pewnym sensie charakter zabytkowy. Druga część ma charakter gościnny. Składa się z kuchni letniej, do której dobudowaliśmy pokoje noclegowe tak wyposażone, żeby można było mieszkać w nich wygodnie przez parę dni. W budynku głównym mamy też trzy pokoje gościnne. Myślimy teraz o zrobieniu poddasza w nowej części, w którym znalazłoby się miejsce jeszcze na dwa pokoiki. Musimy teraz szybko wymienić dach w starym domu oraz podłogi. Chcemy go też całościowo wyremontować. Do zakończenia remontów potrzebujemy jeszcze 40 tys. zł (ok. 10 tys. euro). To nie są duże pieniądze, bo ten dom po zakończonym remoncie będzie naprawdę ładny i funkcjonalny. Uważam, jako współautor powstania tego domu, razem z panią Natalią Siniawską-Krzyżanowską, że to będzie prawdziwa architektoniczna perełka.

Przy Domu Polskim tworzymy ogród sztuki, w którym odbywać się będą nasze spotkania z kulturą i artystami polskimi. W naszym ogrodzie odbył się już pierwszy wernisaż „Polacy z Naddniestrza”. Zaprezentowaliśmy fotografie poświęcone tamtejszej Polonii. Wernisaż zgromadził całkiem sporą, jak na tamte warunki, grupę naszych rodaków.

– Co jeszcze ciekawego zobaczyć można w Raszkowie?
– Mamy tam kościół rzymsko-katolicki będący najstarszą świątynią w całej Mołdawii, liczący sobie ponad 400 lat. Legenda na którą lubią powoływać się miejscowi mówi, że Wołodyjowski – choć jest to postać fikcyjna – brał tam ślub z Baśką.

W Raszkowie mamy też polski cmentarz z przełomu XVII i XVIII wieku, na którym pochowani są wyłącznie Polacy. Są tu też ruiny wspaniałej renesansowej synagogi z freskami. Podobną do niej zobaczyć można tylko w Jerozolimie. Są to już wprawdzie tylko ruiny, ale freski, póki co, jeszcze się dobrze trzymają. Jest wreszcie prawosławna cerkiew. Dawniej były też jeszcze cerkiew ormiańska i greko-katolicka. To wszystko znajduje się w pobliżu naszego Domu Polskiego. Na terenie pobliskiej Rybnicy mamy drugi kościół rzymsko-katolicki. Jest tam również wąwóz Horpyny. W wiosce zaś Słoboda-Raszków nadal mieszkają prawie sami Polacy. Jest to wioska, oddalona o sześć kilometrów od Raszkowa.

Polacy zamieszkali tam po Powstaniu Listopadowym. Byli to zesłańcy polityczni – tacy jak Konfederaci Barscy oraz osoby, które wyjechały z kraju szukając lepszego losu.

– Ilu Polaków mieszka dziś w Naddniestrzu?
Statystki podają, że na blisko 500 tys. wszystkich tamtejszych mieszkańców, około 8-10 tys. osób ma polskie pochodzenie.

– Jakie projekty udało się Wam zrealizować w Domu Polskim?
– Wiele z tych już zrealizowanych i tych, które mamy w planie, wiąże się z Sienkiewiczem. W 2016 były więc dni naszego Noblisty. Zorganizowaliśmy publiczne czytanie Trylogii. Chcemy, aby raz w roku odbywał się tam festiwal poświęcony pamięci tego znakomitego pisarza, na który do Raszkowa przyjeżdżaliby artyści, ludzie kultury, sztuki i nauki. Aby odbywały się tam spotkania, koncerty, wernisaże czy prelekcje.

Będą też dni filmu i książki polskiej. Bardzo zależy nam na tym, aby to wszystko odbywało się ponad podziałami, było wielokulturowe i cykliczne.

– Czy w polu waszych zainteresowań jest wyłącznie kultura?
– Nie tylko. Prowadzimy tam również na przykład akcję medyczną. Do Naddniestrza przyjeżdżają polscy lekarze na profilaktyczne badania polskich rodzin, ale badają jak trzeba, także ich mołdawskich sąsiadów. Przez ostatnie dwa lata robiliśmy takie badania w Słobodzie-Raszków, Raszkowie i Tyraspolu. Badanym zakładamy kartoteki, wszystko jest robione profesjonalnie, zgodnie z przepisami. Efektem tych akcji medycznych była operacja trzyletniego dziecka z polskiej rodziny, mieszkańców Słobody-Raszków, któremu groziło trwałe kalectwo. To była bardzo specjalistyczna operacja. Podjęła się jej, zupełnie bezinteresownie – z dobrej woli, dr Maria Łydka z Rzeszowa. Operacja się powiodła i w ten sposób uratowaliśmy małego człowieka.

– Wiem, że jesteś rehabilitantem i terapeutą osób niewidomych… Powiedz trochę więcej o sobie.
Mam 56 lat. Interesuję się filozofią. Od 18 lat zajmuję się Polakami mieszkającymi w Europie Wschodniej. Jestem twórcą festiwalu transgranicznego osób niepełnosprawnych pod nazwą Bukowińskie Spotkania ze Sztuką, gdzie chorych leczymy np. muzykoterapią. Zabierałem tam ze sobą polskich artystów, którzy specjalnie dla nich występowali. Wprowadziłem tam różne elementy terapii. Bukowińskie Spotkania ze Sztuką odbywają się na Ukrainie i w Rumunii oraz od pewnego czasu na Mołdawii. Podobne rzeczy, pod różnymi nazwami, organizujemy teraz w Naddniestrzu.

Kocham też góry. Staram się wyjeżdżać w góry jak najczęściej, ale nie traktuję tego jak ucieczkę, czy poszukiwanie spokoju. Jestem osobą, która swoją wolność odnaleźć może także w tłumie. Góry są niejako moją samotnią, obok samotni, którą mam w sobie.

– Życzę powodzenia w budowie dachu Domu Polskiego oraz w budzeniu świadomości tamtejszej Polonii.

Dziękuje za rozmowę.

Leszek Wątróbski

 

Doktor nauk humanistycznych, autor książek: “Polskie osadnictwo w Nowej Zelandii”, “Polacy w Bułgarii”. watrobski.wordpress.com