Warszawa jest super! Z przyjemnością po niej chodzę. Słoneczne dni dodatkowo ją rozjaśniają. Możliwości wszelakich jest tu tyle samo co w Paryżu, Berlinie i Wiedniu, o czym mogłem się osobiście przekonać nie po raz pierwszy. Czasu niestety nie staje, żeby wszędzie być i wszystko zobaczyć. W teatrach ciekawy repertuar. U Jarzyny i Warlikowskiego przedstawienia idą kompletami. Przychodzi na nie publiczność młoda wiekiem, ale nie brakuje też średniaków. Do teatrów Krystyny Jandy i Michała Żebrowskiego trudno się dostać. Prowokacyjna „Klątwa” w Teatrze Powszechnym przyjmowana jest owacjami na stojąco przez widzów zróżnicowanych wiekowo. Pikiety organizowane przez nacjonalistów i kółka różańcowe przynoszą efekt zgoła odmienny od zamierzonego. Inne spektakle na tej scenie też cieszą się zainteresowaniem, począwszy od „Mewy”. W Teatrze Narodowym piękna wizualnie „Opowieść zimowa”, znakomity „Garderobiany” z kreacjami Jana Englerta i Janusza Gajosa. Tenże Gajos wspaniale gra w „Mszy za miasto Arras”, pokazywanej także w telewizji. Jerzy Radziwiłowicz jest wspaniałym Orgonem w „Tartuffie”, czyli w „Świętoszku”. Z dawnej premiery tegoż przedstawienia zapamiętałem też Danutę Stenkę jako Elmirę i Karolinę Gruszkę w roli Marianny. O dziwo Wojciech Malajkat w roli tytułowej dał się zdominować wspomnianemu Radziwiłowiczowi.

W kinach te same filmy, co w Nowym Jorku i Paryżu, sporo ciekawych koncertów, sporo wystaw indywidualnych i zbiorowych. W Muzeum Narodowym pod dyrekcją Agnieszki Morawińskiej coraz więcej znakomitych inicjatyw, także dla najmłodszych. Przed tymże muzeum leżaki i hamaki czekają na zmęczonych, można na nich także przetrawiać wrażenia doznane podczas zwiedzania. Leżaki są również przed teatrami, kinami, różnymi centrami i galeriami handlowymi. Warszawiacy zalegają na nich chętnie, wystawiając ku słońcu nie tylko twarz, ale i ciało. Leżaków nie brakuje też przy restauracjach, kawiarniach, pubach i w parkach. Parki natomiast łączą się w ciągi zieleni i spowite są dziś zapachem jaśminu, przeplatanym zapachem lip. Dawne rachityczne drzewka na Muranowie, Ursynowie, Natolinie i Ochocie stały się dzisiaj pomnikami drzew. Można wręcz powiedzieć, iż zieleń spowija całą Warszawę. Każda dzielnica ma przynajmniej jeden duży park. Widać to świetnie z ostatniego piętra Pałacu Kultury i innych punktów widokowych. Oba brzegi Wisły też stają się parkami i zarazem plażami. W piątki, po pracy, odbywa się na nich firmowe zbiorowe piwopicie. Zupełnie jak w Londynie nad Tamizą i w Nowym Jorku nad Hudsonem przy World Trade Center. Nowożeńcy chętnie fotografują się na tle lewobrzeżnej panoramy miasta. Stateczki krążą od brzegu do brzegu. Przybywa restauracji, kawiarń, barów, pierogarń, niedrogich jadłodalni typu „Duża Micha” i piwiarń. Nie widzę w nich pijanych. A jeśli już, to są to ordynarnie zachowujący się Anglicy. W porach obiadu wiele śródmiejskich lokali jest wypełnionych do cna i trzeba czekać na miejsce. „U Dobrego Wojaka Szwejka” na placu Konstytucji, przy hotelu MDM, niemal panuje zawsze tłok, podobnie jest w restauracjach i restauracyjkach na sąsiednich ulicach. Modna jest znowu Hala Koszykowa, modne są egzotyczne lokale, m.in. na Poznańskiej. O placu Konstytucji mówi się teraz żartobliwie – „Plac Dobrej Zmiany”.

Tabor autobusowy i tramwajowy jest już niemal całkowicie nowy. Owszem, wygodny. Nawet dla rowerzystów i osób objuczonych bagażem. Z monitorami informacyjnymi. Lektorzy ze świetną dykcją zapowiadają kolejne przystanki, właściwie akcentując słowa. Dziś to unikat. Mankamentem na tychże przystankach jest brak map pokazujących bliską okolicę i jej położenie na planie miasta. Paryż pod tym względem jest nieprześcigniony. Na szczęście na większych skrzyżowaniach są drogowskazy.

Cykliści mają do dyspozycji szerokie pasma rowerowe, szersze nieraz niż ciągi dla pieszych. Śmigają po nich jeden za drugim. Ilekroć spojrzę za okno, tylekroć widzę rowerzystów pomykających do AWF-u i Lasu Bielańskiego. W polu mojego widzenia nie brakuje również deskorolkowiczów i hulajnogowiczów, ale rowerzystów jest zdecydowanie najwięcej. Wielu w kaskach i specjalnych cyklistowskich ubraniach. Bywa, że niegrzecznie pokrzykują na pieszych, którzy niebacznie idą ich pasmem. Rowery miejskie też mają powodzenie i to nie tylko przy parkach i na dużych placach. Coraz więcej jest stojaków, do których można je przywiązać.

Zgrzytem w komunikacji miejskiej i na ulicach są kibole i niektórzy kibice. Ich zachowanie i język daleko odbiegają od tego, co nazywamy normą społeczną. Powiem wprost – jest w nich coś bydlęcego. Można się ich bać. Mimo to są hołubieni w prawicowo-narodowych mediach i postrzegani jako patrioci, których powinno się naśladować.

Na placu Zbawiciela kawał w noc siedzą hipsterzy i młodzi ludzie. Roześmiani i przyjemni. Ładni nierzadko i ładnie ubrani. Nie wyglądają jak młodzi gniewni, nie przypominają hipisów, nie są rapowcami. Nie wiem, kim są właściwie. Kiedy ich o to pytam, mówią, że są zwykłymi ludźmi, którzy lubią być w tym miejscu. Unikają samodefinicji. Sprawiają wrażenie szczęśliwych. Uśmiechają się przyjaźnie do siebie nawzajem. Do mnie też. Szkoda, że już nie ma słynnej tęczy. Dobarwiała to miejsce i jakoś sztymowała z tymi młodymi ludźmi i tą nową unijną Polską.

Łazienki w świetle zachodzącego słońca to istne cudo. Powtarzam cudo! Sprzyjają zadumie, wyciszeniom i miłosnym westchnieniom. W zacienionych alejkach jak zawsze – zakochani i samotnicy zanurzeni w lekturze. Pod Pomnikiem Chopina wycieczka za wycieczką a także pielgrzymki. Nie, nie przesadzam – do Fryderyka się pielgrzymuje, jak uwiadamia mnie m.in. Japonka, która tu przyleciała z Kioto. Odwiedzam ulubione miejsca, przysiadam na ławkach, na których siadywałem drzewiej, patrzę na łąki, zaglądam do amfiteatru, fotografuję wspaniałe rzeźby przedstawiające Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa, Szekspira, Moliera, Racine’a… Po raz kolejny nabrzmiewa we mnie wdzięczność dla Stanisława Augusta, że nas uzachodnił i oświecił. W kawiarni przy Pałacu na Wodzie „Trou Madame” ożywają wspomnienia. Tu przychodziliśmy z rodzicami na lody, tu spotykałem się z niektórymi podziemnymi działaczami Solidarności. Tu zapraszała mojego przyjaciela Julka i mnie jego mama – Elżbieta Barszczewska, nasza wielka aktorka. Kiedy szliśmy parkowymi alejami, co chwila ktoś jej się kłaniał, co chwila słyszało się jej nazwisko powtarzane jak echo – Barszczewska, Barszczewska, Barszczewska… Była żywą legendą, może nawet mitem. Była jedną z najbardziej kochanych aktorek w dziejach polskiego teatru i filmu. Na Białołęce powstała ulica jej imienia, skrzyżowana z ulicą jej męża Mariana Wyrzykowskiego, wybitnego aktora, reżysera i pedagoga – profesora warszawskiej PWST. Bardzo wiele im obojgu zawdzięczam. Budowali mnie.

Stanisław Jerzy Lec – „Ludzie odchodzą w przyszłość”.