Przyszła pora na spłodzenie kolejnego felietonu, tak więc siedzę w piękny poranek w kawiarni „Tam i z Powrotem”. Opisywałem to miejsce. Wszystko jest w nim fajne, miłe, na wysokim poziomie jakości i estetyki. Wszystko jest jednakże przeszczepem, nie nasze jest, nienarodowe, nie wyrosło z polskiej tradycji.

Po kolei zatem: śmiesznie zapisywane kredą na tablicy menu. Jakieś dziwne, międzynarodowe dania dla dbających o zdrowie: quiche, hummusy, owsianka z owocami na śniadanie, sałatki, świeżo wyciskane soki. Jest obowiązkowy repertuar kaw: americano, espresso, cappuccino, flat white. Są świeżo wyciskane soki i piwa czeskie oraz polskie z mało znanych browarów, niektóre o smaku gruszkowym. Herbaty zapachowe podawane są w imbryczkach. Z rzeczy niewidocznych jest zachodnia muzyka pop i Wi-Fi. W drugim pokoju wisi hamak a na dzieci czekają zabawki. Mile widziane są psy.

Przed kawiarnią, na trawniczku przed blokiem wystawiono leżaki i skrzynki służące za stoliki. Wieczorami młodzi ludzie popijają tu wino, palą, grają na gitarze. Lokal jest otwarty codziennie, nawet w święta. Wieczorami, w salce z hamakiem ustawia się krzesła gdyż odbywają się tu spotkania z podróżnikami. Za dnia natomiast młodzi stukają coś sobie na laptopach. Potem wsiadają na rowery i odjeżdżają. Właścicielka, uprawia jogging, a jeździ na rowerze lub śmiesznym Smartem z logo kawiarni.

Rozpisuję się akurat o tym lokalu, bo najłatwiej uogólniać rozpoczynając od konkretnego przykładu. Tak więc mamy tu wszystko, co w świecie uchodzi za cool, hip, healthy. Takich lokali jest dużo w Polsce, zwłaszcza w Warszawie, ale idea jest międzynarodowa. Są tu już – podobnie jak w Bangkoku, Nowym Jorku, Seulu, Lizbonie – lokale w stylu loftu, ze ścianami z surowej cegły, są designerskie kawy, także na wynos, dziwne międzynarodowe potrawy, w tym wegetariańskie. Mody, pomysły na biznes, krążą po całym świecie i owocują podobnymi rezultatami. Najwięcej tych mód zaczyna się na Zachodzie. Stany Zjednoczone nadal promieniują swoje złe i dobre wpływy, tak więc nie tylko jest to plastikowy fast food ale i bardziej wyrafinowane rzeczy: SoHo, Brooklyn, hipsterzy z Williamsburga, wydziwiane kawy niczym z Seattle, kalifornijskie sałatki, gadżety firmy Apple, białe trampki Converse. Polska młodzież jeździ po specjalnych ścieżkach rowerami niczym młodzi Holendrzy, paryżanie, nowojorczycy. Chyba nie ma już młodej Polki i Polaka bez tatuażu i jakiegoś kawałka metalu wbitego w ucho, pępek lub bardziej skrywaną część

Jest to więc globalna kultura lecz to trochę inna globalizacja niż ta o której mówi się (dziś w Polsce – często krytycznie) w kontekście kontroli wielkich korporacji nad światową gospodarką. Jest to też inna globalizacja niż McDonaldsa i piwa Heineken – zdrowsza, szlachetniejsza. Wydaje się też ona częściowo wychodzić od samych młodych ludzi. Manipulowanie ludźmi przez reklamę, oddziaływanie na ich emocje i styl życia wydaje się tu mniej ewidentne niż przy wciskaniu im niepotrzebnych suplementów diety i cudownych kremów do twarzy. Bardziej, niż uleganie reklamie, jest to chyba naśladownictwo Zachodu. Młodzi Polacy ciągle gdzieś jeżdżą za granicę, czasem na długo – na studia, do pracy. Dzięki internetowi widzą, oglądają i słuchają te same rzeczy. Podejrzewam, że Dorota z „Tam i z Powrotem” dokładnie przyglądała się podobnym kawiarniom w różnych krajach. Jej wyszło to zgrabnie i sensownie, ale zwykle te przeszczepy za bardzo do Polski nie pasują. Jeżdżą w weekend po ulicach tysiące rowerów (są już ich wypożyczalnie na godziny, jak w Nowym Jorku), są na Żoliborzu targi śniadaniowe, gdzie można raczyć się międzynarodowymi specjałami, jest wreszcie w weekendy Nocny Market, na peronach nieczynnego Dworca Głównego, gdzie – na wzór azjatyckich straganów ulicznych – sprzedaje się jedzenie z Indonezji, Wietnamu i innych

Cóż z tego jednak, skoro nie ma na Dworcu Głównym wilgotnego upału, hałasu motorowerów, uśmiechów sprzedawców, zalotnych dziewczyn, upitych turystów z Europy. Nie jest to więc bazar azjatycki, lecz teatralny performance. Jest to odtworzenie Bitwy pod Grunwaldem przez ubranych w tekturowe zbroje hobbystów.

Wszystko co w Polsce jest takie same jak na Zachodzie, ale zarazem odchylone od pionu, skarykaturowane czy może, grzeczniej mówiąc, dostosowane do polskiej mentalności.

Nowojorscy hipsterzy celowo szukają starych szmat, które dracznie łączą ze sobą, próbując odtworzyć, w ironiczny sposób, epokę meloników i podkręconych wąsów. Również polscy hipsterzy noszą długie brody, rogowe okulary i spodnie-rurki, ale to wszystko jest takie eleganckie, designerskie, dobrane, kupione w drogich sklepach. To trochę jak dive bar na East Village z nowoczesną i lśniącą czystością ubikacją. Zachodnie mody, w oryginale niezależne, alternatywne, artystowskie, w polskim wydaniu zostają złagodzone, upiększone, dostosowane do postkomunistyczno-drobnomieszczańskiego świata.

Tak już pewnie musi być. Wszędzie w świecie są takie nieudane przeszczepy. W Las Vegas przeszczepiono do wnętrza hotelu Venetian Plac św. Marka i lazurowe niebo z Wenecji. W Chinach zbudowano liczne domy i osiedla imitujące zabudowę angielskich miasteczek, zamczyska i pałace. W Tajlandii, Polsce, USA, świetnie funkcjonują irlandzkie puby, zawsze ze starym drewnianym barem, guinnessem i whisky – tyle że bez uśmiechniętych i rozśpiewanych Irlandczyków na sali.

Lecz przecież nie chodzi mi o mniejszą czy większą autentyczność jakichś głupich kawiarni i rowerzystów. Raczej o to, że Polska jest częścią Europy ale jakby nie do końca. Jest trochę zachodnia, ale i trochę słowiańska. Wpatruje się z podziwem w Unię Europejską – ale się też na nią boczy. To, co naturalnie wynika z luzackiego charakteru zadowolonych mieszkańców bogatego Zachodu, tu jest jakąś zabawą w przebierańce. Polscy hipsterzy w wyprasowanych drogich dżinsach nierzadko składają kwiaty pod pomnikami powstańców i są dumni, że są Polakami. Nie wiem, jak z nimi rozmawiać tak więc, na wszelki wypadek, nie rozmawiam.