Jezus powiedział do swoich apostołów: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma”.Jezus powiedział do swoich apostołów: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma”.

Mt 10, 37-41

 

Krzyż prawie zawsze kojarzy się z cierpieniem, trudami życia, śmiercią. Naturalnym odruchem jest dążenie do ominięcia krzyża w naszym życiu. Jednak doskonale zdajemy sobie sprawę, że cierpienia, którego symbolem jest krzyż nie da się nieraz uniknąć. Gdybyśmy zatrzymali się tylko przy bolesnej symbolice krzyża, to wtedy stanęlibyśmy nad przepaścią, która nas pochłonie, gdy postawimy następny krok. To prawda, krzyż Chrystusa jest symbolem cierpienia i śmierci, ale przede wszystkim jest symbolem bezgranicznej miłości, która na krzyżu oddaje życie za bliźniego. W tej perspektywie nasze dni wypełnione cierpieniem nie są straconym czasem, co więcej nasze życie dotknięte cierpieniem nabiera sensu. Dzieje się to wtedy, gdy nasz codzienny krzyż złączymy z krzyżem Chrystusa, do czego zachęca nas Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. Współdźwiganie  krzyża razem z Chrystusem nie kończy się na Golgocie, ale przy grobie zmartwychwstania. Niektórzy chcą ominąć Golgotę i zacząć wędrówkę z Chrystusem przy pustym grobie w jerozolimskim ogrodzie z radosnym śpiewem na ustach – Alleluja. W naszym życiu bywaja takie radosne poranki, ale często do tej radości dochodzimy przez Golgotę. Kto chciałby ominąć swoją Golgotę może rozminąć się z Chrystusem: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Chrystus nie uwalnia nas od ciężaru naszego krzyża, ale nadaje mu sens. Cierpienie, które ma sens może stać się źródłem radości, tak jak poświęcenie matki dla dziecka. Zauważa to nawet ateista, niemiecki filozof Friedrich Nietzsche pisząc: „Przekleństwem ciążącym dotąd nad ludzkością była bezsensowność cierpienia, a nie cierpienie”. Chrystus nadaje sens naszemu cierpieniu, nawet gdy go dotyka cień śmierci.

Viktor Emil Frankl, austriacki psychiatra i psychoterapeuta, więzień obozów koncentracyjnych pisze, że najgłębszym pragnieniem człowieka jest poszukiwanie sensu, w tym także sensu cierpienia. Uważa on, że sensu cierpienia należy szukać poza nim samym. Człowiek jest w stanie wiele wycierpieć, a nawet chętnie podejmuje cierpienie, jeśli wie, że to cierpienie ma sens. Ten sens cierpienia musi być widoczny, musi mieć wartość. Nadanie cierpieniu jakiegoś celu jest warunkiem pełnej akceptacji, przyjęcia swego cierpienia, przeciw któremu człowiek często się buntuje. Cierpienie zyskuje swój sens przez nadanie mu charakteru ofiary. Cierpienie, które ma wartość ofiary, może być nazwane cierpieniem sensownym. Frankl mówi, że sens cierpienia leży w tym, w jaki sposób człowiek znosi cierpienie. Sposób znoszenia go jest odpowiedzią na jego sens. Ostatecznego sensu ludzkiego cierpienia upatruje Frankl w transcendencji, w Bogu. Odnajdywanie sensu cierpienia pozwoliło mu przetrwać gehennę obozową i napisać te słowa: „Człowiek był istotą, która skonstruowała komory gazowe w Auschwitz, a zarazem tą samą istotą, która wchodziła do owych komór z podniesioną głową”.

Chrystus ukazuje nam w swoim zmartwychwstaniu najgłębszy sens naszego życia, naszego cierpienia, nawet w obliczu śmierci. Cierpienie w sensie chrześcijańskim nie usuwa trudów, zmagań, ale nadaje im sens, wskazuje cel i drogę. Pomaga pogodzić się z tym, czego nie można zmienić i daje odwagę, by zmieniać to, co zmienić można. Umie przeciwstawić się rozpaczy i daje nam moc zmierzenia się z przeciwnościami. Pozwala widzieć dalej aniżeli to, co teraz człowiek widzi cielesnymi oczyma. Jest mądrością naszego życia, uwzględniającą doczesność i wieczność. Jezus nie tylko nadaje sens naszemu cierpieniu, ale ukazuje także, jak sobie z nim radzić w najtrudniejszych momentach. W Ogrodzie Oliwnym najpierw prosił Ojca: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich”. Tak jak Chrystus, w chwili cierpienia powinniśmy prosić o oddalenie cierpienia, ale jak Chrystus w Ogrodzie Oliwnym powinniśmy dodawać: „Ojcze, nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. Bóg widzi nasze życie w ostatecznej perspektywie, w której to cierpienie wpisuje się w nasze ostateczne spełnienie.

W naszej ziemskiej wędrówce, która czasami przybiera kształt drogi krzyżowej jest z nami Chrystus i pomaga nam udźwignąć codzienny krzyż. Na stronie Deon. pl Łukasz Matijczuk daje przekonujące tego świadectwo. Oto fragmenty jego wypowiedzi: „Rozpętało się piekło, firma przestawała funkcjonować i każdy chciał wydrzeć jakąś resztkę dla siebie. Zaczęły pojawiać się groźby ze strony ludzi, którzy nie otrzymali swoich pieniędzy, na szczęście tylko raz skończyły się one dotkliwym pobiciem. Bałem się chodzić do pracy, cały czas przyjeżdżali windykatorzy i komornicy. Nikogo nie interesowało, że zgodziłem się być prezesem, aby pomóc ojcu, bo w świetle prawa byłem odpowiedzialny za całe długi firmy. Pewnego dnia wróciłem do pustego domu po całym dniu, załamany psychicznie położyłem się na łóżku i leżałem przez kilka godzin, przed oczami zrobiło mi się czarno, nie wiedziałem co się dzieje, czułem jedną wielką obojętność i jedną nieodpartą myśl, która pozwoliłaby skończyć to ciągnące się od kilku lat cierpienie, którego końca nic nie zapowiadało – myślałem wtedy, aby skończyć swoje życie… byłem jednak tak słaby, że nie byłem w stanie ruszyć się z łóżka, przeleżałem więc tak wiele godzin… W końcu zmusiłem moje bezwładne ciało aby wstać i dowlokłem się do kuchni, popatrzyłem wtedy na wiszący w kuchni obraz przedstawiający Jezusa – ugięły mi się kolana. Wielokrotnie kłóciłem się z Bogiem gdy nie mogłem sobie poradzić ze swoją sytuacją, wtedy jednak nic nie czułem byłem całkowicie obojętny. A tym razem stało się coś dziwnego. Usłyszałem głos, jakby we własnym wnętrzu, ‘Nie bój się, ja jestem” – poczułem wtedy ogromny przypływ miłości, wydawało mi się, że zaraz umrę, wydawało mi się, że nie jestem w stanie znieść takiego ogromu zalewającego mnie uczucia. Wtedy Jezus pokazał mi, jak bardzo jest blisko w całej tej sytuacji. Nagle popatrzyłem na wszystko z zupełnie innej perspektywy. Zobaczyłem, jak w zestawieniu z tym źródłem niepojętej miłości moje problemy są małe. To co jeszcze przed chwilą wydawało mi się sytuacją nie do przejścia, nagle stało się drobnostką”.W wielu trudnych momentach Bóg stawia na naszej drodze ludzi, dzięki którym możemy udźwignąć krzyż codzienności. Pisze o tym jeden z najsłynniejszych amerykańskich koszykarzy Lenny Wilkens. Wyznał, że trzy osoby zaważyły na jego życiu, stając przy nim w bardzo trudnych momentach. Pierwszą była matka, która po śmierci męża wychowywała czwórkę małych dzieci. Pracowała bardzo ciężko, trudno było związać jej koniec z końcem. Siłę odnajdywała w modlitwie. Ciągle odprawiała nowennę do Matki Bożej i św. Antoniego. Drugą osobą był ks. Mannion z jego rodzinnej parafii. Jako ministrant doznawał przykrości na tle rasowym nawet od współbraci katolików. Było mu bardzo ciężko, miał nawet pretensję do Boga. Ojciec Mannion wyjaśnił Lenny’emu, że Bóg daje każdemu wolną wolę. Wszyscy mogą popełnić zło, nawet kapłani. Mówił do niego: „Nie obwiniaj Boga za ludzi, którzy nadużywają swojej wolnej woli. Obwiniając Boga to tak jakbyś obwiniał Beethovena, że ktoś kiepsko zagrał jego utwór”. Trzecią osobą, której wiele zawdzięcza był Jackie Robinson – słynny amerykański baseballista, który jako pierwszy Afroamerykanin zagrał w amerykańskiej Major League Baseball. Lenny, jako mały chłopiec spotkał Robinsona, przynosząc do jego domu zamówioną żywność. Lenny była zauroczony życzliwością słynnego sportowca. Nigdy nie zapomniał jego szczerej życzliwości i rady, aby nie zniechęcał się w dążeniu do celu.

Ks. Ryszard Koper

Niedzielne rozważania w wersji audio znajdują się na stronie www.ryszardkoper.pl w sekcji Audio-Video